nasza witryna Agresja na Irak, Nasz Dziennik wiadomości z 24.03.2003


 



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Po trupach na Bagdad

Wojska amerykańskie kontynuowały wczoraj natarcie w kierunku Bagdadu. Zdaniem amerykańskich dowódców, mimo napotkanego w kilku miejscach zaciętego oporu siły amerykańsko-brytyjskie zbliżają się do stolicy Iraku. Doniesieniom tym zaprzeczają przedstawiciele irackich władz. Według nich, na południu trwają zacięte walki, w których Amerykanie ponoszą dotkliwe straty.
Siły inwazyjne znów bombardowały wczoraj wieczorem iracką stolicę. Jedna z bomb trafiła w budynek kompleksu prezydenckiego Pałacu Republiki. Jednocześnie na lądzie wojska amerykańskie parły w kierunku Bagdadu i - według Waszyngtonu - choć w kilku miejscach napotkały zacięty opór, według nieoficjalnych doniesień znalazły się pod wieczór niecałe 140 km od stolicy Iraku.
Siły amerykańsko-brytyjskie prowadziły też bombardowania Mosulu na północy Iraku, gdzie wydobywa się ropę naftową.
Tymczasem Irak ogłosił, że w wyniku bombardowania Basry, również "roponośnego" miasta na południu kraju, zginęło 77 cywilów, a 366 odniosło rany, głównie od bomb kasetowych. Władze podały też, że Amerykanie zbombardowali Tikrit, rodzinne miasto irackiego prezydenta Saddama Husajna.
Bagdad ogłosił też, że strącił 5 samolotów USA i 2 śmigłowce, a iracka telewizja, a za nią katarska Al-Dżazira, pokazała ciała czterech amerykańskich żołnierzy i grupę jeńców, którzy zostali prawdopodobnie pojmani podczas walk w okolicach An-Nasirii. W niedzielę wieczorem minister obrony Donald Rumsfeld i przewodniczący Kolegium Szefów Sztabów generał Richard Myers przyznali, że około 10 amerykańskich żołnierzy uznaje się za zaginionych, a część z nich jest w irackiej niewoli.
Walki trwały wczoraj również w innych miastach - koło strategicznego portu Um Kasr, który wbrew przechwałkom Waszyngtonu nie został w sobotę zdobyty, Nadżafu i An-Nasirii, gdzie Amerykanie mieli przekroczyć rzekę Eufrat.
Od rozpoczęcia wojny w czwartek nad ranem do niedzielnego popołudnia lotnictwo amerykańsko-brytyjskie przeprowadziło ogółem około sześciu tysięcy lotów. Korespondent AFP donosił wczoraj pod wieczór, że Amerykanie są już w połowie drogi między Nadżafem i następnym dużym miastem na drodze do Bagdadu, Karbalą, czyli - według mapy - niecałe 140 km od stolicy Iraku. Wynikałoby z tego, że czołowe jednostki 2. brygady ominęły Nadżaf i zdążają dalej w stronę stolicy Iraku. Brytyjskie źródła wojskowe twierdzą, że walki lądowe o Bagdad mogą zacząć się już wieczorem albo jutro.
Tymczasem źródła kurdyjskie podały wczoraj, że desant amerykańskich sił specjalnych - prawdopodobnie 280 osób - został przerzucony na kontrolowane przez Kurdów tereny północnego Iraku. Jak się ocenia, jest to zapowiedź utworzenia w niedługim czasie północnego frontu.
Prawie 2-milionowa Basra od piątku jest pozbawiona wody pitnej i elektryczności, a sytuacja staje się krytyczna - powiedział wczoraj w Bagdadzie rzecznik międzynarodowego Czerwonego Krzyża Roland Huguenin-Benjamin. - Podczas walk zniszczono linie wysokiego napięcia i stację pomp, pozbawiając miasto dostaw prądu wody pitnej - dodał.
WP, PAP


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Amerykanie naruszają irańską przestrzeń powietrzną
Ostrzelali rafinerię

Na terytorium Iranu spadły w sobotę dwie alianckie rakiety, trzy osoby zostały ranne. Samoloty amerykańskie i brytyjskie naruszyły także irańską przestrzeń powietrzną. Najwyższy duchowy przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei określił amerykańsko-brytyjski atak na Irak jako przejaw "nowego hitleryzmu".
W sobotę na terytorium Iranu spadły dwie alianckie rakiety. Eksplodowały one w pobliżu wioski Meniuhi, niedaleko rzeki Szatt el-Arab, która oddziela Iran i Irak. Dzień wcześniej amerykańskie samoloty wdarły się kilkakrotnie na terytorium Iranu.
Generał Rahim Ganawati, wicekomendant policji w Abadanie, potwierdził w sobotę, że aliancka rakieta uderzyła w skład rafinerii w Abadanie. W wyniku eksplozji trzy osoby zostały ranne. Iran złożył w piątek protest w związku z incydentem na ręce ambasadora szwajcarskiego, reprezentującego w Teheranie interesy USA, oraz ambasadora Wielkiej Brytanii. Abadan leży na południowym zachodzie Iranu, około 50 kilometrów na wschód od irackiej Basry.
USA poinformowały Iran, że otrzymały informację o amerykańskich pociskach, które spadły na irańskim terytorium, i podejmą śledztwo w tej sprawie.
Tymczasem najwyższy duchowy przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei określił amerykańsko-brytyjski atak na Irak jako przejaw "nowego hitleryzmu". Nazwał on Amerykanów "prostackimi bydlakami", a operację w Iraku określił jako "jedną z najbardziej plugawych wojen, przeprowadzoną bez oglądania się na jakiekolwiek zasady humanitarne".
W piątkowym przemówieniu do kilku tysięcy wiernych ajatollah wezwał też do "islamskiego przebudzenia", które mogłoby stanąć na drodze "amerykańskich planów w świecie islamu". Ali Chamenei wyraził przekonanie, że operacja w sąsiadującym z Iranem Iraku jest skazana na niepowodzenie. Argumentował, że Amerykanie mają tego świadomość i dlatego próbują propagandą zniszczyć więzy łączące mieszkańców krajów islamskich z władzą.
PS, PAP


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Mimo deklaracji o "chirurgicznych bombardowaniach" wzrasta liczba zabitych cywilów
Masakra w Basrze

