nasza witryna Agresja na Irak, Nasz Dziennik wiadomości z 14.04.2003


 



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Na świecie nie ustają protesty przeciwko agresji na Irak
Pokój najwyższym dobrem

Setki tysięcy przeciwników wojny przemaszerowało w sobotę i niedzielę ulicami wielu miast na świecie, by uczcić pamięć zabitych oraz wezwać obce wojska do szybkiego opuszczenia Iraku. Ostrzegali, że wojna z Saddamem, prowadzona pod auspicjami USA, poważnie zakłóciła ład światowy.
Włoskie stowarzyszenia i organizacje katolickie skierowały do katolików amerykańskich apel o współpracę na rzecz pokoju. "Jesteśmy przekonani, że pokój jest najwyższym dobrem, że śmierć zwycięża się życiem i nie sposób ustanowić demokracji przemocą, siłą i przy użyciu broni" - napisali sygnatariusze przesłania, zachęcając jego adresatów do budowy "kultury pokoju". - Nie jest łatwo sprzeciwić się wojnie, znacznie trudniej jednak poprzeć pokój - powiedział jeden z działaczy, przewodniczący ACLI (stowarzyszenia pracowników katolickich) Luigi Bobba.
Antywojenne demonstracje odbyły się w kilkudziesięciu miastach Włoch, w tym w Rzymie, Mediolanie, Turynie. Ich celem stały się stacje benzynowe koncernu Esso należące do grupy ExxonMobil. Ich uczestnicy z transparentami: "Stop wojnie o naftę", "Stop wojnie Esso", stosowali krótkotrwałe blokady stacji benzynowych koncernu Esso, które jest głównym dostawcą paliwa dla wojsk alianckich, uczestniczących w inwazji na Irak. Przeciwnicy wojny zebrali się także na terenie rzymskiego Circus Maximus.
W Waszyngtonie przeciwnicy wojny przeszli w pobliżu Białego Domu oraz przed biurami koncernów, które - ich zdaniem - zarobią na wojnie, jak też przed siedzibami mediów ignorujących losy ludności cywilnej w Iraku. Protestujący w krótkich przemówieniach zwracali uwagę, że okupacja nie oznacza wyzwolenia. "Następna będzie Syria czy Korea" - głosiły transparenty.
Dziesiątki tysięcy przeciwników wojny wypowiedziało się w Londynie przeciwko okupacji Iraku i uczciło dwiema minutami ciszy pamięć zabitych. W Hiszpanii demonstracje odbyły się w Madrycie i Barcelonie. Zdaniem organizatorów, wzięło w nich udział 200 i 300 tysięcy osób. W Berlinie przed Bramą Brandenburską zebrało się około 12 tysięcy ludzi, którzy m.in. wzywali kanclerza, by zamknął przestrzeń powietrzną Niemiec dla armii amerykańskiej. W Paryżu demonstracja antywojenna zgromadziła około 11 tysięcy osób. Mniejsze demonstracje odbyły się w blisko pięćdziesięciu miejscowościach Francji.
W stolicy Bangladeszu, Dhace, przeciwko wojnie demonstrowało 50 tysięcy ludzi. Oskarżyli oni Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię o zbrodnie przeciwko ludzkości. Demonstracje i protesty przeciwko dalszej okupacji odbyły się także w Korei Południowej, Szwecji i w Szwajcarii.
JS, PAP, KAI, Reuters


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Wojska okupacyjne nadal nie zapewniają bezpieczeństwa ludności cywilnej
Pozwalają na przemoc

