|
Profesor antropologii
Laura Nader wygłosiła 1 kwietnia br. przemówienie na uniwersytecie w
Berkeley w Kalifornii na temat wojny z Irakiem. Stwierdziła, że to,
co się dziś dzieje w USA, nie ma precedensu. Zacytowała weterana wojny
w Wietnamie: "Straciliśmy wszystkie trzy filary rządu - najpierw,
kiedy wymiar sprawiedliwości wyznaczył prezydenta, potem kiedy
Kongres zrzekł się swoich uprawnień na rzecz władzy wykonawczej,
a następnie straciliśmy władzę wykonawczą, kiedy władza ta przestała
zwracać uwagę na głosy protestujących Amerykanów".
Niemy Kongres
Konstytucja amerykańska oddała w ręce Kongresu decyzję
o wypowiadaniu wojny, a Kongres ma obowiązek otwarcie taki krok
przeanalizować i uzasadnić. Zamiast tego, twierdzi profesor Nader, pół
tuzina niewybranych przez amerykański elektorat mężczyzn i kobiet decyduje
o wojnie i naraża życie żołnierzy amerykańskich. Naraża także na szwank
przyszłość finansowania amerykańskiego szkolnictwa i służby zdrowia,
jak również stosunki z naszymi dawnymi sprzymierzeńcami.
Michael Lind z New America Foundation w Waszyngtonie napisał 10 kwietnia
br. artykuł pod tytułem "Jak neokonserwatyści podbili Waszyngton
- i zaczęli wojnę". Stało się to możliwe - jego zdaniem - z
powodu wyznaczenia Busha na prezydenta raczej przez sąd niż drogą
wyborów. Duże znaczenie miał też szok i dezorientacja Amerykanów,
spowodowane zniszczeniem World Trade Center w Nowym Jorku. Lind pisze,
że jakkolwiek amerykański przemyśl naftowy chętnie przyjmie łupy
w postaci irackich pól naftowych, to jednak, według niego, decyzja
rozpoczęcia wojny została podjęta przez małą grupę neokonserwatystów -
ludzi mianowanych, nie mających mandatu wyborczego. Nie reprezentują
oni ani obywateli Stanów Zjednoczonych, ani tradycyjnej polityki
zagranicznej tego państwa. Ostoją ich jest dziś kontrola cywilna
sil zbrojnych USA; są jednak znienawidzeni przez zawodowych oficerów,
przeważnie konserwatystów z prawdziwego zdarzenia.
"Wilsonowcy" z Trockim w tle
Neokonserwatyści-syjoniści zanim przyłączyli się do
tzw. prawicy należeli do lewicowych antystalinistów lub liberałów. Mimo
to dalej wierzą w teorię Trockiego o permanentnej rewolucji, która
teraz ma służyć celom ekstremistów-syjonistów z izraelskiej partii
Likud. Neokonserwatyści, głosząc hasła o "demokracji", ukrywają
swoją trockistowską ideologię pod nazwą "wilsonizmu." Naturalnie
ideologia ta, choć używa imienia prezydenta Woodrowa Wilsona, nie ma
nic wspólnego z wilsonowską zasadą samostanowienia dla takich narodów,
jak Palestyńczycy.
Według Linda, jednym z głównych reprezentantów
tej trockistowskiej orientacji jest wiceminister obrony narodowej USA,
skrajny syjonista, Paul Wolfowitz, dziś naczelny planista strategii
wojskowej rządu prezydenta Busha. Ponieważ Wolfowitz jest postacią zbyt
kontrowersyjną, stanowisko ministra objął Donald Rumsfeld, człowiek w
wieku emerytalnym, który służy jako "figurehead", czyli pozorny szef
ministerstwa. W Pentagonie jedno z najważniejszych stanowisk obejmuje
Douglas Feith, członek grupy neokonserwatystów. Lewis "Scooter"
Libby, protegowany Wolfowitza, jest szefem biura wiceprezydenta
Cheney'a. John R. Bolton działa z ramienia neokonserwatystów w
ministerstwie spraw zagranicznych, a Eliot Abrams został ostatnio
mianowany szefem ds. polityki wobec Bliskiego Wschodu przy Radzie
Bezpieczeństwa USA. Do niedawna Richard Perle był przewodniczącym
komitetu doradczego przy ministerstwie obrony narodowej, ustąpił
z powodu skandalu finansowego. Prawie wszyscy neokonserwatyści nigdy
nie służyli w wojsku i dziś są nazywani "tchórzliwymi jastrzębiami"
(chicken-hawks).