Rośnie liczba cywilnych ofiar amerykańskiej agresji na Irak. W sobotnim ataku lotniczym na stolicę tego kraju został ranny biskup pomocniczy patriarchatu chaldejskiego w Bagdadzie, Emmanuel-Karim Delly. W czasie sobotnich bombardowań Basry zginęło ponad 50 osób.
Jedna z amerykańskich bomb spadła zaledwie sto metrów od budynku chaldejskiego patriarchatu. Krótko przed atakiem ks. arcybiskup Delly, wraz z hierarchami katolickimi obrządku łacińskiego, syryjskiego, ormiańskiego a także nieutrzymującymi więzi ze Stolicą Apostolską hierarchami Kościołów syryjskiego i asyryjskiego, uczestniczył w uroczystości zawierzenia swej ojczyzny Matce Bożej. Odbyła się ona w chaldejskiej katedrze świętego Józefa przed figurą Maryi - Królowej Pokoju. Drugi biskup pomocniczy patriarchy Shlemon Warduni wezwał do natychmiastowego wstrzymania działań wojennych. Z kolei ks. kard. Paul Paupard, przewodniczący Papieskiej Rady Kultury w wywiadzie dla dziennika "Corriere della Sera" skrytykował naciski amerykańskie na kraje zachodnie, by zamykały swe placówki dyplomatyczne w Iraku i z uznaniem wyraził się o decyzji nuncjusza apostolskiego ks. abp. Fernando Filoniego, który pozostał w Bagdadzie.
Tymczasem katarska telewizja Al-Dżazira podała, że w czasie sobotnich bombardowań Basry w południowym Iraku zginęło ponad 50 osób. Arabska telewizja pokazała ciała zabitych Irakijczyków rozrzucone na ulicach Basry. Pokazano też ciężko rannych pacjentów miejskiego szpitala, którzy ucierpieli podczas nalotów. Korytarze szpitala zapełniały ciała zmarłych. Wśród zabitych było dwuletnie dziecko.
Dzień wcześniej Al-Dżazira i irańska agencja IRNA podały, że w czasie amerykańskiego ostrzału rakietami Cruise miejscowości Chormali w Kurdystanie irackim zginęły 33 osoby, wśród nich australijski dziennikarz.
We wczorajszych nalotach w północnoirackim mieście Mosul zginęło czterech jordańskich studentów - podano w Ammanie. Według jordańskich źródeł, pocisk uderzył w samochód, którym jechali studenci. W nalocie na irackie miasto Tikrit zginęły cztery osoby, a trzynaście zostało rannych - podała telewizja w Bagdadzie.
Wczoraj iracki minister zdrowia Medhet Mubarak poinformował, że bagdadzkie szpitale przyjęły w ciągu ostatniej doby setki rannych ofiar bombardowań.
JS, PAP, KAI, Reuters


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Wbrew zapewnieniom Waszyngtonu ginie coraz więcej żołnierzy USA
Przybywa ofiar

W ciągu pięciu dni wojny na terenie Iraku zginęło już kilkudziesięciu żołnierzy amerykańskich i brytyjskich - wynika z doniesień agencyjnych. Wczoraj rano brytyjski samolot został trafiony przez amerykański pocisk przeciwrakietowy Patriot. Jeden amerykański żołnierz zginął, a kilkunastu zostało rannych we wczorajszym zamachu na namiot dowództwa w Kuwejcie.
Centralne dowództwo sił USA w głównej kwaterze w Katarze potwierdziło wczoraj, że uznany wcześniej za zaginiony brytyjski samolot wojskowy został trafiony przez amerykański pocisk przeciwrakietowy Patriot.
Jest to już kolejna tego typu "tragiczna pomyłka". W sobotę nad Zatoką zderzyły się dwa śmigłowce brytyjskie, zginęło 7 żołnierzy. W piątek w Kuwejcie rozbił się natomiast amerykański śmigłowiec - zginęło 12 żołnierzy. Jak wynika z informacji agencyjnych, tylko do soboty po stronie agresorów zginęło co najmniej 21 żołnierzy, w tym 14 Brytyjczyków i 7 Amerykanów.
Dowództwo USA poinformowało wczoraj, że jedna osoba zginęła, a 14 żołnierzy amerykańskich zostało rannych, w tym 4 poważnie, w rezultacie zamachu na obóz wojsk amerykańskich w północnym Kuwejcie. Głównym podejrzanym o dokonanie zamachu jest zatrzymany już amerykański żołnierz, prawdopodobnie muzułmanin, z plutonu inżynieryjnego. Ataku dokonano na namiot zajmowany przez dowództwo amerykańskiej 101. Dywizji Powietrzno-Desantowej. Zamachowiec wrzucił do niego co najmniej dwa granaty, doszło też do krótkiej strzelaniny.
JS, PAP


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Uciekają przed wojną

Rozpoczął się exodus irackiej ludności cywilnej dotkniętej działaniami wojennymi. W związku z amerykańską agresją iraccy uchodźcy uciekają do pobliskiej Jordanii. Coraz więcej katolickich organizacji humanitarnych przygotowuje dla nich pierwszą pomoc.

Jordańska Caritas wspierana przez międzynarodową sieć tej organizacji spieszy już z pomocą uchodźcom, między innymi dzięki zaangażowaniu kilkuset wolontariuszy. W samym Ammanie zorganizowano schronienie dla dwóch tysięcy osób na terenie stołecznych kościołów. W innych miejscach przygotowane są namioty dla uchodźców. W sumie międzynarodowa Caritas - zarówno w samym Iraku, jak i w krajach ościennych - przeznaczyła na bezpośrednią pomoc dla irackich uchodźców 150 tys. euro.
Z pomocą spieszą także inne organizacje. Organizacja Pomoc Kościołowi w Potrzebie (Kirche in Not) przeznaczyła 60 tys. euro dla irackich chrześcijan. Akcja humanitarna koordynowana przez arcybiskupa Fernando Filoniego trafi do osób szczególnie dotkniętych skutkami wojny, zwłaszcza do uchodźców. Organizacja zadeklarowała też swój udział w naprawie ewentualnych szkód spowodowanych w zabudowaniach kościelnych na terenie Iraku.
JS, KAI


