nasza witryna Kto i po co prowadzi politykę zagraniczną USA?
prof. Iwo Cyprian Pogonowski, Nasz Dziennik, 23.04.003


  Profesor antropologii Laura Nader wygłosiła 1 kwietnia br. przemówienie na uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii na temat wojny z Irakiem. Stwierdziła, że to, co się dziś dzieje w USA, nie ma precedensu. Zacytowała weterana wojny w Wietnamie: "Straciliśmy wszystkie trzy filary rządu - najpierw, kiedy wymiar sprawiedliwości wyznaczył prezydenta, potem kiedy Kongres zrzekł się swoich uprawnień na rzecz władzy wykonawczej, a następnie straciliśmy władzę wykonawczą, kiedy władza ta przestała zwracać uwagę na głosy protestujących Amerykanów".

Niemy Kongres

Konstytucja amerykańska oddała w ręce Kongresu decyzję o wypowiadaniu wojny, a Kongres ma obowiązek otwarcie taki krok przeanalizować i uzasadnić. Zamiast tego, twierdzi profesor Nader, pół tuzina niewybranych przez amerykański elektorat mężczyzn i kobiet decyduje o wojnie i naraża życie żołnierzy amerykańskich. Naraża także na szwank przyszłość finansowania amerykańskiego szkolnictwa i służby zdrowia, jak również stosunki z naszymi dawnymi sprzymierzeńcami.
Michael Lind z New America Foundation w Waszyngtonie napisał 10 kwietnia br. artykuł pod tytułem "Jak neokonserwatyści podbili Waszyngton - i zaczęli wojnę". Stało się to możliwe - jego zdaniem - z powodu wyznaczenia Busha na prezydenta raczej przez sąd niż drogą wyborów. Duże znaczenie miał też szok i dezorientacja Amerykanów, spowodowane zniszczeniem World Trade Center w Nowym Jorku. Lind pisze, że jakkolwiek amerykański przemyśl naftowy chętnie przyjmie łupy w postaci irackich pól naftowych, to jednak, według niego, decyzja rozpoczęcia wojny została podjęta przez małą grupę neokonserwatystów - ludzi mianowanych, nie mających mandatu wyborczego. Nie reprezentują oni ani obywateli Stanów Zjednoczonych, ani tradycyjnej polityki zagranicznej tego państwa. Ostoją ich jest dziś kontrola cywilna sil zbrojnych USA; są jednak znienawidzeni przez zawodowych oficerów, przeważnie konserwatystów z prawdziwego zdarzenia.

"Wilsonowcy" z Trockim w tle

Neokonserwatyści-syjoniści zanim przyłączyli się do tzw. prawicy należeli do lewicowych antystalinistów lub liberałów. Mimo to dalej wierzą w teorię Trockiego o permanentnej rewolucji, która teraz ma służyć celom ekstremistów-syjonistów z izraelskiej partii Likud. Neokonserwatyści, głosząc hasła o "demokracji", ukrywają swoją trockistowską ideologię pod nazwą "wilsonizmu." Naturalnie ideologia ta, choć używa imienia prezydenta Woodrowa Wilsona, nie ma nic wspólnego z wilsonowską zasadą samostanowienia dla takich narodów, jak Palestyńczycy.
Według Linda, jednym z głównych reprezentantów tej trockistowskiej orientacji jest wiceminister obrony narodowej USA, skrajny syjonista, Paul Wolfowitz, dziś naczelny planista strategii wojskowej rządu prezydenta Busha. Ponieważ Wolfowitz jest postacią zbyt kontrowersyjną, stanowisko ministra objął Donald Rumsfeld, człowiek w wieku emerytalnym, który służy jako "figurehead", czyli pozorny szef ministerstwa. W Pentagonie jedno z najważniejszych stanowisk obejmuje Douglas Feith, członek grupy neokonserwatystów. Lewis "Scooter" Libby, protegowany Wolfowitza, jest szefem biura wiceprezydenta Cheney'a. John R. Bolton działa z ramienia neokonserwatystów w ministerstwie spraw zagranicznych, a Eliot Abrams został ostatnio mianowany szefem ds. polityki wobec Bliskiego Wschodu przy Radzie Bezpieczeństwa USA. Do niedawna Richard Perle był przewodniczącym komitetu doradczego przy ministerstwie obrony narodowej, ustąpił z powodu skandalu finansowego. Prawie wszyscy neokonserwatyści nigdy nie służyli w wojsku i dziś są nazywani "tchórzliwymi jastrzębiami" (chicken-hawks).

