|
Aż trzy czwarte polskich zakładów mięsnych nie zdąży prawdopodobnie przed 1 maja 2004 r. wywiązać się z narzuconych przez UE zobowiązań Karolina Goździewska, Nasz Dziennik |
|
Trzy czwarte polskich zakładów mięsnych z początkiem maja 2004 r. nie będzie w
stanie spełnić standardów narzuconych przez UE. W grupie tej znajdują się
zarówno te, które nie ubiegały się o unijne certyfikaty, jak i te, które takie
starania poczyniły. Doraźnym rozwiązaniem mają być okresy przejściowe, lecz o
tym, komu i czy w ogóle zostaną przydzielone, zdecydują ostatecznie unijni
urzędnicy. Rozmowy na ten temat toczą się w Brukseli. Jeżeli ich wynik będzie
niepomyślny, Komisja Europejska może wprowadzić tzw. klauzule ochronne i
wykluczyć naszych przetwórców mięsa ze wspólnego rynku. W najlepszym przypadku
zostaną oni pozbawieni możliwości eksportu i skazani na produkcję wyłącznie na
wewnętrzny, polski rynek. Czy tak się stanie, dowiemy się dopiero w listopadzie
ze specjalnego raportu Komisji Europejskiej. Główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej, przebywający w Brukseli, poinformował, że od dwóch dni trwają tam rozmowy na temat zakładów, które otrzymają okresy przejściowe po ewentualnej akcesji do UE. Kołodziej zastrzega, że dyskusja nie zostanie zakończona, dopóki nie będzie oficjalnej listy polskich firm, które otrzymają okresy przejściowe na produkcję, zatwierdzonej przez Komisję. A jak twierdzi wiceminister rolnictwa Jerzy Pilarczyk, mamy poznać ją jutro. W czwartek w Polsce gościć będzie unijny komisarz David Byrne, który oceni nasze zaawansowanie w spełnianiu unijnych wymagań. Chociaż główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej deklaruje, że jest zainteresowany tym, by jak najwięcej zakładów uzyskało okresy przejściowe, zaznacza jednak, że pod uwagę będą brane wyłącznie te firmy, które będą miały odpowiedni stopień zaawansowania inwestycji i fundusze na wdrożenie unijnych przepisów. Warunkiem otrzymania okresu przejściowego jest m.in. spełnienie w co najmniej 50 proc. wymagań UE. Okresy przejściowe mają wynosić od 6 do 12 miesięcy. Kołodziej zastrzega, że choć wnioski złożyły też zakłady z grupy "B2", to okresy przejściowe dla nich zapisane są w traktacie akcesyjnym. Dlatego też w dyskusji nie bierze się ich już pod uwagę. Warto w tym miejscu dodać, że są to spółki będące najczęściej własnością kapitału zagranicznego. Negocjacje toczą się natomiast na temat firm z grupy "B1", czyli tych, które miały spełnić normy do czasu planowanej akcesji, a także grupy "C", która w najlepszym przypadku ma ograniczyć swoją produkcję do lokalnych rynków, a w najgorszym - w ogóle z niej zrezygnować. - Unia wysłuchuje naszych argumentów, ma swoje kontrargumenty i zobaczymy, co z tego wyjdzie - mówił Kołodziej. - Po tych rozmowach jestem rozsądnym optymistą - dodał. Wydaje się jednak, że optymizm głównego lekarza weterynarii jest przedwczesny. Z nieoficjalnych informacji wynika bowiem, że Komisja Europejska stanowczo wyklucza możliwość przyznania okresów przejściowych zakładom z grupy "C", które dotąd takich wniosków nie składały. Maria Boratyn-Laudańska, zastępca dyrektora ds. weterynarii z departamentu produkcji zwierzęcej i weterynarii w ministerstwie rolnictwa, informuje, że do tej pory do resortu wpłynęło 775 wniosków od przedsiębiorstw, dotyczących przyznania i wydłużenia okresów przejściowych. Nie potrafiła jednak wyjaśnić, w czym tkwi przyczyna, że zakłady w tak niewielkim stopniu dostosowały się do unijnych wymagań. Jej zdaniem, z dostosowaniem największe problemy mają przetwórcy, którzy swoją działalność rozpoczęli po 1989 r. Według Boratyn-Laudańskiej, procesy dostosowawcze trwają lub są już zakończone w dużych zakładach, np. Ostródzie (własność Hiszpanów). Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie drobni przedsiębiorcy są najczęściej jedynymi odbiorcami tuczników i bydła od rolników oraz twórcami miejsc pracy na lokalnych rynkach. Konieczność spełnienia wymogów unijnych dla wielu z nich może oznaczać konieczność zaniechania produkcji, a w najlepszym przypadku znaczne jej ograniczenie. Jak powiedział nam właściciel jednego z podlaskich zakładów przemysłu spożywczego, zarówno on, jak i jego koledzy z branży zdają sobie sprawę z tego, że modernizacja jest konieczna. Problemem jest jednak krótki czas na inwestycje i brak pieniędzy. Podlaski przedsiębiorca informuje, że wartość koniecznych inwestycji w jego zakładzie równa jest obecnej wartości firmy. Wiele zakładów liczy na pieniądze z SAPARD-u, które pokryłyby częściowo koszty
inwestycji. Krótki czas, w którym można wykorzystać środki z funduszy, powoduje
jednak, że koszty inwestycji rosną; tym samym relatywnie niższe będzie
współfinansowanie z SAPARD-u, a i to pod warunkiem, że przedsiębiorcy będą mogli
z niego skorzystać. Grupa "A" - spełniające unijne standardy Dane za raportem Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Podkreślenia w tekście pochodzą od Redakcji Naszej Witryny. Karolina Goździewska, Nasz Dziennik, 2003-07-16 |