|
|
|
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Pogróżki webec
Syrii Stany Zjednoczone rozważają wprowadzenie sankcji dyplomatycznych, ekonomicznych oraz sankcji innej natury wobec Syrii za jej postawę podczas konfliktu w Iraku - zagroził wczoraj sekretarz stanu USA Colin Powell. Wcześniej brytyjski minister spraw zagranicznych Jack Straw uspokajał, że ani jego kraj, ani Stany Zjednoczone nie mają zamiaru atakować Syrii. - W świetle nowych okoliczności powinni [Syryjczycy - przyp. red.] zrewidować swe działania i swe zachowanie, nie tylko jeśli chodzi o broń masowego zniszczenia i o to, kto otrzymuje schronienie w Syrii, ale zwłaszcza jeśli chodzi o poparcie dla działalności terrorystycznej - tłumaczył Powell. W niedzielę prezydent USA George W. Bush i amerykański sekretarz obrony Donald Rumsfeld ponownie oskarżyli Syrię, że daje schronienie dygnitarzom irackim oraz że pracuje nad bronią masowego rażenia. Szef brytyjskiej dyplomacji uspokajał wczoraj, że ani jego kraj, ani Stany Zjednoczone nie mają zamiaru atakować Syrii jako ewentualnego kolejnego celu wojny z międzynarodowym terroryzmem. Nie wykluczył jednak, że kraj ten prowadzi prace nad bronią masowej zagłady. - Jeśli chodzi o to, czy Syria jest następna na liście, to powiedzieliśmy już jasno, że nie jest. Nie ma też żadnej następnej listy. Są natomiast ważne pytania, na które Syria musi odpowiedzieć. Ważne jest, żeby w pełni współpracowała - powiedział Straw. Wczoraj szef unijnej dyplomacji Javier Solana upomniał Waszyngton, by nieco stonował swoją retorykę wojenną wobec Damaszku. Solana oświadczył, że obecnie nadszedł czas na "ochłodzenie" napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie. W niedzielę prezydent USA George W. Bush ponownie przestrzegł Syrię, że musi "współpracować" z USA. Prezydent ponowił pretensje do Syrii o pomaganie siłom reżimowym w Iraku. - Uważamy na przykład, że w Syrii znajduje się broń chemiczna - powiedział i dodał, że rząd USA "poważnie traktuje sprawę zastopowania broni masowego rażenia". Wcześniej Bush i jego najbliżsi współpracownicy, m.in. Rumsfeld, oskarżali także Syrię o udzielanie azylu przywódcom reżimu Saddama Husajna i dostarczanie siłom reżimowym broni i sprzętu wojskowego. Syria zaprzeczyła wszystkim amerykańskim zarzutom. JS, Reuters, PAP www.naszdziennik.pl Od red. NW: w uzupełnieniu powyższych rozważań na temat Syrii polecamy artykuł Pat Buchanan'a Czyja wojna? oraz fragment książki izraelskiego profesora Izraela Szahak'a "Tel Awiw za zamkniętymi drzwiami"
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Irackie miasta pogrążone w
anarchii Chronią ropę, a nie ludzi Na ulicach irackich miast trwa chaos. Przywróceniem porządku w ogarniętych anarchią miastach chcą zająć się sami Irakijczycy. Coraz częściej mieszkańcy Bagdadu oskarżają okupantów, że nie robią nic, aby przywrócić w mieście porządek. Mieszkańcy Bagdadu domagają się od Amerykanów przede wszystkim zapewnienia bezpieczeństwa w mieście, które zanim jeszcze wygasły pożary od alianckich pocisków, stało się scenerią masowych grabieży. Coraz częściej oskarżają oni okupantów, że nie robią nic, aby przywrócić wodę, prąd i bezpieczeństwo w mieście. Ponad dwa tysiące bagdadzkich policjantów - w tym także oficerowie policji - zgłosiło się wczoraj do pracy w ogarniętym anarchią mieście. Także w drugim największym mieście Iraku - Basrze - na południu kraju oddziały brytyjskie zajmujące to miasto korzystają z pomocy byłych policjantów, ochotniczo wracających do pracy, by przywrócić ład na ulicach. Wczoraj Amerykanie poinformowali o przejęciu kontroli nad wszystkimi polami naftowymi w Iraku. Pod adresem agresorów coraz częściej wysuwane są zarzuty, że skoncentrowali się tylko na zajęciu irackich pól naftowych, całkowicie lekceważąc zapewnienie bezpieczeństwa ludności na okupowanych terenach. JS, PAP www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Amerykanie chcą postawić na czele