Na ulicach irackich miast nadal panuje chaos i anarchia. Wczoraj grupa uzbrojonych mężczyzn otoczyła dom duchowego przywódcy szyitów w Nadżafie, dając mu 48 godzin na opuszczenie Iraku. Doprowadzeni grabieżami i przemocą do ostateczności Irakijczycy sami usiłują położyć kres rozbojowi.
Irackie miasta od trzech dni bezustannie są widownią grabieży i porachunków. Wbrew międzynarodowej konwencji wojska okupacyjne nie zapewniły do tej pory bezpieczeństwa cywilnej ludności. Trwa rabowanie własności prywatnej i publicznej. Mieszkańcy Bagdadu doprowadzeni do ostateczności sami chwytają za broń i organizują zbrojne patrole, by uchronić się przed bezprawiem.
Wczoraj grupa uzbrojonych mężczyzn otoczyła dom duchowego przywódcy szyitów w Nadżafie, dając mu 48 godzin na opuszczenie Iraku. W Nadżafie, podobnie jak w innych irackich miastach, po upadku reżimu Saddama Husajna zapanował chaos, dochodzi do licznych rabunków i aktów przemocy.
W sobotę w centrum Bagdadu doszło do intensywnej wymiany ognia w rejonie hotelu "Palestine". Żołnierze amerykańscy zostali ostrzelani z zachodniego brzegu Tygrysu z ciężkiej broni automatycznej i odpowiedzieli, używając dział czołgowych. Wymiana ognia trwała ok. 20 minut. Według żołnierzy piechoty morskiej USA, zabili oni ok. 20 przeciwników.
Tymczasem sami Irakijczycy usiłują położyć kres rozbojowi. W Bagdadzie lekarze i personel medyczny chwycili za broń, aby zapobiec dalszemu grabieniu szpitali przez bandy rabusiów siejące panikę w stolicy Iraku. Pierwsza grupa siedmiu irackich policjantów zaoferowała w sobotę Amerykanom swoją pomoc w przywracaniu porządku w Bagdadzie.
Generał w stanie spoczynku, Jay Graner, który ma kierować tymczasową administracją amerykańską w Iraku, oświadczył w sobotę w wywiadzie dla brytyjskiej Sky Television, że gdy tylko ustaną walki, oddziały amerykańskie położą kres grabieżom.
Grupa siedmiu najwyżej rozwiniętych przemysłowo krajów świata - G-7 - zdołała przezwyciężyć w sobotę głębokie podziały w sprawie Iraku i zaapelowała, by powojenna odbudowa tego kraju miała charakter międzynarodowy i odbywała się pod egidą ONZ.
JS, PAP, Reuters


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Oby zło obróciło się w dobro

Modlimy się, aby Opatrzność Boża, która kieruje losami narodów, potrafiła wyciągnąć dobro ze zła, zgodnie z naszymi zasadami - powiedział kardynał Angelo Sodano, komentując rozwój wydarzeń w Iraku. - Przed wojną zrobiliśmy wszystko, by jej uniknąć, po jej wybuchu zabiegaliśmy o to, aby jak najszybciej się zakończyła. Teraz mamy nadzieję, że ludność cywilna powróci jak najszybciej do swych domostw - powiedział kardynał w rozmowie z dziennikarzami podczas obchodów 40-lecia encykliki "Pacem in terris" Jana XXIII.
Tymczasem ks. abp Renato Martino, nawiązując do kryzysu irackiego, wezwał do budowania pokoju opartego na wartościach. - Jeżeli chcemy, by pokój był nie tylko wynikiem przemocy oraz długich i wycieńczających rokowań, należy zrobić wszystko, aby jego źródłem były podzielane przez wszystkich wartości - stwierdził ks. arcybiskup.
Na uroczystej sesji na Uniwersytecie Laterańskim z okazji 40-lecia ukazania się encykliki "Pacem in terris" Jana XXIII przewodniczący Papieskiej Rady "Iustitia et Pax" podkreślił potrzebę przywrócenia ONZ decydującej roli w procesie zapewnienia ładu międzynarodowego. - Nie można obyć się bez Narodów Zjednoczonych. Osłabienie organizacji międzynarodowych mogłoby oznaczać osłabienie świadomości, że jesteśmy jedną rodziną ludzką - powiedział watykański dostojnik, który przez 16 lat był stałym obserwatorem Stolicy Apostolskiej przy ONZ w Nowym Jorku.
KWM, KAI


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Powell zapowiedział, że USA znajdą w Iraku broń masowego rażenia
Szukają usprawiedliwienia dla agresji

