|
|
|
NASZ DZIENNIK Sobota-Niedziela, 12-13 kwietnia 2003, Nr 87
(1583) Dział: Opieka
medyczna w Bagdadzie niemal nie istnieje Koszmar
plądrowania Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża (MKCK) oświadczył w piątek, że system opieki medycznej w Bagdadzie niemal całkowicie się załamał wskutek szkód spowodowanych walkami, rabunków i obaw przed anarchią. Tymczasem siły okupacyjne, łamiąc konwencje genewskie, nie dbają o zachowanie porządku na zajętych terenach, koncentrując się na zajmowaniu irackich pól naftowych. "System opieki medycznej w Bagdadzie dosłownie się załamał" - głosi oświadczenie wydane w siedzibie MKCK w Genewie. Komitet alarmuje, że mało kto z personelu medycznego przychodzi obecnie do pracy, a pacjenci albo pouciekali ze szpitali, albo pozostawiono ich bez żadnej opieki. "MKCK jest głęboko zaniepokojony chaosem panującym obecnie w Bagdadzie i w innych częściach Iraku. Osoby lekceważące prawo, czasami uzbrojone, plądrują i rabują nawet podstawowe instytucje publiczne, w tym szpitale" - podkreślono w oświadczeniu. MKCK wezwał kontrolujące znaczną część Bagdadu siły inwazyjne, by szybko przywróciły porządek, co jest w świetle konwencji genewskich ich obowiązkiem. "Na terenach podlegających ich kontroli siły koalicyjne mają na mocy prawa humanitarnego szczególną odpowiedzialność jako siły okupacyjne" - zaznaczył Komitet. Jak poinformowała Agencję Reutera rzeczniczka MKCK Nada Doumani, wysłannicy Komitetu badali w piątek sytuację w Bagdadzie, ale nie zdołali dotrzeć do wszystkich szpitali. W wizytowanym miasteczku medycznym, gdzie można hospitalizować do 650 osób, natrafiono tylko na kilka osób. - Tamtejsze sale operacyjne nie działają. W każdym razie nie ma tam instrumentów - powiedziała Doumani. Jeszcze w czwartek MKCK poinformował o napadzie uzbrojonych rabusiów na szpital Al-Kindi w centrum Bagdadu. Wynoszono stamtąd aparaturę medyczną, łóżka i oprzyrządowanie elektryczne. Według Doumani, szpital Al-Kindi był w piątek całkowicie opustoszały. Rzecznik MKCK ostrzegła, że w Bagdadzie istnieje niebezpieczeństwo epidemii, ponieważ miasto pozbawione jest czystej wody i prądu elektrycznego. Łupem złodziei pada wszystko, co przedstawia jakąkolwiek wartość. W piątek szabrownicy wdarli się do muzeum archeologicznego w Bagdadzie, najważniejszej irackiej placówki muzealnej, pełnej zabytków sztuki starożytnej. Agencja AFP poinformowała, że kilkunastu szabrowników bez przeszkód weszło do sal wystawienniczych i pomieszczeń administracyjnych. Nikt nie stanął im na drodze. Korespondent AFP donosi, że na posadzkach leżą potłuczone wazy i starożytne posągi, a także puste drewniane skrzynie. Korespondent widział, jak dwóch mężczyzn wynosiło antyczne zabytki z jednej z sal na parterze muzeum. Zdaniem dziekana wydziału strategiczno-obronnego Akademii Obrony Narodowej płk. Jacka Pawłowskiego, jeśli siły inwazyjne nie zapanują nad chaosem w Iraku, do którego doszło w wyniku agresji USA i Wielkiej Brytanii na ten kraj, może tam wybuchnąć wojna domowa. KWM, PAP www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Piątek, 11 kwietnia 2003, Nr 86 (1582) Dział: Faza