"Swoja" prasa prze do wojny

"The Wall Street Journal" na stronie prezentującej artykuły od redakcji (tzw. Opinion) 14 kwietnia br. zamieścił tekst pod tytułem "Irak i Al-Kaida", w którym twierdzi, że obecnie terroryści mają mniej miejsc do chowania się. Zaprzecza w ten sposób słowom prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka, który w swoim przemówieniu ostrzegł, że wojna przeciwko Irakowi wywoła "stu bin Ladenów". "The Wall Street Journal" utrzymuje, że przeciwnie, wojna ma pomóc Amerykanom schwytać "stu bin Ladenów" i jednocześnie umożliwić ustalenie ich kraju pochodzenia, bieżącego adresu i numeru telefonu komórkowego każdego z terrorystów al-Kaidy. Neokonserwatyści zaliczają do terrorystów Palestyńczyków broniących się przed zbrodniczą okupacją wojsk izraelskich, codziennymi mordami, grabieżą i niszczeniem mienia Arabów.
Na tej samej stronie znajdujemy artykuł "Sprzątanie po Saddamie", w którym Francis Fukuyama zaleca, żeby po podboju Iraku usunąć wojska amerykańskie z Arabii Saudyjskiej i opuścić tę "ziemię świętą" islamu, gdzie zwłaszcza kobiety w mundurach są źle widziane. Po zburzeniu World Trade Center w Nowym Jorku taka ewakuacja byłaby uważana za kapitulację, ale dziś wszystko się zmieniło. Amerykanie są postrzegani przez Arabów jako "goryl ważący 400 kg", pisze Fukuyama, profesor John Hopkins University i zwolennik polityki zagranicznej neokonserwatystów.
Dore Gold, poprzedni ambasador Izraela przy ONZ, jest autorem publikacji nt. dotychczasowego, arabskiego sojusznika USA: "Królestwo nienawiści: jak Arabia Saudyjska popiera globalny terroryzm". Również na redakcyjnej stronie "The Wall Street Journal" opublikował on swój artykuł "Królestwo podjudzania" ("The Kingdom of Incitement"). Dore Gold podaje, że "sprawozdania o powiązaniach Arabii Saudyjskiej z nową falą terroryzmu światowego nadchodzą ze wszystkich stron". Ostrzega również, że "nauczanie religii w Arabii Saudyjskiej jest przesiąknięte nienawiścią", ale nie wspomina, że od pięćdziesięciu lat Saudyjczycy zapoznawani są z obrazami tragedii Palestyńczyków, gdy wysłuchują codziennych wiadomości. Gold rozprawia się z saudyjskim planem pokoju opartym o postanowienia ONZ i podpisanym przez wszystkie kraje sąsiadujące z Izraelem. Plan ten po raz pierwszy dawał szansę na dobrosąsiedzkie stosunki Izraelczyków z Arabami. Publicysta "The Wall Street Journal" twierdzi, że najpierw trzeba wśród Arabów zaprowadzić "tolerancję religijną", a dopiero potem mówić o pokoju w Palestynie. I ponownie nie wspomina, że ekstremiści rządzący Izraelem codziennie dają dowody nietolerowania Palestyńczyków na terenie Palestyny i najchętniej wygnaliby ich do Libanu, Syrii czy też Jordanii, w której już dziś są większością.

Żydzi piorą mózgi Amerykanom

"Mapa drogowa do pokoju" ("road map to peace") jest dziś szeroko dyskutowana w Waszyngtonie i ma być poparta przez sześć największych mocarstw. Syjoniści przygotowują rozmaite przeszkody dla zrealizowania jej założeń. Głównym manewrem ekstremistów izraelskich jest stawianie warunków, że bez trzech miesięcy absolutnego spokoju żadne pertraktacje przewidziane w "mapie" z Palestyńczykami w ogóle nie mogą się zacząć. Naturalnie ekstremiści zawsze są w stanie zakłócić spokój i w ten sposób wszelkie rozmowy o stworzeniu państwa Palestyńczyków mogą być odkładane w nieskończoność.
Pranie mózgów amerykańskiej opinii publicznej przez propagandę ekstremistów syjonistycznych w mediach jest widoczne na każdym kroku. Na przykład w programach telewizyjnych osoba podejrzana o jakieś przestępstwo jest poddana badaniu "wykrywaczem kłamstwa". Typowe pytanie zadawane podejrzanemu brzmi: "czy jesteś członkiem organizacji terrorystycznej, której działalność wymierzona jest w USA lub Izrael?". W taki sposób przyzwyczaja się amerykańską opinię publiczną, że Stany Zjednoczone i Izrael to właściwie jedno i to samo. Że niby oba te kraje łączy wspólny los i są ze sobą nierozerwalnie związane.