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

"Kiedy jesz w McDonaldzie, finansujesz wojnę"

USA
Tysiące osób demonstrowało w sobotę na ulicach Nowego Jorku, San Francisco, Chicago, Waszyngtonu i Hollywood przeciwko wojnie z Irakiem. Od 150 do 250 tys. osób manifestowało na nowojorskim Broadwayu, skandując "Nie - dla krwi za ropę"; wzywano też wojska amerykańskie do powrotu do domu. Na transparentach można było przeczytać: "George Bush jest bronią masowego rażenia", "Popatrz tato, wywołuję wojnę". Wznoszono też okrzyki: "Bomby spadają, w czasie gdy ty robisz zakupy", "Bush i Hitler to to samo, tylko inne nazwisko", "Wojna spowoduje jeszcze więcej problemów". Demonstracja ciągnęła się na przestrzeni pięciu kilometrów. Pochód przebiegał zasadniczo spokojnie, ale pod koniec demonstracji doszło do starć z policją, która nakazała uczestnikom rozejście się. Aresztowano 22 osoby. - Chciałam już odejść, ale nie dało się, ponieważ drogę tarasował szpaler policjantów w hełmach - relacjonowała starcia z policją stacji NY1 jedna z uczestniczek protestu. - Utworzyli zaporę, zaczęli spychać ludzi jak szczury (...) sprowokowali do starć - wyjaśniała demonstrantka. Od czwartku w USA aresztowano ogółem 2100 osób.
W San Francisco trzeci dzień z rzędu były zamknięte dla ruchu ulice w centrum. W sobotę zebrało się przed ratuszem kilkadziesiąt tysięcy osób, które następnie ruszyły przez miasto. W Waszyngtonie około 300 osób przez godzinę protestowało przeciwko wojnie w Parku La Fayette'a, który znajduje się na wprost Białego Domu.

Azja i Australia
Do kolejnych protestów przeciwko wojnie w Iraku doszło w sobotę w Azji i Australii. Kilka tysięcy przeciwników wojny wyszło na ulice Hobart, stolicy australijskiej wyspy Tasmania. Policja nie interweniowała. Australia poparła USA i wysłała na wojnę z Irakiem ok. dwóch tysięcy żołnierzy.
W miastach sąsiedniej Nowej Zelandii demonstrowały tysiące ludzi. Protesty odbyły się w stolicy kraju, Wellington, i Auckland. W Wellington przed ambasady australijską i amerykańską przyszło ok. 4 tys. ludzi.
Demonstracje odbyły się również w Indonezji, największym państwie muzułmańskim na świecie.
Mieszkańcy Bangkoku, stolicy Tajlandii, zebrali się na wiecu przed ambasadą USA.

Europa

Czechy
Ponad 500 osób uczestniczyło w sobotę wieczorem w stolicy Czech w demonstracji przeciwko wojnie w Iraku. Na rynku Starego Miasta w Pradze zorganizowała ją opozycyjna Komunistyczna Partia Czech i Moraw (KSCzM). Wykorzystując sprzeciw społeczny wobec wojny, KSCzM zapowiedziała, że będzie się domagać dymisji ministra spraw zagranicznych Cyrila Svobody, który powiedział radiu BBC, że Czechy są po stronie koalicji walczącej w Iraku. Czesi wysłali do sąsiadującego z Irakiem Kuwejtu jednostkę obrony chemicznej, radiologicznej i biologicznej. Podkreślają, że żołnierze nie włączą się do ataku na Irak, lecz wezmą udział jedynie w akcjach ratowniczych, gdyby została użyta broń masowego rażenia.

Włochy
Tysiące ludzi zebrały się wczoraj przed amerykańską bazą w Sigonella na południowym wschodzie Sycylii i przed lotniczą bazą USA w Aviano na północy Włoch, protestując przeciwko wojnie w Iraku. Organizatorzy manifestacji podkreślali, że nie jest to protest przeciwko Stanom Zjednoczonym, lecz przeciwko decyzji rządu amerykańskiego. Natomiast przed amerykańską bazą lotniczą w Aviano wczoraj po południu demonstrowało przeciwko wojnie w Iraku 5 tys. (według policji) do 10 tys. osób (wg organizatorów). Demonstranci nieśli transparent z napisem: "Wygnajmy wojnę z historii".

Hiszpania
Na ulice Madrytu ponownie wyszli Hiszpanie, protestując przeciwko wojnie. Z przekazów telewizyjnych wynika, że policja siłą próbowała rozproszyć demonstrację.

Norwegia
Przeciwko atakowi na Irak demonstrowali też mieszkańcy Oslo. Również ta manifestacja była pacyfikowana przez policję.
WP, PAP

Niemcy
Kilkaset tysięcy Niemców wyszło na ulice w całym kraju protestować przeciwko wojnie z Irakiem. Największe demonstracje odbyły się we Frankfurcie nad Menem (ponad 30 tys. uczestników), w Berlinie (40 tys.), Hamburgu i Monachium (ponad 10 tys.), Duesseldorfie, Wuerzburgu, Kolonii, Lubece, Kilonii i Stuttgarcie (również po kilka tysięcy uczestników).
Na transparentach niesionych przez protestujących najczęściej pojawiały się antyamerykańskie napisy w rodzaju: "Zamknąć przestrzeń powietrzną dla USA", "Kto gwałt przedkłada ponad prawo, ten jest winny - obojętnie czy to prezydent czy terrorysta", "Żadnej wojny za ropę", "Zatrzymać Busha" lub też "Bush terrorysta".
W Hamburgu do demonstrantów przyłączyli się mieszkający tutaj obywatele pochodzenia arabskiego i Palestyńczycy, którzy, niosąc flagi Autonomii Palestyńskiej, demonstrowali przeciwko polityce amerykańsko-żydowskiej i żądali zakończenia niesprawiedliwej wojny. Palestyńczycy protestowali przeciwko zaborczej polityce Izraela i żądali utworzenia z Autonomii wolnego państwa.
We Frankfurcie nad Menem w antywojennych demonstracjach udział wzięło kilka tysięcy Kurdów z całej Europy, którzy opowiedzieli się za natychmiastowym zakończeniem działań wojennych i żądali uwolnienia swojego przywódcy Abdullaha Ocalana oraz wolności dla Kurdystanu. Kurdowie protestowali też przeciwko planom zajęcia przez Turcję terenów północnego Iraku.
Waldemar Maszewski, Hamburg