tymczasowych władz Iraku aferzystę Był tyran,
będzie malwersant Niechlubna przeszłość typowanego na szefa tymczasowych władz w Iraku Ahmada Szalabiego nie jest przeszkodą, by objął on ten urząd - twierdzą analitycy. Wystarczającą referencją dla nowego premiera ma być poparcie Pentagonu. [od red. NW: Richard Perle - żydowski neokonserwatysta będący jedną z głównych osób pchających USA do wojny na Bliskim Wschodzie mówi o Ahmedzie Chalabi jako o przyjacielu] Kandydatura Szalabiego nie budzi entuzjazmu Departamentu Stanu USA ani brytyjskiego MSZ głównie z powodu wyroku skazującego za malwersacje finansowe w Jordanii, ale popiera ją Pentagon, który jest panem sytuacji w Iraku. Dla kandydatury Szalabiego nie ma alternatywy, a utworzenie proamerykańskiej administracji jest pilne. Jak długo Szalabi zdoła się utrzymać, to inna sprawa - stwierdził Garth Whitty, były inspektor UNSCOM i były pułkownik armii brytyjskiej. Szalabi przebywa w Nasirii wraz z kilkusetosobowym oddziałem "Wolnych Irakijczyków", gdzie został przerzucony z Kurdystanu przez Amerykanów i prowadzi tam polityczne rozmowy na temat utworzenia tymczasowego rządu. Whitty podziela opinię, że Szalabi będzie postrzegany jako marionetka Waszyngtonu. Zauważa, że on sam chce zmienić takie wyobrażenie o sobie, podkreślając, że Amerykanie powinni opuścić Irak tak szybko, jak to możliwe. - Z kolei Irakijczycy wiedzą, że Amerykanie mają w ręku wszystkie karty, kontrolują teren i mają pieniądze na odbudowę kraju. Jeśli nabiorą przeświadczenia, że Szalabi jest liderem tylko na określony czas, to będzie im łatwiej się z nim pogodzić - uważa Whitty. Jego zdaniem, Szalabi nie będzie mógł sobie poradzić bez poparcia i doświadczenia ludzi obalonego reżimu. PS, PAP www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Palestyńczycy do Kurdystanu,
czyli... Żydowski antysemityzm Po zakończeniu agresji amerykańskiej na Irak może być reanimowany izraelski plan przymusowego przesiedlenia Palestyńczyków do północnego Iraku - uważa egipski uczony Hadd Taha. Jego obawy potwierdzają wyniki przeprowadzonych w Izraelu sondaży, z których wynika, że większość Żydów podziela pogląd, iż Palestyńczyków należy przymusowo deportować. Występując 5 kwietnia w centrum informacyjnym Ligi Państw Arabskich w Abu-Dabi, były rektor uniwersytetu Ain Esz-Szams w Kairze nie wykluczył, że USA pomogą Izraelowi wprowadzić w życie "plan masowego przesiedlenia Palestyńczyków na północ Iraku w celu zmiany sytuacji demograficznej na Zachodnim Brzegu rzeki Jordan i terytoriach palestyńskich". Żydowski portal internetowy www.jewish.ru, który podał tę informację, przypomniał, że ów plan był opracowany już w końcu lat 50. Przewidywał on wówczas "przesiedlenie 500 tys. Palestyńczyków do wolnych ziem Iraku". Równocześnie - jak stwierdzono w cytowanej informacji - "ten plan sprzyjał wzrostowi populacji ludności arabskiej w Kurdystanie, czym wówczas były zainteresowane władze Iraku, które metodami siłowymi wypierały Kurdów z Kirkuku i Mosulu". Michael Lerner, żydowski działacz polityczny, redaktor ukazującego się w USA od 1986 r. dwumiesięcznika "Tikkun", jest orędownikiem pojednania Żydów z Palestyńczykami i zwolennikiem wycofania się Izraela z większości okupowanych ziem arabskich. Prowadząc dialog z Palestyńczykami, ubolewa, iż "badania opinii publicznej podają (...), że większość Izraelczyków jest za wysiedleniem wszystkich Arabów z Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, a 25 proc. za wysiedleniem także tych, którzy mieszkają w Izraelu". "Nie doceniacie izraelskiego rasizmu" - alarmują palestyńscy rozmówcy, których głosy Lerner przytacza: "Tak, oni [Żydzi - dop. WM] chcą mieć tę wojnę za sobą, i to dobrze, ale nie widzą w nas istot ludzkich, których potrzeby są równie uzasadnione, jak ich własne. A dopóki nie zobaczą w nas równych sobie ludzi, jakiekolwiek zaproponowane przez nich porozumienie wciąż będzie trącić tymi nieprzytomnymi rasistowskimi przekonaniami, które już zaprzepaściły wcześniejsze próby zawarcia pokoju" ("Tikkun", 07.08.2002 r.). Plan masowej deportacji prawowitych mieszkańców Palestyny ze względu na ich narodowość słusznie przywołuje najgorsze skojarzenia z totalitaryzmem komunistycznym i faszystowskim, jakie znamy z lat okupacji hitlerowskiej i stalinowskiej. Tymczasem - jak wskazują cytowane za źródłami żydowskimi wyniki sondaży - większość Żydów podziela antyarabski (a więc antysemicki!) pogląd, że Palestyńczyków należy przymusowo deportować. Trudno podejrzewać USA, by pod naciskiem Izraela zaryzykowały kompromitację w oczach arabskiej i światowej opinii publicznej, zgadzając się na deportację Palestyńczyków. Jednak pomysł ten jest wyjątkowo zbieżny z ostatnimi propozycjami władz Izraela, które wykluczają możliwość powrotu prawie 4 milionów Palestyńczyków wygnanych z obecnego Izraela po wojnie w 1948 r. Żydowski portal informacji o rasistowskim pomyśle wysiedlania Palestyńczyków nie opatrzył żadnym zaprzeczającym komentarzem, co może sugerować, że izraelski antysemityzm pozostaje powszechną i dlatego groźną rzeczywistością. Sprawą umieszczenia Palestyńczyków na terenie irackiego Kurdystanu był zainteresowany również Saddam Husajn. Według amerykańskiego radia "Wolność Iraku", którego program emitowany jest z Pragi, już w 2001 r. iracki dyktator planował osiedlić w Kirkuku 2,5 tys. Palestyńczyków. Mieli oni dołączyć do kolejnych 6 tysięcy irackich rodzin arabskich, które Husajn zamierzał przesiedlić do prowincji Kirkuk, w miejsce wypędzanych Kurdów. W ten sposób mogły się zbiec różne, szowinistyczne interesy wrogich sobie państw - dla niektórych Żydów wypędzenie Palestyńczyków z ich ojczyzny oznaczałoby możliwość ustanowienia izraelskiej przestrzeni życiowej, a dla Husajna - arabskiej, iracko-palestyńskiej przestrzeni na ziemiach etnicznie kurdyjskich. Chociaż żadna z zainteresowanych stron nie zapytała Palestyńczyków, co sądzą o tym pomyśle, to jednak determinacja, z jaką walczą o niepodległość, świadczy o tym, że nie palą się do opuszczenia ojczyzny. Cała ta sytuacja jest upokarzająca nie tylko dla Palestyńczyków, ale i dla Kurdów. Tragedię tych ostatnich pogłębia fakt, że już samo zajęcie Kirkuku przez sprzymierzone z USA oddziały kurdyjskie w sobotę skutecznie oprotestowała Turcja, żądając ich wycofania. Kurdyjskie marzenie o niepodległości po raz kolejny okazało się nielegalne. WM www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Wojska irackie