Wojska amerykańskie weszły wczoraj do Tikritu, rodzinnego miasta Saddama Husajna, nie napotykając tam na żaden opór. Wbrew dotychczasowym bezskutecznym poszukiwaniom amerykański sekretarz stanu Colin Powell oświadczył wczoraj, że jest przekonany, iż USA znajdą w Iraku broń masowego rażenia.
Informację o zajęciu Tikritu bez walki podał wczoraj amerykański generał Tommy Franks, który dowodzi agresją na Irak. Leżący 175 km na północ od Bagdadu Tikrit był ostatnim większym miastem poza kontrolą Amerykanów. Ze względu na powiązania rodzinno-plemienne z irackim prezydentem spodziewano się, że mieszkańcy Tikritu będą do końca walczyć w obronie Saddama Husajna.
Wczoraj amerykańskie wojska, idące z Bagdadu na północ, odnalazły sześciu lub siedmiu Amerykanów zaginionych podczas wojny w Iraku. - Mam informację, że sześć czy siedem osób, które uważaliśmy za zaginione, zostało odnalezionych. Wiem, że są w dobrej formie - powiedział Franks.
Tymczasem amerykański sekretarz stanu Colin Powell oświadczył wczoraj, że jest przekonany, iż USA znajdą w Iraku broń masowego rażenia. Oskarżenia o posiadanie takiej broni były głównym powodem amerykańskiej inwazji na Irak. - Okres walk się zakończył i teraz możemy skupić naszą uwagę na szukaniu broni masowego rażenia. Są mocne dowody i nie ma wątpliwości, że tam jest broń masowego rażenia. Znajdziemy ją - powiedział Powell. Po ponad 3 tygodniach od rozpoczęcia agresji nie został przedstawiony żaden jednoznaczny dowód, by w Iraku, którego większa część znajduje się w rękach amerykańsko-brytyjskich, była broń atomowa, biologiczna bądź chemiczna.
Według danych Centralnego Dowództwa USA, w Iraku zginęło 110 Amerykanów, dziewięciu zaginęło, a siedmiu pozostaje w niewoli. Wojska brytyjskie straciły 31 żołnierzy. Nieznane są straty sił irackich. Według przeciwników wojny publikujących szacunki ofiar ludności cywilnej na stronie iraqbodycount.net, do wczorajszego dnia na skutek amerykańskiej agresji zginęło ok. 1600 cywilów irackich. Inne dane mówią o czterech tysiącach rannych.
JS, PAP, Reuters


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Spotkanie "sojuszników"

Podczas trójstronnego spotkania szefów państw Rosji, Francji i Niemiec w Sankt Petersburgu ustalono, iż kwestia Iraku powinna jak najprędzej powrócić pod obrady ONZ. Uznali oni, że to ONZ powinna kierować powojenną odbudową tego kraju.
Podczas dwudniowych rozmów w Petersburgu przedstawiciele Francji, Niemiec i Rosji (koalicja antywojenna) domagali się, aby ONZ przejęła przewodnią rolę w odbudowie Iraku i przywracaniu tam ładu politycznego. Oświadczyli oni, że jakiekolwiek użycie siły w stosunku do innego kraju musi odbyć się za zgodą i przy całkowitym poparciu ONZ.
Chirac, Schroeder i Putin ponownie oświadczyli, iż są zdecydowanie przeciwni metodom stosowanym przez Stany Zjednoczone. Podkreślili, że wojna z Irakiem była i jest niezgodna z prawem międzynarodowym.
Rządy trzech "antywojennych sojuszników" obiecały udzielić pomocy humanitarnej irackiej ludności cywilnej, zaznaczyły również gotowość do pójścia na ustępstwa w kwestii redukcji irackiego długu i zapewnili o gotowości wzięcia udziału w jego odbudowie.
Prasa niemiecka zauważyła jednak, że najmniej krytyczne stanowisko wobec USA zajmował podczas rozmów w Rosji właśnie niemiecki kanclerz, który widocznie pragnie zachować jeszcze uchyloną furtkę, aby skorzystać z niej podczas prób "pojednania" (czytaj - uzyskania od USA kontraktów irackich) z administracją Busha.
Nieformalne spotkanie w Petersburgu ostro skrytykowała opozycja niemiecka. Jej przedstawiciele twierdzą, że jest ono następnym krokiem do pogorszenia, i tak złych ostatnio, stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, jak również spowoduje pogłębianie się bardzo ostrego i widocznego kryzysu zarówno w strukturach NATO, jak i Unii Europejskiej, w której obecnie zupełnie nie widać jakiejkolwiek wspólnej linii polityki zagranicznej. Petersburskie spotkanie - zdaniem polityków opozycji - przyczynia się do jeszcze większego pogłębiania rozdźwięków w gronie państw Piętnastki.
Waldemar Maszewski, Hamburg