Francja
Sobota była we Francji dniem masowych manifestacji przeciw wojnie w Iraku. Kilkaset tysięcy ludzi wyszło na ulice licznych miast francuskich, by powiedzieć "nie!" amerykańskiej agresji. Największa manifestacja odbyła się w Paryżu. Wzięło w niej udział około 100 tys. osób. Oprócz Francuzów uczestniczyli w niej Kurdowie, Irakijczycy i Amerykanie. Skandowano m.in. hasła: "Afganistan wczoraj, dzisiaj Irak, a jutro?" i "Amerykański imperializmie, odsuń swoje ręce od Bliskiego Wschodu". Wzywano też do bojkotu sieci restauracji amerykańskich, wznosząc hasła: "Kiedy jesz w McDonaldzie lub w Pizza Hut, finansujesz wojnę".
W Marsylii protestowało 10 tys. osób. Wznoszono okrzyki: "Dzieci Iraku i Palestyny to ludzkość, którą się zabija".
Franciszek L. Ćwik, Caen


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Świat zignorował amerykańskie żądania zamknięcia irackich przedstawicielstw dyplomatycznych
Nie zalegalizują agresji

W działaniach mających na celu legalizację agresji na Irak Stany Zjednoczone poniosły spektakularną porażkę. Świadczą o tym nie tylko reakcje wielu krajów, które nadal zdecydowanie sprzeciwiają się temu atakowi, lecz także amerykańskie naciski na te kraje, aby wyraźnie zadeklarowały swoją wrogość wobec Iraku.
Przed kilkunastoma dniami rząd USA zwrócił się do ponad 60 krajów o wydalenie kilkuset dyplomatów irackich, których CIA zidentyfikowała jako agentów wywiadu. Jak by tego było mało, w ubiegły czwartek departament stanu oznajmił, że USA zwróciły się z formalną prośbą do rządów na całym świecie, by zamknęły one irackie ambasady i misje dyplomatyczne oraz wydaliły ze swoich terytoriów dyplomatów reprezentujących reżim Saddama Husajna. W praktyce zastosowanie się do żądań USA oznaczałoby odmowę uznania obecnych władz Iraku za legalne. Uwzględnienie amerykańskiego żądania przez znaczną część państw wzmocniłoby więc pozycję USA w konflikcie z Irakiem i zmniejszyłoby rozmiary dyplomatycznej porażki.
Pomimo że do amerykańskich żądań zastosowało się kilka krajów, to zostały one jednak powszechnie zignorowane. W sobotę szef rosyjskiej dyplomacji Igor Iwanow zapowiedział, że Rosja nie przychyli się do prośby Waszyngtonu i nie wydali irackiego ambasadora. - Ambasador Iraku akredytowany jest w Moskwie oficjalnie. Wypełnia on i będzie wypełniać nadal swoje funkcje. Nie mamy żadnych podstaw, by podejmować jakiekolwiek działania wobec ambasadora Iraku - zadeklarował Iwanow.
Szef rosyjskiej dyplomacji dodał, że Rosja nie zamierza uczestniczyć w legalizacji amerykańskiej akcji w Iraku, gdyby USA próbowały zdobyć w Radzie Bezpieczeństwa ONZ akceptację dla wojny. Iwanow po raz kolejny bronił ONZ i jej roli w rozwiązywaniu kryzysów międzynarodowych. - W obecnym kryzysie Rada Bezpieczeństwa całkowicie zdała egzamin jako organ ponoszący odpowiedzialność za utrzymanie pokoju i stabilności - powiedział.
Amerykańskiej "prośbie" odmówił także rząd Niemiec, który oświadczył w piątek, że nie zamknie ambasady Iraku w Berlinie. - Przyjęliśmy żądanie do wiadomości. Nic mi nie wiadomo, by podjęto jakiekolwiek związane z tym kroki bądź przedsięwzięcia - oświadczyła rzeczniczka ministerstwa spraw zagranicznych.
Także Francja odmówiła wydalenia irackich dyplomatów. Rzecznik francuskiego MSZ, Fran~Xois Rivasseau podkreślił, że takie żądanie uderza w suwerenność Francji i że obecnie nie ma potrzeby jego spełnienia.
Nawet deklarująca poparcie dla agresji na Irak Holandia odrzuciła amerykańską prośbę wydalenia irackich dyplomatów. Rzecznik holenderskiego MSZ Bart Jochems powiedział, że Holandia nie planuje wydalenia irackich dyplomatów, którzy będą mogli pozostawać tak długo, jak długo nie naruszą zasad, na jakich zostali akredytowani w Holandii.
KWM, PAP, Franciszek L. Ćwik, Caen


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Umieścił Polskę wśród agresorów

Amerykański minister obrony Donald Rumsfeld wymienił Polskę obok dwóch największych sojuszników USA. We wczorajszym wywiadzie dla telewizji CNN stwierdził on, że polscy żołnierze walczą w Iraku.
- Wraz z nami na polu walki są wojska australijskie, brytyjskie i polskie. Wykonują one cudowną robotę i kontrolują sytuację - cieszył się Rumsfeld. Nie ujawnił, co dokładnie jest ich zadaniem, ale z jego wypowiedzi wynika, że mogą to być m.in. działania zwiadowcze. - Donoszą oni tam i z powrotem i informują, co się dzieje i co, jak przewidują, zdarzy się w ciągu następnych 24 godzin - tłumaczył szef Pentagonu. Podczas piątkowego briefingu, godzinę po rozpoczęciu zmasowanych ataków powietrznych na Irak, które miały "zaszokować i przestraszyć" przeciwnika, podziękował krajom, które wysłały swe oddziały do wojsk koalicyjnych. Szef Pentagonu szczególnie podkreślił udział wojsk z trzech krajów: Wielkiej Brytanii, Australii i właśnie Polski.
Tydzień temu prezydent Aleksander Kwaśniewski zatwierdził wysłanie w rejon Zatoki Perskiej 200 polskich żołnierzy, by wzięli udział w amerykańskiej agresji na Irak. Wśród wysłanych jednostek są komandosi z GROM-u oraz oddziały zajmujące się obroną chemiczną i logistyką. Podobne siły wysłały Irlandia, Bułgaria, Czechy, Rumunia, Słowacja, Ukraina, które poparły USA, a nawet te oficjalnie potępiające atak na Irak, jak choćby Niemcy.
JS