nadal stawiają opór Siły amerykańskie weszły do centrum Tikritu - poinformowało wczoraj Centralne Dowództwo USA w Katarze (CentCom). Według niego, walki w mieście wciąż trwają. Rzecznik CentComu oświadczył, że armia iracka "wydaje się skończona jako zorganizowana siła bojowa". - Tego ranka atakujący wkroczyli do Tikritu i opanowali pałac prezydencki - powiedział gen. Vincent Brooks, dodając, że walki w Tikricie były "jedynymi znaczącymi potyczkami w ciągu ostatnich 24 godzin w Iraku". Tikrit, bastion Saddama, położony 180 km na północ od Bagdadu, był ostatnim z większych irackich miast, które przeszło pod kontrolę sił okupacyjnych. Wczoraj rzecznik CentComu, kapitan Frank Thorp, oświadczył, że armia iracka "wydaje się skończona jako zorganizowana siła bojowa". Dodał jednak, że "dopóki kontynuowany jest opór, rzeczą przedwczesną byłoby twierdzić, iż wojna zakończyła się". Również wczoraj Teheran ostrzegł, że oskarży o zbrodnie popełnione na narodzie irańskim przywódców Iraku, gdyby którykolwiek z nich nielegalnie przekroczył granicę Iranu. Według danych Pentagonu, od czasu rozpoczęcia 20 marca wojny w Iraku zginęło w sumie 117 żołnierzy amerykańskich. Z tej liczby 105 osób zostało zabitych w walce bądź w wyniku tzw. przyjacielskiego ognia. Pozostałych 12 zginęło w wypadkach. JS, PAP, Reuters www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Media: wojna zwiększyła
obroty firm zbrojeniowych Koncerny liczą
zyski Zdecydowanymi beneficjentami agresji USA i Wielkiej Brytanii na Irak będą koncerny zbrojeniowe. Według niemieckiej prasy, jedną z istotnych przyczyn wojny w Iraku była presja na Biały Dom amerykańskiego lobby zbrojeniowego. Do kwestii, kto zostanie ekonomicznym zwycięzcą agresji USA na Irak, powrócił niedawno niemiecki dziennik "Handelsblatt". "Im dłużej trwa wojna, im więcej rakiet i bomb rzucono na Irak, tym bardziej wzrasta produkcja amerykańskich fabryk zbrojeniowych" - czytamy w "Handelsblatt". Zdaniem europejskich analityków rynku, prawdopodobnie nie spowoduje to długoterminowego wzrostu koniunktury w tej branży, ale na pewno będzie bardzo korzystne dla bieżącej produkcji. "Przykładem tego zjawiska jest obecna sytuacja w wielu amerykańskich koncernach zbrojeniowych" - pisze niemiecki dziennik. Im więcej rakiet naprowadzających typu Tomahawk zostanie zużytych w Iraku, tym więcej zamówień na ich produkcję otrzyma firma Raytheon z USA. W ciągu pierwszych dwunastu dni wojny odpalono 740 takich rakiet. W tej sytuacji firma Raytheon otrzymała od marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych zwiększone zamówienie - z 456 do 650 sztuk rocznie. Koszt jednej rakiety Tomahawk wynosi 650 tys. euro. Również inne koncerny amerykańskie - jak chociażby firma Alliant Techsystems produkująca silniki rakietowe - zyskają w efekcie agresji USA na Irak. Im więcej rakiet zostanie wystrzelonych, tym więcej nowych silników do nich zamówi w Alliant Techsystems armia amerykańska. "Handelsblatt" twierdzi, opierając się m.in. na wypowiedzi znanego amerykańskiego analityka rynku zbrojeniowego Bena Mooresa z firmy Frost&Sullivan, że w konsekwencji wojny w Iraku wysokie zyski odnotowują również inne koncerny produkujące broń, amunicję lub liczne części zamienne do wielu różnych "trybów machiny wojennej". Do chwilowych beneficjentów działań wojennych należą m.in. firmy Low Tech (produkująca tzw. inteligentną amunicję), Nothrop Grumman (producent systemów rakietowych), L-3 Communications (producent systemów komunikacyjnych), a nawet francuski koncern Thales, który otrzymał od armii Wielkiej Brytanii kontrakt na modernizację uzbrojenia brytyjskich żołnierzy, na sumę 2,4 mld euro. Dla wszystkich tych firm jak najdłuższa wojna oznacza jak największe zyski. Niemiecka prasa nie ma wątpliwości co do tego, że istotną przyczyną wojny w Iraku była presja na administrację prezydenta George'a W. Busha potężnego amerykańskiego lobby zbrojeniowego. Waldemar Maszewski, Hamburg www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Rosyjskie koncerny chcą walczyć o
