|
Wyjątkowo niezależnym człowiekiem wśród polityków amerykańskich jest senator Robert Byrd ze stanu Zachodnia Wirginia. Wygłosił on
19 marca 2003 r. przemówienie w Senacie amerykańskim na temat arogancji siły (The Arogance of Power). Ubolewał w nim nad upadkiem moralności politycznej w USA. Oto kilka myśli zawartych w przemówieniu senatora Byrda.
"Płaczę nad moim krajem. Obserwuję w nastroju przygnębienia wydarzenia ostatnich miesięcy. Ameryka nie jest już krajem postrzeganym jako dobrotliwy obrońca pokoju. Obraz Ameryki zmienił się. Wokół ziemi nasi przyjaciele nie mają do nas zaufania, nasze słowa i nasze intencje są kwestionowane. (...)
Zamiast dyskutować z tymi, którzy się z nami nie zgadzają, my żądamy posłuszeństwa lub grozimy zemstą. Zamiast odizolować Saddama Husajna, sami się odizolowaliśmy. Mało kto rozumie naszą doktrynę o ubieganiu przeciwnika, natomiast wielu boi się tej doktryny... Chwalimy się naszą siłą w arogancki sposób. Traktujemy członków Rady Bezpieczeństwa ONZ jak niewdzięczników... Wartościowe przymierza są łamane. Kiedy wojna się skończy, Stany Zjednoczone będą musiały odbudowywać znacznie więcej niż [zbombardowany] Irak. Będziemy musieli odbudować dobrą opinię o Ameryce na całym świecie. (...)
"Nasz rząd próbuje uzasadnić swój upór żeby zacząć wojnę wśród zarzutów, że posługuje się podejrzanymi i wyrwanymi z kontekstu dowodami. Nie jesteśmy w stanie przekonać świata o konieczności tej wojny z jednego prostego powodu. Po prostu tej wojny nie musimy zaczynać, ale tak chcemy. (...)
Nie ma wiarogodnych dowodów udziału Saddama Husajna w zbrodni popełnionej jedenastego września. Bliźniacze wieże zwaliły się, ponieważ terroryści al-Kaidy, grasujący w 60 krajach, uderzyli w symbol naszego bogactwa i wpływów, zamieniając nasze własne samoloty w pociski, z których jeden prawdopodobnie uderzyłby w nasz Kapitol, gdyby nie poświęcenie pasażerów tego samolotu. (...)
Brutalny atak jedenastego września, jak i inne ataki terrorystyczne na świecie są rozpaczliwymi czynami ekstremistów, którzy starają się zatrzymać codzienną penetrację ich kultur przez nas. Z tym walczymy. Jest to siła działająca niezależnie od granic. Należy do niej wielu ludzi, wiele nazwisk i wiele miejsc. (...)
Nasz rząd natomiast skierował całą złość, strach i ubolewanie związane ze zburzeniem bliźniaczych wież i poplątanych prętów zbrojeniowych Pentagonu na jednego zbrodniarza, którego łatwo możemy opisać, nienawidzić i atakować. I on faktycznie jest zbrodniarzem, ale nie jest winnym zbrodni, o którą go oskarżamy. Jak zaatakujemy Saddama Husajna, to pewnie odsuniemy go od władzy. Niestety, równocześnie nasi przyjaciele stracą chęć pomagania nam w walce z terrorem. (...)
Ogólny nieprzyjemny nastrój wokół tej wojny nie jest spowodowany ogłaszaniem wysokiego stopnia zagrożenia. Jest ogólne wrażenie pośpiechu i ryzyka, pozostawienia zbyt wielu pytań bez odpowiedzi. Jak długo będziemy w Iraku? Ile wojna będzie kosztować? Jaki jest końcowy cel? Jak wielkie jest naprawdę zagrożenie na terenie Stanów? Całun milczenia pokrył salę Senatu. Unikamy wypełnienia naszego podstawowego obowiązku rozważania problemu [wojny - przyp. aut.], który martwi wszystkich Amerykanów, podczas gdy tysiące naszych synów i córek wypełnia obowiązek żołnierski w Iraku. (...)".
Kończąc przemówienie, senator Byrd, zapytał: "Co się dzieje z naszym krajem? Od kiedy staliśmy się narodem, który ignoruje i lekceważy swoich przyjaciół? Kiedy powzięliśmy decyzję, żeby podważać porządek międzynarodowy przez używanie naszej kolosalnej siły wojskowej na podstawie radykalnej doktryny? Jak można porzucić zabiegi dyplomatyczne, kiedy zagrożenia na świecie wymagają ostrożnej dyplomacji?".
Przynajmniej częściową odpowiedź na te pytania dały artykuły w "The Wall Street Journal" z 21 marca 2003 r. Na pierwszej stronie, na kolumnie poświęconej Bliskiemu Wschodowi widnieje wiele mówiący tytuł: "Marzenie prezydenta: Zmienić nie tylko rząd w jednym kraju, ale w całym otaczającym go regionie; stworzenie proamerykańskiego regionu demokracji, który to koncept jest zakorzeniony w Izraelu i planach neokonserwatystów - ryzyko podburzenia Palestyńczyków". Autorami tego artykułu są Robert S. Greenberger i Karby Leggett.
Na marzenia prezydenta Busha niewątpliwie ma wpływ fakt, że jest on wierzącym "na nowo urodzonym chrześcijaninem" i otacza się syjonistami neokonserwatystami. Wersja demokracji popieranej przez neokonserwatystów i związanych z nimi ekstremistów izraelskich opiera się naturalnie na systemie "politycznej poprawności". Ten system kontroli społecznej zaleca w Polsce profesor Jedlicki w swych artykułach publikowanych w "Tygodniku Powszechnym", "poprawność polityczną" lansuje jako rzekome "zasady przyzwoitości".
Senator Byrd mówi o "całunie milczenia" pokrywającym Senat amerykański. Jest to dowód rozpowszechnionej w Ameryce samocenzury, spowodowany stosowaniem systemu "politycznej poprawności". "Całun milczenia" w Senacie amerykańskim przypomina mi polski Sejm niemy z 1717 roku (kiedy to Polska, jak się okazało, nieodwracalnie zaczęła się staczać ku przepaści rozbiorów). W imię poprawności politycznej (definiowanej wówczas przez Rosję i Prusy) posłowie polscy milczeli, gdyż nie byli w stanie podjąć żadnej leżącej w interesie polskim decyzji.
Niedawna katastrofa polityczna kongresmana Jima Morana z Wirginii jest przykładem skutków naruszenia przez niego "poprawności politycznej" w sprawie wojny z Irakiem. Takie zdarzenia powodują, że w sprawach ważnych dla neokonserwatystów i syjonistów Senat i Izba Reprezentantów w Waszyngtonie stają się amerykańską wersją Sejmu niemego.
prof. Iwo Cyprian Pogonowski, Nasz Dzienik, 2003-04-10
powrot
|