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Cena podłej decyzji

Deklaracja Rumsfelda sprawia, że Polska została umieszczona wśród krajów, które wysłały na wojnę z Irakiem największe siły. Tymczasem oficjalne informacje mówią o 200 żołnierzach i okręcie wsparcia logistycznego. Podobne oddziały wysłały choćby Niemcy czy Czesi.
Co prawda władze tych państw zapewniają, że ich żołnierze nie wezmą udziału w ataku na Irak. W związku z milczeniem polskich władz co do właściwych celów wysłania polskich żołnierzy, można - po deklaracji amerykańskiego ministra obrony - wnioskować, że spełniają oni jakąś szczególną rolę dla USA, skoro tak bardzo Waszyngton "docenił ich". Oczywiście o tym, jaka to rola, zapewne dowiemy się nieprędko. Natomiast już teraz jedno jest pewne. Odtąd właśnie Polskę - za sprawą podjętej wbrew interesom Polski decyzji premiera Millera i prezydenta Kwaśniewskiego - muzułmanie w wielu krajach islamskich będą kojarzyć z największymi agresorami na Irak. Trzeba zaś pamiętać, że wielu muzułmanów odbiera atak na Irak jako walkę ze światem islamskim.
Mariusz Bober


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Już płacimy za wsparcie agresji USA

Z kpt. dr. Narcyzem Sadłoniem, lekarzem z polskiego kontyngentu wojskowego ONZ w Libanie, rozmawia Waldemar Moszkowski

Jako lekarz odbywający służbę w polskim kontyngencie sił ONZ w Libanie często kontaktuje się Pan z miejscową ludnością. Jak mieszkańcy tego kraju oceniają polskich żołnierzy stacjonujący tam?
- Do niedawna wyłącznie pozytywnie. W skład polskiego kontyngentu wojskowego w Libanie zasadniczo wchodzi batalion logistyczny. Tak generalnie określa się polskich żołnierzy stacjonujących w Libanie. Nasz batalion zaopatruje w żywność, wodę, spełnia także funkcje medyczne na rzecz wszystkich kontyngentów ONZ rozlokowanych na całym terenie tzw. blue line [ang. niebieska linia - red.], czyli pasa wzdłuż granicy libańsko-izraelskiej i częściowo syryjsko-izraelskiej. Polski kontyngent dysponuje tu szpitalem z pełnym wyposażeniem. Wprawdzie jego możliwości obecnie zostały ograniczone do udzielania podstawowej pomocy medycznej, jednak działamy przez 24 godziny. Dysponujemy zabezpieczeniem ewakuacyjnym przy współpracy włoskich śmigłowców. Zgodnie z duchem misji pokojowej ONZ pełnimy funkcje humanitarne, głównie udzielamy pomocy medycznej miejscowym Libańczykom. W tygodniu są wyznaczone 3 dni, kiedy ludność cywilna może przyjść do szpitala i uzyskać naszą pomoc. W ciągu jednego dnia przyjmujemy od kilkunastu do kilkudziesięciu pacjentów z okolicy. W założeniu zaopatrujemy ich w leki na 24-godzinną terapię, w praktyce - często na cały okres leczenia. Ma to dla nich ogromne znaczenie, gdyż tu, na południu Libanu mieszkańcy są bardzo ubodzy, a koszty leczenia u lekarzy libańskich znacznie przerastają ich możliwości finansowe. Szpital stał się naszą wizytówką, sprawiając, że Libańczycy darzą sympatią wszystkie kontyngenty sił ONZ. Od kiedy Polacy przejęli po Szwedach prowadzenie szpitala - najłatwiej nawiązywali kontakty z miejscową ludnością, której oferowali swoją pomoc. Między nami a tutejszymi Libańczykami nawiązały się liczne przyjaźnie. Pacjenci często pytali nas, skąd jesteśmy. Zdarzali się Libańczycy mówiący po polsku, gdyż mieszkali w Polsce, bywali Arabowie, którzy dobrze wspominali naszych rodaków, ponieważ w Polsce mieszkał ktoś z ich rodziny. Jako Polacy byliśmy najlepiej widoczni, kojarzyliśmy się tutejszym mieszkańcom jak najbardziej pozytywnie. Libańczycy wiedzieli, że Polska to kraj bezstronny, przyjazny Arabom i światu islamskiemu.

Jak decyzja wysłania przez polskie władze naszych żołnierzy na wojnę z Irakiem została odebrana przez Libańczyków?
- Bardzo źle. Od razu podkreślę, że osobiście nie zetknąłem się z otwartymi oznakami wrogości Libańczyków wobec nas ani o takich nie słyszałem. Jednak od momentu, kiedy polski rząd zaoferował aktywne poparcie dla Stanów Zjednoczonych toczących wojnę z Irakiem, spotykałem się z przejawami wielkiego zdziwienia Libańczyków. - Jak to? - pytali. - Dlaczego rząd polski występuje tak bardzo agresywnie przeciwko Irakowi? Przecież Polacy mieli wiele wspólnych interesów z Irakiem, razem współpracowali, a teraz chcą walczyć po stronie amerykańskich agresorów? Libańczycy nie potrafią zrozumieć, dlaczego jedni Polacy pomagają im w ich kraju, a inni, dwie granice dalej - czekają na rozkazy Amerykanów, by wziąć udział w wojnie - jak podkreślają - antyarabskiej. Już sam fakt, że Polacy, postrzegani tutaj dotąd jako bezstronni i przyjaciele Arabów, chcieli militarnie zaangażować się przeciwko Irakowi zaszokował Libańczyków. Uważają oni, że Polska, przyłączając się do koalicji przeciwko Irakowi, wypowiedziała wojnę nie tylko temu państwu, ale także wszystkim Arabom i muzułmanom.