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Iraku nikt nie broni

Wojska amerykańskie weszły wczoraj do Tikritu, rodzinnego miasta Saddama Husajna, nie napotykając tam na żaden opór. Leżący 175 km na północ od Bagdadu Tikrit był ostatnim większym miastem pozostającym poza kontrolą Amerykanów.
Według danych Centralnego Dowództwa USA, w Iraku zginęło 110 Amerykanów, dziewięciu zaginęło, a siedmiu pozostaje w niewoli. Wojska brytyjskie straciły 31 żołnierzy. Nieznane są straty sił irackich. Według przeciwników wojny publikujących szacunki ofiar ludności cywilnej na stronie iraqbodycount. net, do wczorajszego dnia na skutek amerykańskiej agresji zginęło ok. 1600 cywilów irackich. Inne dane mówią o czterech tysiącach rannych.
JS, PAP, Reuters


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Syria prawdopodobnie zostanie zaatakowana, jeśli nie spełni "życzeń" USA
Irak to dopiero początek?

W opublikowanym w piątek wywiadzie dla "Berliner Zeitung" były amerykański generał wojsk NATO Wesley Clark nie wykluczył, iż Stany Zjednoczone mogą zaatakować również Syrię. Oprócz prób wyprodukowania broni masowego rażenia Waszyngton zarzuca Damaszkowi także wspieranie ugrupowań terrorystycznych.
Generał Wesley Clark w rozmowie z dziennikarzem "Berliner Zeitung" stwierdził, że nie wyklucza tego, iż następnym celem strategicznym USA będzie Syria. - Obecność wojsk amerykańskich w tym geopolitycznym rejonie stała się faktem i ten fakt będzie miał wielkie konsekwencje polityczne - stwierdził złowrogo Clark. Przypomniał on, że wielu amerykańskich polityków, w tym sekretarz obrony Donald Rumsfeld i sekretarz stanu Colin Powell, "zdecydowanie i wyraźnie ostrzegało Syrię przed konsekwencjami wynikającymi z udzielania pomocy islamskim terrorystom i Husajnowi". - Syria musi się liczyć z atakiem, jeżeli władze w Damaszku nie spełnią życzeń Stanów Zjednoczonych - ostrzegł amerykański generał.
Również rosyjski dziennik "Niezawisimaja Gazieta" wyraził przypuszczenie, że w najbliższym czasie USA mogą zaatakować Syrię. "Jeszcze nie padł Bagdad, a minister obrony Donald Rumsfeld wskazał palcem na kraj, przyjmujący przedstawicieli reżimu Husajna" - pisał w piątek rosyjski dziennik.
Zapowiedzią wojennego kursu USA wobec Syrii są na razie delikatnie wysuwane przez Rumsfelda sugestie, że Syria posiada broń masowego rażenia. Jego zdaniem, wskazuje na to fakt, że Damaszek w czasie amerykańsko-brytyjskiej agresji na Irak okazywał Bagdadowi wszelkiego rodzaju wsparcie, włącznie z wojskowym.
Zapowiedzią ataku USA na Syrię jest również wypowiedź przewodniczącego komitetu szefów połączonych sztabów sił zbrojnych USA Richarda Mayersa, który stwierdził, że byli przedstawiciele władz Iraku będą ścigani, gdziekolwiek się znajdą. "Niezawisimaja Gazieta" wypowiedź tę skomentowała jako oczywisty dowód na to, że "sąsiadka Iraku jest na celowniku".
Stany Zjednoczone już dawno zaliczyły Syrię do państw "bandyckich". Oprócz prób wyprodukowania broni masowego rażenia Waszyngton zarzuca Damaszkowi także wspieranie ugrupowań terrorystycznych. "To są wystarczające powody, by Amerykanie zaatakowali" - pisze rosyjski dziennik.
W sytuacji obecności kilkusettysięcznych sił USA w Iraku i całym regionie Zatoki Perskiej nowa wojna tylko nieznacznie zwiększyłaby koszty amerykańskiego podboju Zatoki Perskiej. "O wiele łatwiej będzie wysłać do walki jednostki, które tylko co skończyły działania wojenne, niż przygotowywać nową operację wojskową" - konkluduje publicysta "Niezwisimoj Gaziety".
Wielu odważniejszych publicystów już dawniej stawiało tezę, że Irak jest tylko początkiem amerykańskiej kolonizacji regionu Zatoki Perskiej, zaś następnym krokiem będzie Syria, a po niej Iran.
Wiesław Sarosiek, Waldemar Maszewski