"Swoja" prasa prze do wojny
"The
Wall Street Journal" na stronie prezentującej artykuły od redakcji
(tzw. Opinion) 14 kwietnia br. zamieścił tekst pod tytułem "Irak
i Al-Kaida", w którym twierdzi, że obecnie terroryści mają mniej
miejsc do chowania się. Zaprzecza w ten sposób słowom prezydenta
Egiptu Hosni Mubaraka, który w swoim przemówieniu ostrzegł, że wojna
przeciwko Irakowi wywoła "stu bin Ladenów". "The Wall Street Journal"
utrzymuje, że przeciwnie, wojna ma pomóc Amerykanom schwytać "stu bin
Ladenów" i jednocześnie umożliwić ustalenie ich kraju pochodzenia,
bieżącego adresu i numeru telefonu komórkowego każdego z terrorystów
al-Kaidy. Neokonserwatyści zaliczają do terrorystów Palestyńczyków
broniących się przed zbrodniczą okupacją wojsk izraelskich, codziennymi
mordami, grabieżą i niszczeniem mienia Arabów.
Na tej samej stronie
znajdujemy artykuł "Sprzątanie po Saddamie", w którym Francis Fukuyama
zaleca, żeby po podboju Iraku usunąć wojska amerykańskie z Arabii
Saudyjskiej i opuścić tę "ziemię świętą" islamu, gdzie zwłaszcza
kobiety w mundurach są źle widziane. Po zburzeniu World Trade Center
w Nowym Jorku taka ewakuacja byłaby uważana za kapitulację, ale dziś
wszystko się zmieniło. Amerykanie są postrzegani przez Arabów jako
"goryl ważący 400 kg", pisze Fukuyama, profesor John Hopkins University i
zwolennik polityki zagranicznej neokonserwatystów.
Dore Gold, poprzedni
ambasador Izraela przy ONZ, jest autorem publikacji nt. dotychczasowego,
arabskiego sojusznika USA: "Królestwo nienawiści: jak Arabia Saudyjska
popiera globalny terroryzm". Również na redakcyjnej stronie "The Wall
Street Journal" opublikował on swój artykuł "Królestwo podjudzania"
("The Kingdom of Incitement"). Dore Gold podaje, że "sprawozdania
o powiązaniach Arabii Saudyjskiej z nową falą terroryzmu światowego
nadchodzą ze wszystkich stron". Ostrzega również, że "nauczanie religii
w Arabii Saudyjskiej jest przesiąknięte nienawiścią", ale nie wspomina,
że od pięćdziesięciu lat Saudyjczycy zapoznawani są z obrazami tragedii
Palestyńczyków, gdy wysłuchują codziennych wiadomości. Gold rozprawia się
z saudyjskim planem pokoju opartym o postanowienia ONZ i podpisanym przez
wszystkie kraje sąsiadujące z Izraelem. Plan ten po raz pierwszy dawał
szansę na dobrosąsiedzkie stosunki Izraelczyków z Arabami. Publicysta "The
Wall Street Journal" twierdzi, że najpierw trzeba wśród Arabów zaprowadzić
"tolerancję religijną", a dopiero potem mówić o pokoju w Palestynie. I
ponownie nie wspomina, że ekstremiści rządzący Izraelem codziennie dają
dowody nietolerowania Palestyńczyków na terenie Palestyny i najchętniej
wygnaliby ich do Libanu, Syrii czy też Jordanii, w której już dziś
są większością.
Żydzi piorą mózgi Amerykanom
"Mapa
drogowa do pokoju" ("road map to peace") jest dziś szeroko dyskutowana w
Waszyngtonie i ma być poparta przez sześć największych mocarstw. Syjoniści
przygotowują rozmaite przeszkody dla zrealizowania jej założeń. Głównym
manewrem ekstremistów izraelskich jest stawianie warunków, że bez trzech
miesięcy absolutnego spokoju żadne pertraktacje przewidziane w "mapie" z
Palestyńczykami w ogóle nie mogą się zacząć. Naturalnie ekstremiści zawsze
są w stanie zakłócić spokój i w ten sposób wszelkie rozmowy o stworzeniu
państwa Palestyńczyków mogą być odkładane w nieskończoność.
Pranie
mózgów amerykańskiej opinii publicznej przez propagandę ekstremistów
syjonistycznych w mediach jest widoczne na każdym kroku. Na przykład
w programach telewizyjnych osoba podejrzana o jakieś przestępstwo
jest poddana badaniu "wykrywaczem kłamstwa". Typowe pytanie zadawane
podejrzanemu brzmi: "czy jesteś członkiem organizacji terrorystycznej,
której działalność wymierzona jest w USA lub Izrael?". W taki sposób
przyzwyczaja się amerykańską opinię publiczną, że Stany Zjednoczone
i Izrael to właściwie jedno i to samo. Że niby oba te kraje łączy
wspólny los i są ze sobą nierozerwalnie związane.