prawo do eksploatacji irackich złóż ropy Kto
splądruje roponośne złoża? Rosyjski koncern naftowy Łukoil zamierza wywalczyć przed międzynarodowym sądem apelacyjnym prawo do udziału w eksploatacji ropy naftowej w Iraku. Jak oznajmił w piątek rzecznik koncernu Dmitrij Dołgow, zawarte przez Łukoil przy udziale amerykańskich firm prawniczych międzynarodowe kontrakty są w całkowitej zgodności z prawem międzynarodowym. Jak podaje agencja ITAR-TASS, w grudniu 1997 r. grupa rosyjskich koncernów naftowych, w tym też i Łukoil, podpisała umowę na eksploatację najbogatszych złóż naftowych w Iraku - Zachodniej Kurny i Rumejli. Rezerwy ropy naftowej tylko w znajdujących się 100 kilometrów na północny zachód od Basry złożach Zachodnia Kurna są oceniane na 20 mld baryłek. Realizację postanowień umowy odkładano z powodu nałożonych na Irak międzynarodowych sankcji. Tymczasem prezes Amerykańskiej Izby Handlowej w Rosji Andrew Somers oznajmił w piątek, że USA nie zamierzają stawiać przeszkód dla realizacji kontraktów rosyjskich w Iraku. Zapewnił, że "ścisła współpraca pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją w sferze energetycznej ma bardzo ważne znaczenie w powojennej odbudowie Iraku". Somers zaznaczył, że nie widzi przeszkód, by Rosja po wojnie odnowiła swe zgodne z prawem kontrakty z Irakiem. Jednak nie sprecyzował on, o jakie prawo chodzi i czy powinno to być określone przez ONZ, czy też jakieś inne, wewnętrzne prawodawstwo. - Myślę, że nowe władze irackie same zadecydują, czy te umowy odpowiadają interesom narodu irackiego - powiedział Somers. Jako "interesujące" określił on propozycje rosyjskich specjalistów resortu naftowego, aby utworzyć w Iraku międzynarodowe konsorcjum z udziałem koncernów z Rosji, USA i innych krajów. - Administracja amerykańska i biznes amerykański są zainteresowane tym, by Rosja jak najaktywniej uczestniczyła w politycznej i ekonomicznej odbudowie powojennego Iraku - dodał Somers. Wiesław Sarosiek www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: UE chce
uczestniczyć w podziale "irackiego tortu" Sytuacja w Iraku była głównym tematem wczorajszego spotkania w Luksemburgu ministrów państw członkowskich UE. Kraje, które wcześniej sprzeciwiały się wojnie, liczą na to, że Wielka Brytania jako sojusznik USA pomoże osiągnąć porozumienie między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi w sprawie podziału wpływów w pokonanym Iraku. Luksemburskie spotkanie odbywało się w sytuacji dodatkowego napięcia na Bliskim Wschodzie wywołanego niedzielnymi oskarżeniami Stanów Zjednoczonych skierowanymi do Syrii. Szef unijnej dyplomacji Javier Solana wyraził swoje zaniepokojenie groźbami Waszyngtonu w stosunku do Damaszku i zaapelował do USA o zmniejszenie napięcia. Upomniał on Waszyngton, aby nieco stonował swoją wojenną retorykę wobec Damaszku. Luksemburskie spotkanie było próbą ujednolicenia unijnego stanowiska w sprawie roli ONZ i pozycji Europy "w procesie odbudowy gospodarczej i politycznej Iraku", w sytuacji kiedy Stany Zjednoczone potwierdziły swoją wolę kotroli tego procesu. W spotkaniu w Luksemburgu nie wziął udziału brytyjski minister spraw zagraniznych Jack Straw, który przebywa na Bliskim Wschodzie, gdzie ma się spotkać m.in. z amerykańskim generałem Jayem Garnerem, przewidzianym na szefa tymczasowej administracji amerykańskiej w Iraku. Kraje unijne liczą na to, że Wielka Brytania jako sojusznik USA w wojnie irackiej może odegrać kluczową rolę w znalezieniu porozumienia między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi w sprawie podziału łupów po pokonaniu Iraku. Franciszek L. Ćwik, Paryż www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Wtorek, 15 kwietnia 2003, Nr 89 (1585) Dział: Wojna pogłębi