www.naszdziennik.pl



NASZ DZIENNIK

Poniedziałek, 14 kwietnia 2003, Nr 88 (1584)

Dział:

Co po wojnie?

W Iraku trwają ciężkie walki. Wojska amerykańskie zajmują Bagdad, w którym panuje nieopisany chaos. Codziennie słyszymy, że tak szczupłe siły nie są w stanie spacyfikować wielkiego miasta, tymczasem nie widać, aby Waszyngton w pośpiechu mobilizował jakiekolwiek większe siły z zamiarem zaprowadzenia porządku. Nasuwa to podejrzenie, że komuś może zależeć na destabilizacji... Koalicjanci myślą raczej o formach okupacji Iraku i jego odbudowie. Nie wiadomo jednak, jak USA wyobrażają sobie kontrolowanie kraju, ani nie widać starań, aby zapobiec rozprzestrzenieniu się konfliktu na cały region.

Wszystkie proamerykańskie twory państwowe na Bliskim Wschodzie są niedemokratycznymi reżimami, utrzymującymi się na powierzchni dzięki dobrze zorganizowanym siłom policyjnym (w Egipcie znów po aresztowaniach wielu uczestników manifestacji antywojennych znikło bez śladu).
Wedle badań opinii publicznej, w krajach takich jak Egipt, Arabia Saudyjska czy Jordania od 70 do 90 procent ludności nie popiera swoich rządów i prezentuje stanowisko antyamerykańskie.

Groźba rozszerzenia konfliktu
Trudno wyobrazić sobie umiędzynarodowienie konfliktu irackiego na szczeblu regionalnym. Gdyby jednak do tego doszło, skutki byłyby katastrofalne. W Kurdystanie irackim siłom inwazyjnym udało się zrzucić desant żołnierzy sił specjalnych, którzy mają za zadanie stworzenie tam frontu północnego. Działania strony amerykańskiej ograniczają się jak dotąd jedynie do wsparcia lotniczego.
Część Kurdów współpracuje z siłami koalicji. Ich życzliwość ma jednak swoją określoną cenę - szeroką autonomię, a najlepiej niepodległość irackiego Kurdystanu. Podobnie jak w 1991 roku obietnice Waszyngtonu pozostają w sferze półsłówek i niedopowiedzeń. Były prezydent George Bush senior już raz wezwał Irakijczyków do buntu przeciw Saddamowi, po czym obojętnie wydał ich na pastwę żądnego zemsty dyktatora.
Wątpliwe jest, by nawet w obliczu ochłodzenia stosunków z Ankarą Amerykanie aktywnie powstrzymali napływające do Kurdystanu irackiego jednostki tureckie. To zaś oznacza, że chwilowy sojusz z Kurdami pryśnie w chwili pokonania wspólnego wroga. Niedawno byliśmy świadkami naprawdę entuzjastycznego powitania Peszmergów przez ludność Kirkuku. Podobnie entuzjastycznie do sukcesów swych oddziałów podchodzą mieszkańcy Mosulu.
Sukcesy kurdyjskie wywołały natychmiastową reakcję Turcji, dla której niepodległy Kurdystan iracki - w dodatku zasobny w ropę naftową - jest nie do przyjęcia. Ankara postawiła koalicji antyirackiej ultimatum, w wyniku którego jednostki kurdyjskie wycofały się ze zdobytego ich rękami Kirkuku. Tak więc pierwszy akt "kurdyjskiej Jałty" mamy już za sobą...