Czy negatywna reakcja Arabów na udział polskich żołnierzy w kampanii antyirackiej komplikuje kontakty Polaków z miejscowymi Libańczykami?
- Będący w potrzebie okoliczni Libańczycy, którzy korzystają z naszej pomocy medycznej, znają nas osobiście i okazują nam wdzięczność. Inni jednak dają nam do zrozumienia, że Polska nie jest już krajem dobrze postrzeganym. Spotkałem się już z pojedynczymi wypowiedziami Libańczyków ostro stawiających sprawę: skoro Polska zdecydowała się walczyć z Arabami, to co my tu jeszcze robimy... Pewien znajomy Arab zapytał mnie z drwiną, czy już się spakowałem, bo wkrótce polski kontyngent opuści Naquore. Przecież wypowiedzieliśmy wojnę krajowi arabskiemu, Irakowi - tłumaczył. Zaniechaliśmy wszelkich prób "wyjaśniania", że z Irakiem nie chcemy wojny, a jedynie prowadzimy ze Stanami Zjednoczonymi działania rozbrojeniowe, aby nie narazić się na śmieszność. Wrogości nikt z Libańczyków na terenie naszego obozu nie demonstruje, jest tu w jakimś sensie "gościem", być może nie ma odwagi jej okazać. Nie sposób jednak nie zauważyć, że w obrazie Polaków w oczach Libańczyków coś pękło i wyraźnie zmieniło się na naszą niekorzyść. Arabowie, z którymi współpracujemy, starają się nas bronić przed złą opinią nieznających nas Libańczyków. Tłumaczą im, że to nie tak, że jesteśmy tymi samymi ludźmi, którzy nieśli im pomoc, że tu się nic nie zmieniło. W wojnę zaangażował się rząd polski, a nie polscy lekarze i żołnierze, nie Naród Polski. Rozumiejąc, że trudno się nam w takich dyskusjach bronić i zabierać głos, nasi libańscy przyjaciele tłumaczą swoim pobratymcom, że widocznie polskiemu rządowi bliżej jest do interesów Izraela niż polskich. Oceniają, że do Izraela płyną wielkie pieniądze z USA, gdzie wielu Żydów podejmuje kluczowe decyzje. Skuteczność takich rozmów bywa jednak ograniczona. Media robią swoje. Ci sami Libańczycy wracają do swoich domów, włączają telewizor i słyszą nazwy państw uczestniczących w koalicji antyirackiej: USA, Wielka Brytania, Australia i Polska...

Co czuliście jako żołnierze polskiego kontyngentu ONZ w Libanie, kiedy w piątek minister obrony USA Donald Rumsfeld publicznie dziękował również Polsce za wysłanie swoich żołnierzy na wojnę z Irakiem?
- Zdanie o Polakach było oczywiście przez nas zauważone. Byliśmy na nie wyczuleni, gdyż każdy taki gest, każde takie potwierdzenie zbrojnego zaangażowania się Polski w inwazję na Irak jest tutaj błyskawicznie dostrzegane również przez środowisko arabskie. Stawia nas to w trudnej sytuacji. To prawda, że w pracy wykonywanej przez polski kontyngent wojskowy w Libanie nic się nie zmieniło, że my się nie zmieniliśmy. Jeśli jednak amerykański minister obrony USA tłumaczy całemu światu, że Polska jest w ścisłej czołówce państw uczestniczących w wojnie z Irakiem, to nie łudźmy się, że nic nie zmienia się w świadomości przeciętnego Araba. Musimy sobie zadać pytanie: czy w takiej sytuacji możemy jako reprezentanci państwa polskiego liczyć na opinię bezstronnych. Ja sobie takie pytanie zadaję i jestem przekonany, że zadają je sobie również moi koledzy.

Jakie konsekwencje może mieć pogorszenie się atmosfery wokół polskich żołnierzy stacjonujących w Libanie?
- Przede wszystkim zmienia się stan naszego bezpieczeństwa. Wojskowe służby informacyjne sugerują nam, że spośród międzynarodowych sił ONZ w Libanie wyłącznie żołnierze polskiego kontyngentu mogą być narażeni na wrogie działania ze strony nieformalnych ugrupowań paramilitarnych. Ta wieść potwierdza zasadność pytań o naszą "bezstronność". Możemy zatem nie tylko domniemywać, iż o Polakach się tu dużo mówi, ale także - że decyzja wysłania polskich żołnierzy do Iraku została przez Arabów z dużą wrażliwością zauważona i bardzo negatywnie przyjęta. Jeszcze nie tak dawno pokazywano nas palcami na ulicy i machano dłońmi, bo leczyliśmy co najmniej połowę mieszkańców okolicznych wiosek. Gdy dziś ktoś do nas przyjdzie, nie omieszka rzucić uszczypliwej uwagi na temat naszego zaangażowania w wojnę z Irakiem.

Czy doniesienia wojskowych służb informacyjnych wpłynęły na zaostrzenie reguł bezpieczeństwa, jakimi winni kierować się nasi żołnierze?
- Oczywiście. Natychmiast po zauważeniu zmiany postawy ludności arabskiej wobec Polaków i po pojawieniu się informacji o możliwości zagrożenia dla Polaków zostały wydane ścisłe przepisy dotyczące kontaktowania się z Libańczykami. Nakładają one na żołnierzy konieczność unikania pojawiania się poza obozem wśród Arabów w mundurach z polskimi insygniami. Zaleca się opuszczanie obozu tylko w sytuacjach koniecznych, prywatne wyjścia nie wchodzą w ogóle w rachubę. Powtórzę jednak raz jeszcze, że stosunek Libańczyków do nas, tych którzy nas znają i którzy są nam znani, generalnie się nie zmienił. Problem dotyczy szerszego kręgu Arabów mogących postrzegać nas - co zrozumiałe - jedynie przez pryzmat nieodpowiedzialnego zaangażowania się polskich władz w wojnę przeciwko Irakowi, o czym co pewien czas będą im przypominać media.

Życzę Panu bezpiecznej służby i serdecznie dziękuję za rozmowę.


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 24 marca 2003, Nr 70 (1566)

Dział:

Wielki finał czy całkiem nowa misja?
Agresja USA na Irak w mediach

Trudno oprzeć się wrażeniu, że rozpoczęta właśnie amerykańska wojna w Zatoce Perskiej to dogrywka niedokończonej operacji sprzed dwunastu lat. Czy tak jest w istocie? Co łączy, a co dzieli obie interwencje i jak są one przedstawiane przez amerykańskie media oraz administrację?