bezprawia W zajętych przez siły inwazyjne miastach, których nie są one jeszcze w stanie całkiem kontrolować, dochodzi do masowych rabunków. Resztki żołnierzy lojalnych wobec Saddama Husajna dokonują też coraz częściej samobójczych zamachów. Wczoraj w jednym z nich zginęło w Bagdadzie kilku żołnierzy amerykańskich. W wyniku zamachu zginął także przywódca szyicki Abdel Madżid Al-Choei. Według członka rodzinnej Fundacji Al-Choei, Abdel Madżid został pchnięty nożem w meczecie w Nadżafie na południu Iraku. Abdel Madżid był synem ajatollaha Al-Choei, duchowego przywódcy irackich szyitów z czasów wojny w Zatoce Perskiej z 1991 r. W kolejnych irackich miastach zajmowanych przez siły inwazyjne dochodzi do masowych rabunków. Podobnie jak w Basrze, mieście na południu Iraku, nad którym kontrolę przejęli Brytyjczycy, w Bagdadzie dochodzi do masowego szabrowania opuszczonych budynków. Według niektórych relacji, nie oszczędzono nawet stołecznego szpitala. Zdaniem niektórych reporterów, do samowolnego odbierania zajętego wcześniej przez Irakijczyków mienia może też dojść w opanowanym przez Kurdów Kirkuku. BM, PAP www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Piątek, 11 kwietnia 2003, Nr 86 (1582) Dział: Szukają
Saddama Amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) i oddziały specjalne USA poszukują członków kierownictwa reżimu Saddama Husajna. Dowódcy wojsk koalicji, które opanowały centrum Bagdadu, stwierdzili, że przywódców rządzącej partii Baas, Gwardii Republikańskiej i innych filarów reżimu nie ma już w mieście. Dowódcy wojskowi podejrzewają, że przynajmniej niektórzy przedstawiciele reżimu Saddama Husajna udali się do Tikritu, rodzinnego miasta dyktatora, skąd pochodzi cały jego klan, rządzący przez ponad 25 lat Irakiem. Inni mogli uciec do Syrii. Zacięte walki z siłami reżimowymi pod miastem Kaim w pobliżu granicy z Syrią wskazują - zdaniem przedstawicieli rządów USA i Wielkiej Brytanii - że irackie oddziały mogą tam chronić ważnych przywódców irackich i ich rodziny. Niektórzy analitycy wywiadu przypuszczają, że przedstawiciele reżimu uciekli z Bagdadu na rozkaz wydany być może przez samego Saddama Husajna. Oznaczałoby to, że przeżył on ataki bombowe z 19 marca i 8 kwietnia. Jeżeli Husajn żyje, to - jak uważa Kenneth Pollack, były analityk CIA, a obecnie ekspert waszyngtońskiego Brookings Institution - prawdopodobnie nie uciekł do Syrii, lecz przedostał się do swej rodzinnej miejscowości, Tikritu, gdzie ma silne poparcie. Pollack jest zdania, że Saddam może tam się bronić do ostatka. Tymczasem dowództwo armii amerykańskiej zadecydowało o wysłaniu w rejon Zatoki Perskiej potężnych, niemal 10-tonowych bomb, służących do burzenia bunkrów - podała AFP. Mogą więc być wykorzystane do bombardowania schronów Saddama Husajna. Bomby tego typu, określane skrótem MOAB, są sterowane satelitarnie. Ich siła rażenia porównywalna jest do wybuchu małej bomby jądrowej. PS, PAP www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Piątek, 11 kwietnia 2003, Nr 86 (1582) Dział: Tureckie wojska na granicy
obserwują kurdyjską ofensywę Nie chcą państwa