Ostrożnie z Iranem...
Delikatną kwestię stanowił szturm na Karbalę, miejsce męczeństwa Al-Husajna. Sytuacja była niewątpliwie delikatna dla agresorów, ponieważ jedna bomba zrzucona na kompleksy sakralne mogła wywołać trudne do wyobrażenia reakcje szyitów. Iran już jest podrażniony zachowaniem wojsk koalicji, a szyickie bojówki Hezbollahu w Libanie nigdy nie ukrywały wrogości wobec USA. Tymczasem amerykańscy oficjele występują z oskarżeniami o wspieranie przez Iran i Syrię reżimu w Bagdadzie.
Co prawda wciągnięcie Teheranu w konflikt wymagałoby aktu wyjątkowej bezmyślności ze strony prezydenta Busha, bowiem liberalizujący się Iran dawno już odszedł od retoryki antyamerykańskiej (mit wrogości podtrzymywany jest jednostronnie przez administrację waszyngtońską) i obecnie skupia się na kwestiach gospodarczych, mozolnie odbudowując gospodarkę, zrujnowaną latami wojny z Irakiem.
Irańczycy ponieśli w tej wojnie ogromne straty w ludziach i obecnie nie chcą kolejnej wojny. Marzą o polepszeniu poziomu życia. Warto dodać, że zaliczony do "osi zła" Iran stanowi jedyną oprócz Turcji i Izraela w ogóle funkcjonującą demokrację na Bliskim Wschodzie...
Reakcja Damaszku na zbombardowanie przez Amerykanów autobusu wiozącego syryjskich robotników była ostra i po części wymuszona nastrojami społecznymi. Baszar al-Asad otworzył granice kraju dla ochotników pragnących walczyć przeciw agresorom, co pociągnęło za sobą wojownicze ostrzeżenie Donalda Rumsfelda skierowane pod adresem Syrii. Ciekawe, że to nikt inny, tylko właśnie Rumsfeld ściskał ongiś rękę Saddama Husajna, wiernego sprzymierzeńca Waszyngtonu w dziele zwalczania rewolucji w Iranie... Ostatnio ten sam polityk wyjaśnił, że zapowiedź reperkusji wobec Syrii nie oznacza wojny. Świeżo rozbudzone poczucie wrogości pozostanie jednak na długo. Trzy lata temu trudno było spotkać Syryjczyka, który osobiście nienawidziłby Amerykanów, ale to już przeszłość.

Irakijczycy nie chcą Amerykanów
Dla Irakijczyków, którzy szczerze nienawidzą Saddama, agresor zewnętrzny jest jednak większym złem. Amerykanie stają w obliczu partyzantki miejskiej, która w kilkumilionowym Bagdadzie oznaczać będzie zwielokrotnienie problemów, na jakie napotkali w trakcie operacji w Somalii i prób kontrolowania jej stolicy Mogadiszu. Nie będzie to drugi Wietnam, głównie z racji ukształtowania terenu i braku lasów tropikalnych, ale dla kontrolowania kraju "siły policyjne" z pewnością musiałyby liczyć bliżej 200 niż 100 tysięcy żołnierzy.
Dodajmy, że oprócz ogromnych wydatków wojskowych oznacza to stałe straty w ludziach, na które amerykańska opinia publiczna nie jest przygotowana. Od północnego zachodu, a częściowo także północy i wschodu, Irak graniczy z Syrią i Iranem, które nie są zainteresowane w najmniejszym nawet stopniu uszczelnianiem granic. Tak więc na długości kilku tysięcy km partyzanci iraccy będą mogli swobodnie przemieszczać się i przerzucać zaopatrzenie. Rzeczywiste stanowisko Arabii Saudyjskiej, Jordanii i Turcji stanowi wciąż wielką niewiadomą.