Zagrożona Ameryka
Kampania z 1991 r. miała na celu wyzwolenie Kuwejtu zajętego przez siły Saddama Husajna w sierpniu poprzedniego roku. Prezydent Bush senior, ojciec obecnego prezydenta, określił tamtą inwazję mianem "czystej agresji", która nie może być tolerowana i zaapelował do świata o przyjście z pomocą bezbronnemu i pokojowemu narodowi kuwejckiemu. Ameryka w imieniu ONZ występowała jako strażnik wartości i porządku światowego.
Wizja George'a Busha seniora Nowego Porządku Świata, w którym królują demokracja i wolność, nie pozwalała stać bezczynnie. Dodajmy, że takie wstawianie się za słabszym bliskie było amerykańskiej mentalności i pasowało do wizji światowego lidera. Jeśli zwrócimy uwagę na szerokie poparcie ze strony międzynarodowej społeczności, interwencja koalicji złożonej z ponad trzydziestu członków pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych miała wszelkie cechy operacji uzasadnionej i właściwej. Silni występowali w obronie słabych i pokrzywdzonych, a przy tym mieli szansę zrobienia intratnego interesu i skorzystania z bogatych złóż ropy w regionie.
Wypadki z 11 września drastycznie zmieniły sytuację. Stany Zjednoczone nadal pozostają potęgą, mocarstwem nieznajdującym rywala po zakończeniu zimnej wojny. Okazało się jednak, że nie są państwem nietykalnym. Terrorystyczne zamachy na Nowy Jork boleśnie uświadomiły Amerykanom, że są w zasięgu ciosu, odkryły ich wrażliwość i podatność na atak.
Na początku drugiej wojny w Zatoce Stany Zjednoczone występują znowu jako strona domagająca się bezpieczeństwa i pokoju dla świata przez wyeliminowanie groźby terroryzmu, ale tym razem nie robią tego wyłącznie z poczucia swej dziejowej misji. Mają także poczucie gniewu i krzywdy, która domaga się sprawiedliwości.
To głębokie poczucie wściekłości wobec bardzo w sumie mglistego i nieokreślonego wroga, jakim jest czający się wokół terroryzm, znalazło swe ujście w oskarżeniach wobec Iraku. Wiele z nich nie jest bez podstaw. Stojący na czele reżimu iracki dyktator na przestrzeni lat dał wiele dowodów swego okrucieństwa, łamania praw człowieka i polityki terroru. Jednak głównym elementem obecnej kampanii prowadzonej przed rząd amerykański jest przedstawienie go nie jako okrutnego władcy, ale jako sponsora terroryzmu mogącego po raz kolejny dotknąć Amerykę.
Pierwszym więc i podstawowym celem wojny określonym przez administrację jest obrona narodu amerykańskiego przed możliwymi atakami terrorystycznymi przeprowadzonymi przy użyciu broni masowego rażenia, która za sprawą Iraku może trafić w ręce terrorystów. Argument tak samo przekonywający, co niepotwierdzony. Po atakach na wieże World Trade Center prezydent Bush nakreślił wizję "osi zła", do której zaliczył Iran, Irak i Koreę Północną. Od tamtej pory też przekonywał, że Irak, będąc w posiadaniu broni biologicznej i chemicznej, wbrew postanowieniom rozejmu po pierwszej wojnie w Zatoce zobowiązującego go do jej zniszczenia, prędzej czy później udostępni ją terrorystom.
O ile w przypadku pierwszej wojny w Zatoce przyrównywano Saddama Husajna do Hitlera i Stalina, o tyle teraz starano się wskazać na jego związki z Al-Kaidą oraz udział w szkoleniu i finansowaniu arabskiego terroryzmu. Niestety, przedstawienie przekonywających dowodów okazało się niemożliwe. W związku z takim nastawieniem media nie czuły się w obowiązku donieść, że przywódca Al-Kaidy Osama bin Laden w swej ostatniej wypowiedzi zarejestrowanej na kasecie wideo nazwał Saddama Husajna niewiernym, władcą świeckiego państwa. Choć eksperci od świata arabskiego skłaniają się do twierdzenia, że to dopiero zbrojny atak na Irak zbliży Saddama Husajna do terrorystów w ramach poczucia solidarności arabskiej i zaowocuje zwiększoną gotowością cywilów do podejmowania odwetowych akcji terrorystycznych, od miesięcy iracki prezydent jest przedstawiany jako wspierający terroryzm. Dlatego też zgodnie ze sformułowaną przez siebie doktryną prewencji prezydent Bush w odezwie do narodu na dzień przed rozpoczęciem wojny ogłosił, że nie wolno czekać, należy pełną siłą uderzyć, aby wyprzedzić zagrożenie. Mówił, że trzeba zniszczyć je w zarodku, "bo ryzyko zaniechania działań może okazać się o wiele gorsze".