Teraz kolej na Polskę
Tego rodzaju propaganda jest potrzebna żydowskiemu
ruchowi roszczeniowemu, żeby egzekwować ustępstwa Polski przy pomocy
Waszyngtonu. Przykładem jest chociażby przyznanie przez rząd polski ze
Skarbu Państwa kolosalnych sum na budowę w Warszawie muzeum historii
Żydów, na skalę większą od zbudowanego dotąd jakiegokolwiek polskiego
muzeum w stolicy. Najprawdopodobniej Żydzi zażądają obciążenia Narodu
Polskiego za insynuowaną Polakom zbrodnię tzw. pogromu kieleckiego,
bo ma to być muzeum skruchy, a nie zasług Polski w ratowaniu Żydów
zagrożonych wymarciem pod koniec średniowiecza. Pamiętam dyskusję o
polskim antysemityzmie, jaka miała miejsce kilka lat temu w Kalifornii,
w czasie której Michnik powiedział, że pogrom kielecki jest największą
zbrodnią w historii Polski. Pewnie dalej będzie się upierać przy tej
fałszywej wersji historii i głosić ją na łamach "Gazety Wyborczej".
We wszystkich muzeach holokaustu w Ameryce jednym z głównych eksponatów jest
ściana poświęcona tzw. pogromowi kieleckiemu z 4 lipca 1946 roku. Nigdzie
nie podaje się, że był to jeden z kilkunastu pogromów zainscenizowanych
wtedy przez NKWD we wszystkich krajach satelickich w celu wypędzenia
setek tysięcy Żydów na Zachód (przez dla nich tylko otwarte przejścia
przez żelazną kurtynę). W tym samym czasie Moskwa zainicjowała równoległą
akcję w ONZ, domagając się państwa żydowskiego w Palestynie i uzbrajając
czeską bronią Żydów walczących z Anglikami i z Arabami. W rezultacie udało
się Sowietom pozbyć mandatu brytyjskiego w Palestynie i zaognić konflikt
żydowsko-arabski w pobliżu najbogatszych na świecie pól naftowych,
z których korzystają wszystkie uprzemysłowione kraje świata. Działo
się to wszystko w czasie zimnej wojny i było częścią globalnej polityki
konfrontacji Sowietów z Zachodem. Skorzystali na tym syjoniści.
Bez ówczesnej sowieckiej interwencji prawdopodobnie w ogóle nie istniałoby
państwo Izrael. Dziś sukcesy polityczne syjonistów-neokonserwatystów
(zwanych w Ameryce "neokons") są groźne dla Polski, ponieważ ci sami
ludzie popierają żydowski ruch roszczeniowy, który przy każdej okazji
stara się znaleźć nową amunicję potrzebną przemysłowi roszczeniowemu, tak
dobrze opisanemu przez Normana Finkelsteina w książce "Przedsiębiorstwo
holokaust" ("Holocaust Industry"). Trzeba pamiętać, że w Europie w
programie ruchu roszczeniowego przyszła teraz kolej na Polskę. Możliwości
realizacji tego planu rosną wraz z sukcesami neokonserwatystów-syjonistów
w USA i - dzięki temu - na całym świecie.
Dyspozytorzy władzy i wojny
Ariel Szaron od dawna mówi, że Waszyngton jest "w jego
rękach". Tak więc atak na Syrię może nastąpić bardzo szybko. Już dziś
przeciw temu państwu są formułowane rozmaite zarzuty przez Busha, Powella
i Rumsfelda. Kongres amerykański omawia "Syria Accountability Act", czyli
"za co pociągnie się Syrię do odpowiedzialności". Naturalnie nikomu w
parlamencie amerykańskim nie przychodzi do głowy zaproponowanie "Izrael
Accountability Act". Nikt tam nie zastanawia się, "za co pociągnąć
Izrael do odpowiedzialności."
Zrealizowanie "Accountability Act"
w praktyce doprowadziłoby do zamrożenia wymiany handlowej z Syrią
i nałożyłoby na ten kraj ciężkie sankcje, jako wstęp do wojny. Możemy
w każdej chwili dowiedzieć się z mediów, że Amerykanie rozpoczęli już
agresję na Syrię pod pretekstem pościgu za członkami rządu irackiego czy
też z powodu przekazywania broni masowego rażenia z Iraku do Syrii. Na
taki scenariusz przygotowują amerykańską opinię publiczną komentarze
głoszące, że w razie amerykańskiego ataku nie będzie możliwe powstrzymanie
Izraela przed dokonaniem najazdu na Syrię i Liban.
prof. Iwo Cyprian Pogonowski, Nasz Dziennik, 2003-04-23
powrot
|