Kto przejmie władzę?
Koalicja nie będzie w stanie zagwarantować integralności terytorialnej kraju, co doprowadzić może do wojny domowej. Irak jest sztucznym tworem, ongiś terytorium mandatowym Ligi Narodów, faktycznie powołanym do życia przez Wielką Brytanię po I wojnie światowej na obszarze idealnie odpowiadającym koncesji na poszukiwania i eksploatację ropy naftowej, udzielonej przez Turcję Osmańską zdominowanej wkrótce potem przez kapitał brytyjski Turkish Oil Company.
Zasoby ropy znajdują się na kurdyjskiej północy i szyickim południu, natomiast władzę w kraju od 1921 roku (od momentu osadzenia emira Fajsala na tronie irackim po sfałszowanym referendum) sprawują arabscy sunnici z centrum kraju, stanowiący około jednej czwartej jego ludności.
Iraku nie łączą żadne klasyczne czynniki państwotwórcze - łącznie z religią i językiem. Kurdowie nie wyobrażają sobie życia pod jednym dachem z poplecznikami Saddama Husajna, czemu trudno się dziwić. Ewentualny "nowy" Irak mógłby składać się z południa i środkowej części kraju, ale wtedy - jeżeli okupanci rzeczywiście wierzą w demokrację (w co szczerze wątpię, sadząc po przykładzie licznych "republik bananowych" w Ameryce Łacińskiej) - ster rządów musieliby przejąć dwukrotnie liczniejsi szyici, posiadający na swoim terytorium bogate złoża ropy naftowej. Na to nie zgodzi się jednak ani Waszyngton, uczulony na dźwięk słów "szyici" i "Iran", ani też tradycyjnie rządzący mieszkańcy centrum kraju, w większości sunnici.

Kurdowie sięgają po niepodległość
Po dziesięcioleciach zwodzenia i masakr Kurdowie prawdopodobnie nie zgodzą się na cokolwiek innego oprócz pełnej niepodległości, a to oznacza, że niedługo Waszyngton będzie musiał podjąć decyzję, czy zerwać z Kurdami, czy też z coraz mniej sojuszniczą Turcją, która przy okazji rozwiała chyba wszystkie wątpliwości co do poszanowania przez rząd w Ankarze praw człowieka, prawa narodów do samostanowienia i kilku jeszcze zasad obowiązujących w państwach demokratycznych. Unia Europejska powinna mieć już za sobą dylemat, czy zapraszać Turcję do członkostwa...
Niepotwierdzone dotąd doniesienia mówią o tajemniczym mordzie na jednym z ajatollahów w południowym Iraku. Jednocześnie oddziały amerykańskie nie kiwnęły palcem, by zapobiec dokonującym się w Bagdadzie grabieżom. Jeszcze bardziej zadziwiające jest, że ofiarą szabrowników w pierwszym rzędzie padły placówki niemieckie i francuskie - państw najostrzej sprzeciwiających się wojnie. Tymczasem pieczołowicie ochraniano samochody inspektorów ONZ.
Powszechne ubóstwo Irakijczyków na pewno przyczyniło się do obserwowanych zajść, choć nie zapominajmy, że dwóm uwięzionym dziennikarzom polskim ubogi nauczyciel bez widocznego żalu zwrócił kluczyki do ich samochodu - niewątpliwego rarytasu, łatwego do ukrycia w ogarniętym chaosem kraju...
Powróćmy jednak do kwestii przyszłości Iraku. USA zastanawiają się, jak sprawić, żeby nieznana i nieakceptowana przez nikogo grupa czterdziestu kilku "opozycjonistów" (nasuwa się analogia z rządem lubelskim) z nominacji Waszyngtonu mogła rządzić bez wolnych wyborów, które nieuchronnie oddałyby władzę w ręce szyitów? Administracja USA będzie próbowała przekonać społeczność międzynarodową (a przynajmniej amerykańskiego wyborcę), że w obliczu powszechnej anarchii, grabieży oraz mordów tylko dłuższa okupacja kraju przez siły USA - ze szczególnym uwzględnieniem pól naftowych - przyniesie trwały pokój. Firmy, które będą spijały iracką śmietankę, zostały już dawno wyznaczone, a ostatnio propozycję przyjęcia "zaszczytnej roli pasera" Amerykanie złożyli Rafinerii Gdańskiej.
dr Adam Bieniek

Autor jest adiunktem w Zakładzie Arabistyki Instytutu Filologii Orientalnej


www.naszdziennik.pl

Od red. NW: w uzupełnieniu powyższych rozważań na temat Syrii polecamy artykuł Pat Buchanan'a Czyja wojna? oraz fragment książki izraelskiego profesora Izraela Szahak'a "Tel Awiw za zamkniętymi drzwiami"

Nasz Dziennik, Nasz Dziennik, 2003-04-14

powrot