kryzys Przedstawiana jako sukces agresja USA na Irak została przychylnie przyjęta przez kręgi gospodarcze na Zachodzie. Już obecnie koncerny zbrojeniowe liczą zyski, a do skoku na iracką ropę przygotowują się koncerny naftowe. Swoistą bitwę o kontrakty rozpoczęły też przedsiębiorstwa budowlane. Jednak niepewna sytuacja polityczna na Bliskim Wschodzie i w regionie Zatoki Perskiej spotęgowana groźbami Waszyngtonu pod adresem Syrii i Iranu sprawia, że w dalszej perspektywie agresja na Irak może wywrzeć bardzo zły wpływ na światową gospodarkę. Michael R. Sesit napisał w "The Wall Street Journal" z 4 kwietnia br., że decyzja o ataku na Irak bez jednomyślnej zgody sojuszników będzie miała ujemny wpływ na gospodarkę światową. "Jeżeli obecna wojna będzie nadal niszczyć zaufanie konsumentów i przemysłowców i zniechęcać do inwestowania, to nadal będzie źle się odbijać na cenach akcji na giełdzie. Zaś giełda nowojorska wpływa na giełdy całego świata" - wtórował mu George Magnus, ekonomista banku UBS Warburg w Londynie. Uzależnienie od eksportu do USA W czasie ostatnich pięciu lat dwanaście największych rynków europejskich oraz japoński opierały się w głównej mierze na dochodach z eksportu do USA. Dziś stoją one w obliczu niepewności i destabilizacji geopolitycznej. Do tego dochodzi problem spadku wartości dolara, który w stosunku do walut europejskich stracił 17 proc. na wartości od początku 2002 r. W tym samym czasie dolar stracił 9,2 proc. w stosunku do japońskiej jena. George Manus stwierdził, że "im dłużej będzie trwała wojna, tym słabszy będzie dolar". Ta słabość amerykańskiej waluty podnosi cenę importu z Europy i Japonii do USA i w ten sposób zmniejsza dochody tych krajów. Według Boba McKee, głównego ekonomisty firmy doradczej Independent Strategy w Londynie, polityczne tło wojny narzuconej światu przez USA daje początek odrzucania przywództwa amerykańskiego przez najpotężniejsze kraje Europy. Francja i Niemcy przywodzą oporowi Starego Kontynentu przeciwko wyłącznemu decydowaniu przez USA o handlu międzynarodowym, inwestycjach i globalnych decyzjach politycznych. Zdaniem Joachima Felsa z firmy Morgan Stanley w Londynie, nawet jeśli wojna z Irakiem nie rozszerzy się na inne kraje, to w rezultacie obecnego konfliktu skumulują się spory w Światowej Organizacji Handlu (WTO) i osłabiona zostanie rola ONZ oraz Unii Europejskiej. Według niego, osłabiony zostanie również proces ekonomicznej globalizacji. Iracka ropa sfinansuje wojnę? Rabunek irackich zagłębi naftowych ma pozwolić kompaniom amerykańskim na szybkie zwiększenie produkcji ropy naftowej, tak by jej cena spadła do poziomu 15-20 USD za baryłkę. Taki spadek ceny ropy miałby dać początek poważnemu przyspieszeniu gospodarki USA i reszty uprzemysłowionego świata. Dochody z nafty miałyby też pokryć koszty najazdu na Irak i jego okupacji. Takie są życzenia przedsiębiorstw przemysłu naftowego. Najbliższa przyszłość pokaże, czy się spełnią. Nie wiadomo bowiem, jak silna będzie partyzantka posthusajnowska w