Teraz kolej na Polskę

Tego rodzaju propaganda jest potrzebna żydowskiemu ruchowi roszczeniowemu, żeby egzekwować ustępstwa Polski przy pomocy Waszyngtonu. Przykładem jest chociażby przyznanie przez rząd polski ze Skarbu Państwa kolosalnych sum na budowę w Warszawie muzeum historii Żydów, na skalę większą od zbudowanego dotąd jakiegokolwiek polskiego muzeum w stolicy. Najprawdopodobniej Żydzi zażądają obciążenia Narodu Polskiego za insynuowaną Polakom zbrodnię tzw. pogromu kieleckiego, bo ma to być muzeum skruchy, a nie zasług Polski w ratowaniu Żydów zagrożonych wymarciem pod koniec średniowiecza. Pamiętam dyskusję o polskim antysemityzmie, jaka miała miejsce kilka lat temu w Kalifornii, w czasie której Michnik powiedział, że pogrom kielecki jest największą zbrodnią w historii Polski. Pewnie dalej będzie się upierać przy tej fałszywej wersji historii i głosić ją na łamach "Gazety Wyborczej".
We wszystkich muzeach holokaustu w Ameryce jednym z głównych eksponatów jest ściana poświęcona tzw. pogromowi kieleckiemu z 4 lipca 1946 roku. Nigdzie nie podaje się, że był to jeden z kilkunastu pogromów zainscenizowanych wtedy przez NKWD we wszystkich krajach satelickich w celu wypędzenia setek tysięcy Żydów na Zachód (przez dla nich tylko otwarte przejścia przez żelazną kurtynę). W tym samym czasie Moskwa zainicjowała równoległą akcję w ONZ, domagając się państwa żydowskiego w Palestynie i uzbrajając czeską bronią Żydów walczących z Anglikami i z Arabami. W rezultacie udało się Sowietom pozbyć mandatu brytyjskiego w Palestynie i zaognić konflikt żydowsko-arabski w pobliżu najbogatszych na świecie pól naftowych, z których korzystają wszystkie uprzemysłowione kraje świata. Działo się to wszystko w czasie zimnej wojny i było częścią globalnej polityki konfrontacji Sowietów z Zachodem. Skorzystali na tym syjoniści.
Bez ówczesnej sowieckiej interwencji prawdopodobnie w ogóle nie istniałoby państwo Izrael. Dziś sukcesy polityczne syjonistów-neokonserwatystów (zwanych w Ameryce "neokons") są groźne dla Polski, ponieważ ci sami ludzie popierają żydowski ruch roszczeniowy, który przy każdej okazji stara się znaleźć nową amunicję potrzebną przemysłowi roszczeniowemu, tak dobrze opisanemu przez Normana Finkelsteina w książce "Przedsiębiorstwo holokaust" ("Holocaust Industry"). Trzeba pamiętać, że w Europie w programie ruchu roszczeniowego przyszła teraz kolej na Polskę. Możliwości realizacji tego planu rosną wraz z sukcesami neokonserwatystów-syjonistów w USA i - dzięki temu - na całym świecie.

Dyspozytorzy władzy i wojny

Ariel Szaron od dawna mówi, że Waszyngton jest "w jego rękach". Tak więc atak na Syrię może nastąpić bardzo szybko. Już dziś przeciw temu państwu są formułowane rozmaite zarzuty przez Busha, Powella i Rumsfelda. Kongres amerykański omawia "Syria Accountability Act", czyli "za co pociągnie się Syrię do odpowiedzialności". Naturalnie nikomu w parlamencie amerykańskim nie przychodzi do głowy zaproponowanie "Izrael Accountability Act". Nikt tam nie zastanawia się, "za co pociągnąć Izrael do odpowiedzialności."
Zrealizowanie "Accountability Act" w praktyce doprowadziłoby do zamrożenia wymiany handlowej z Syrią i nałożyłoby na ten kraj ciężkie sankcje, jako wstęp do wojny. Możemy w każdej chwili dowiedzieć się z mediów, że Amerykanie rozpoczęli już agresję na Syrię pod pretekstem pościgu za członkami rządu irackiego czy też z powodu przekazywania broni masowego rażenia z Iraku do Syrii. Na taki scenariusz przygotowują amerykańską opinię publiczną komentarze głoszące, że w razie amerykańskiego ataku nie będzie możliwe powstrzymanie Izraela przed dokonaniem najazdu na Syrię i Liban.

prof. Iwo Cyprian Pogonowski, Nasz Dziennik, 2003-04-23

powrot