Kurdów Tureckie władze oświadczyły wczoraj, że jest nie do przyjęcia, by kurdyjscy bojownicy, którzy weszli do Kirkuku, pozostali tam na stałe. Turcja obawia się, że iraccy Kurdowie mogą wykorzystać kontrolę nad tym miastem do stworzenia bazy finansowej dla powołania niepodległego państwa. - Nie będzie to miało znaczenia, jeśli kurdyjscy peszmergowie (żołnierze) weszli do Kirkuku, działając spontanicznie i wycofają się. Będzie jednak nie do przyjęcia, gdy pozostaną tam na stałe - oświadczył wysoki turecki urzędnik ministerialny. Turecki minister spraw zagranicznych Abdullah Gul powiedział wcześniej, że Turcja dokładnie śledzi sytuację w północnym Iraku. Turcja przeciwna jest kontroli Kirkuku przez siły kurdyjskie. Stany Zjednoczone przeciwne są z kolei wejściu wojsk tureckich do północnego Iraku. Dziennikarze Agencji Reutera widzieli na obrzeżach Kirkuku setki żołnierzy kurdyjskich wchodzących do miasta. Zarówno przywódcy irackich Kurdów, jak i Stany Zjednoczone twierdzą, że nie ma mowy o utworzeniu niezależnego państwa kurdyjskiego. Jednak Turcja, która przez 15 lat zwalczała zmagania Kurdów zamieszkujących jej tereny o utworzenie niepodległego państwa, nie dowierza tym zapewnieniom. W pobliżu granicy z Irakiem Turcja zgromadziła znaczne siły i zapowiedziała, że wkroczy do Iraku, jeśli uzna, że zagrożone są jej interesy. PS, PAP, Reuters www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Piątek, 11 kwietnia 2003, Nr 86 (1582) Dział: Nie ma pokoju
bez sprawiedliwości! Od początku przygotowań do wojny z Irakiem amerykańskim politykom chodziło o zmianę reżimu w Bagdadzie, ropę, zwiększenie wpływów w regionie i wyeliminowanie zagrożenia dla Izraela. O tym jednak żaden z amerykańskich polityków nie wspomniał. Najpierw mówiono o "rozbrojeniu Iraku", później o "obaleniu reżimu", a wreszcie prezydent USA oświadczył w swoim orędziu, że chodzi o "obronę Stanów Zjednoczonych" i "uchronienie świata przed poważnym niebezpieczeństwem". A wszystko w ramach tzw. wojny z terroryzmem. Dziś już zaangażowani w nią politycy nie mówią o wojnie przeciw Irakowi, ale jedynie o "operacji rozbrajania Iraku", a nawet o "egzekucji postanowień rezolucji ONZ nr 1441". I chyba pierwszy raz w historii jedno państwo zaczęło pilnować postanowień ONZ w ten sposób, że postanowiło się do nich nie stosować, by wyegzekwować ich przestrzeganie przez inne państwa. Trudno o większą hipokryzję. Mówi się, że Stany Zjednoczone prowadzą wojnę obronną. Tyle tylko, iż nikt na USA nie dokonał ostatnio agresji. Mówi się o bezpieczeństwie tego kraju. Tyle tylko, że aby rzekomo zapewnić to bezpieczeństwo, nikt nie liczy się z bezpieczeństwem innych państw. Wreszcie mówi się o "uchronieniu świata przed poważnym niebezpieczeństwem", którym ma być posiadana przez Irak broń masowej zagłady. Tyle tylko, że z raportów inspektorów ONZ wynika, iż Irak takiej broni nie posiadał, a jeśli tak było, to inspektorom nie pozwolono tego sprawdzić. Trudno jest mówić o przyszłym pokoju, gdy już teraz o jego kształcie decyduje jedno mocarstwo, nie licząc się ani z prawem międzynarodowym, ani ze zdecydowaną większością ludzkości, ani z poczuciem elementarnej sprawiedliwości. Dziś dowodzi się, że od 12 lat Saddam Husajn kpił sobie z prawa międzynarodowego. I to jest prawda. Prawdą jest jednak także, że Izrael kpi sobie z tego prawa od kilkudziesięciu lat. O ile jednak Stany Zjednoczone podejmują się rozbrajania Iraku, o tyle Izrael regularnie jest przez nie dozbrajany. Czy tym mierzy