podbitym Iraku i jak zostanie zorganizowana okupacja tego kraju. Gospodarka Stanów Zjednoczonych to ponad jedna piąta gospodarki światowej i z tego powodu stan rynku amerykańskiego decyduje o koniunkturze światowej. Pojawiają się opinie, m.in. przedstawicieli BŚ, że nawet krótka wojna w Iraku może mieć bardziej negatywny wpływ na światową gospodarkę, niż miały zamachy na World Trade Center z 11 września 2001 r. USA pogłębiają deficyt w czasie kryzysu Bank Światowy prognozował niedawno, że w przypadku krótkiej wojny w Iraku, w tym roku gospodarka światowa odnotuje wzrost rzędu 2,3 procent, czyli mniej niż rok wcześniej, kiedy osiągnął on 3,6 proc. Atak na Irak nie jest jedynym powodem zmian przyrostu gospodarczego na świecie. Pogłębianie przyczyn terroru międzynarodowego i przesadny nacisk na wojnę z terrorem przez media kontrolowane przez syjonistów poważnie szkodzą zaufaniu i źle odbijają się na poprawie sytuacji gospodarczej. Jeden z ekonomistów Banku Światowego stwierdził niedawno m.in., że maleją nadzieje na poprawę koniunktury na świecie, który jeszcze nie "wygrzebał się" z nadużyć późnych lat 90. ubiegłego stulecia (kreatywna księgowość), ujawnionych dopiero w ciągu ostatnich dwóch lat. Tymczasem rząd USA powiększa gwałtownie deficyt budżetowy właśnie wtedy, gdy światowa gospodarka uzależniona jest od dobrego stanu rynku amerykańskiego. Obecnie deficyt ten przekracza 5 proc. PKB Stanów Zjednoczonych. Grozi to ucieczką kapitału zagranicznego i dalszym spadkiem rozwoju gospodarki USA. Rząd George'a W. Busha tłumaczy nieprzekonywająco, że deficyt w handlu zagranicznym jest dowodem atrakcyjności rynku amerykańskiego i można go tolerować bez uszczerbku dla rozwoju gospodarki Stanów Zjednoczonych. Jednak Bush zdaje się nie dostrzegać, że wzrost gospodarczy krajów uprzemysłowionych od kilku lat jest bardzo słaby. Niskie stopy nie pobudziły gospodarki W Stanach Zjednoczonych Bank Rezerw Federalnych utrzymuje stopę procentową na najniższym poziomie od czterdziestu lat, w wysokości 1,25 proc. Również Centralny Bank Europejski i Bank Japonii rozluźniły politykę monetarną, żeby wzmocnić atrakcyjność kredytów i pobudzić wzrost gospodarczy. Jednak - jak wynika ze sprawozdania Banku Światowego - wysiłki te niewiele pomogły. Bank Światowy spodziewa się, że wśród rozwijających się krajów Wschodniej Azji wzrost PKB może osiągnąć 6,6 proc. w 2004 r., a w Azji Południowej - 5 proc. Podobnie optymistyczne są prognozy dla Ameryki Południowej (wzrost - 3,8 proc. PKB). Natomiast na Bliskim Wschodzie wzrost gospodarczy może osiągnąć 3,9 proc., jednak pod warunkiem, że sąsiedzi Iraku nie zostaną zaatakowani przez USA. David Fuller zajmujący się strategią globalną dla Stockcube Research w Londynie napisał, że obecna wojna może okazać się większą katastrofą niż konflikt w Wietnamie i spowoduje dalsze rozpowszechnianie się broni masowego rażenia oraz destabilizację sytuacji na świecie. Sytuacja na Bliskim Wschodzie poważnie skomplikuje się, jeżeli ekstremistom o orientacji syjonistycznej uda się wszcząć zaraz po podboju Iraku wojnę z Iranem i innymi państwami tego regionu w celu "przebudowania ustrojów" całego Bliskiego Wschodu na "demokracje" rządzone siecią poprawności politycznej. prof. Iwo Cyprian Pogonowski www.naszdziennik.pl Od red. NW: w uzupełnieniu powyższych rozważań na temat Syrii polecamy artykuł Pat Buchanan'a Czyja wojna? oraz fragment książki izraelskiego profesora Izraela Szahak'a "Tel Awiw za zamkniętymi drzwiami" Nasz Dziennik, Nasz Dziennik, 2003-04-15 |