Uciśniony Irak - naród, który zasługuje na wolność
Obalenie reżimu Saddama Husajna to wolność i suwerenność dla uciśnionego narodu irackiego. Tak określono drugi podstawowy cel interwencji, o którym mówią media. Podczas pierwszej wojny w Zatoce George Bush senior także zwracał się do Irakijczyków, zapewniając ich, że nie oni, ale ich przywódca jest celem ataku. George W. Bush, jego syn, "przynosi temu narodowi wyzwolenie". Jego przemówienia do narodu irackiego tłumaczone są na język arabski. W ramach kampanii propagandowej adresowanej do Irakijczyków w radiu emitowane są odezwy w języku arabskim, nawołujące do zaprzestania walki i niestawiania oporu. Choć spreparowane są przez propagandę amerykańską, to naśladują one prawdziwe irackie audycje radiowe i mają na celu osłabienie ducha walki i złożenie broni. Tysiące ulotek, również w języku arabskim, dają szczegółowe instrukcje żołnierzom, jak mają się poddawać siłom koalicji.
Donald Rumsfeld, sekretarz obrony, określając cele kampanii, powiedział: "Naszym celem nie jest podbój ani kolonizacja. Irak należy do Irakijczyków". Dlatego wojskom amerykańskim zajmującym kraj nakazano powściągliwość. Aby ustrzec się przed gniewem Irakijczyków, nie wolno im wywieszać amerykańskich flag na zdobytych pozycjach. Nie przyszli przecież podporządkować sobie kraju, ale "zabezpieczyć go dla jego obywateli". "Zabezpieczają" więc też zasoby naturalne, od których zależy dobrobyt Iraku: pola roponośne i szyby naftowe. Podejmowane są starania, aby za wszelką cenę zapobiec ich podpalaniu przez iracki reżim, jak to miało miejsce w poprzedniej wojnie.
Zrozumiałe jest, że ropa będzie kartą przetargową w procesie odbudowy. Dodajmy do tego, że przygotowany przez Amerykę plan zakłada, że Stany Zjednoczone poniosą koszty interwencji, ale za odbudowę infrastruktury kraju płacić będą Irakijczycy swoją ropą. Przy czym odbudowę tę podejmą siły wyzwoleńcze, a więc koncerny amerykańskie, które już teraz stają do przetargów na miliardowe, długoterminowe kontrakty. Nie jest tajemnicą, że odbudowa to intratny biznes. Choć nie mówi się o tym głośno, podobna sytuacja miała miejsce w Kuwejcie. To przecież w większości amerykańskie koncerny do dziś odbudowują zniszczony wojną kraj.
Przyglądając się wydarzeniom, nie można nie zadać sobie pytania, czy historia potoczyłaby się tak samo, gdyby Irak nie był państwem o bogatych zasobach ropy. Przecież w kwestii nieprzestrzegania narzuconych mu rezolucji ONZ nie jest wcale odosobniony. Znajduje się w dobrym towarzystwie innych państw, które również nic sobie nie robią z międzynarodowych postanowień.

Telewizyjne uczestnictwo w "fascynującej kampanii"
Tymczasem znowu jesteśmy świadkami "interwencji sprawiedliwej, humanitarnej i mającej miejsce na naszych oczach". Telewizja ponownie podjęła całodobowy maraton pokazywania nam rozwoju wypadków. Jesteśmy świadkami bombardowania Bagdadu z powietrza. Jak fajerwerki na zielonym niebie pojawiają się kule pocisków, podczas gdy komentatorzy spekulują, czy to pałac dyktatora, czy centrum komunikacji. Minuta po minucie uczestniczymy w procesie "osłabiania reżimu i oswabadzania Iraku". Zaś korespondenci włączeni do oddziałów piechoty i Marines, które wkraczają do Iraku, przekazują nam bieżące sprawozdania z rozwoju sytuacji.
Ta wojna także dla mediów różni się od poprzedniej. Interwencja sprzed 12 lat była zdominowana przez kampanię powietrzną. Po 43 dniach intensywnych bombardowań z powietrza nastąpiła błyskawiczna ofensywa lądowa trwająca zaledwie 100 godzin. Tym razem wojna powietrzna i lądowa idą w parze. Około 500 korespondentów przyłączonych do różnych jednostek posuwa się razem z wojskiem i bierze udział w operacjach. Dziennikarze nadal zostają pod kontrolą armii i są od niej bezpośrednio zależni, choćby w kwestiach bezpieczeństwa, ale tym razem nie pozostają na bezpiecznych tyłach, ale towarzyszą żołnierzom i mają bliższy dostęp do wydarzeń.
Mówi się, że taka polityka wobec mediów z jednej strony jest wynikiem protestów przeciwko ograniczeniom i cenzurze, jakie miały miejsce dwanaście lat temu, ale z drugiej bierze się pod uwagę możliwość użycia broni chemicznej czy biologicznej przez wojska irackie i przypisania winy za śmierć cywilów Amerykanom. W takiej sytuacji obecność dziennikarzy i ich kamer ma być elementem weryfikacji, że to nie "my" tylko "oni" dopuścili się zbrodni.
Jednak tak samo jak dwanaście lat temu niekwestionowanym bohaterem srebrnego ekranu jest broń: precyzyjna, skuteczna, "humanitarna". Któż z nas po zaledwie kilku pierwszych godzinach wojny nie rozpoznaje takich nazw, jak pociski Tomahawk, bombowce B-52 czy B-2? Przedstawiane są nam jeden po drugim, a ich możliwości i zalety szczegółowo opisywane. Ciągle jesteśmy przekonywani, że precyzja trafień sprawia, że ludność cywilna nie ma się czego obawiać. Choć dopiero po latach okazało się, że w rzeczywistości "inteligentna" i precyzyjna broń, która rzekomo dominowała w działaniach w 1991 r. stanowiła zaledwie siedem procent całego arsenału, to i tak pierwsza wojna w Zatoce pozostała w pamięci jako wojna ery komputerowej i zaawansowanej technologii.
Taka parada broni na ekranach telewizorów nie jest bynajmniej przypadkowa. Z jednej strony, odwracając uwagę od zniszczeń, krwi i ofiar, pomaga zbudować szerokie poparcie dla polityki administracji. Z drugiej - stanowi świetną, darmową reklamę dla jej producentów. Nie należy zapominać, że w obecnym układzie sił niejednokrotnie te same koncerny, które realizują rządowe zamówienia na broń mają w swoim posiadaniu lub pod swoim bezpośrednim wpływem także media, a więc stacje radiowe, telewizyjne czy gazety. Od czasów pierwszej wojny w Zatoce klasycznym przykładem takiego kontrahenta jest General Electrics czy Westinghouse.
Nawet stacje publiczne w dużej mierze zależą od swoich komercyjnych sponsorów. Trudno więc oczekiwać, aby dziennikarze w swej misji rzetelnego relacjonowania zdarzeń występowali przeciwko własnym pracodawcom. Muszą dochodzenie prawdy pogodzić z interesami swych szefów. Tak więc kolejną wojnę w Zatoce będziemy oglądać oczami Amerykanów. Dodajmy, że ich udział w grupach dziennikarskich jest bez wątpienia największy. Pamiętajmy jednak, że nawet fizyczna obecność dziennikarzy na froncie wcale nie musi oznaczać dostępu do prawdy. Razem ze sobą zabierają oni na wojnę cały skomplikowany system ekonomiczno-politycznych zależności, który w dużej mierze będzie wyznaczał sposób relacjonowania i komentowania przez nich wydarzeń.
Małgorzata Gajda


www.naszdziennik.pl

Nasz Dziennik, Nasz Dziennik, 2003-03-24

powrot