się sprawiedliwość? I jeszcze jedno. Używanie terminu "wojna z terroryzmem" brzmi tak samo abstrakcyjnie, jak kiedyś brzmiało hasło "budowa socjalizmu". Umieścić pod nim można właściwie wszystko. Stąd dziś "w imię walki z terroryzmem" Amerykanie "rozbrajają Irak", "w imię walki z terroryzmem" armia izraelska buldożerami burzy palestyńskie domostwa i morduje palestyńskie dzieci. Czy to jest sprawiedliwość? Atak na Irak mimowolnie dowodzi, że tym, co dziś najbardziej zagraża światu, wcale nie jest terroryzm, lecz nielicząca się z niczym i z nikim potęga Stanów Zjednoczonych. Nie jest dziełem przypadku, że w ostatnim czasie amerykańscy politycy wycofują się z różnego rodzaju porozumień, konwencji i układów międzynarodowych. Wszak administracja Busha, wsparta gospodarczą i militarną potęgą, może rządzić światem samodzielnie, według własnych planów i sobie tylko znanych celów. W tym tkwi prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie jest przypadkiem, że tuż po atakach terrorystycznych w Nowym Jorku w swoim orędziu na Światowy Dzień Pokoju Ojciec Święty napisał: "Nie ma pokoju bez sprawiedliwości". Nie będzie pokoju dopóty, dopóki politycy kierować się będą własnym interesem, a nie sprawiedliwością. Jak można budować lepszy świat, gardząc jednocześnie innymi ludźmi? Sebastian Karczewski www.naszdziennik.pl
NASZ DZIENNIK Piątek, 11 kwietnia 2003, Nr 86 (1582) Dział: Rumsfeld grozi
Syrii Sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld ponownie wysłał groźby pod adresem graniczącej z Irakiem Syrii. Zwolennik proizraelskiej polityki w administracji George'a W. Busha zażądał, by kraj ten nie wysyłał broni i ochotników do Iraku na pomoc walczącym tam jeszcze siłom lojalnym wobec Saddama Husajna. Rumsfeld domagał się także, by Damaszek nie udzielał azylu przywódcom irackiego reżimu. - Mamy informacje, że czołowi funkcjonariusze reżimu Saddama wyjeżdżają z Iraku do Syrii, a Syria nadal wysyła różne rzeczy do Iraku - tłumaczył w środę wieczorem szef Pentagonu, dodając, że chodzi o sprzęt wojskowy, jak np. noktowizory. Zapytany, czy USA grożą w związku z tym jakimiś krokami odwetowymi, Rumsfeld odpowiedział jednak wymijająco. - To zależy od zachowania ludzi. Nic nie mam dziś do ogłoszenia. Nadal zajmujemy się Irakiem - oświadczył. Syria jest jednym z państw uznanych przez Departament Stanu za "kraje wywołujące zatroskanie" (poprzednio zwane "państwami bandyckimi"), czyli prowadzące politykę antyamerykańską i zagrażającą według USA pokojowi przez popieranie terroryzmu lub gromadzenie broni masowego rażenia. Jednak bardziej niż Stanom Zjednoczonym Syria przeszkadza władzom izraelskim. W związku z ostatnimi pretensjami administracji USA wobec Damaszku prasa amerykańska zaczęła snuć spekulacje, że po podbiciu Iraku Waszyngton rozpocznie wojnę z Syrią. W niedzielę w wywiadzie dla telewizji NBC News zastępca sekretarza obrony Paul Wolfowitz, również członek proizraelskiej tzw. partii wojny w amerykańskiej administracji, powiedział, że wojna w Iraku powinna być ostrzeżeniem dla Syrii i innych podobnych do niej krajów. Podobne groźby obydwaj politycy USA wysyłali już wcześniej pod adresem tego kraju oraz Iranu. PS, PAP www.naszdziennik.pl Nasz Dziennik, Nasz Dziennik, 2003-04-11 |