nasza witryna Cudu nie będzie
Dzień po referendum
Stanisław Zunderlich, Newsweek, 15.06.2003


 

Eurosceptycy w jednym mieli rację. Polskę czeka pięć bardzo trudnych lat. Nie spodziewajmy się natychmiastowych zmian i poprawy. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej.

W XI wieku Kościół, obawiając się konsekwencji nieustannych walk między feudałami, ogłosił Treuga Dei - pokój Boży, który miał trwać w każdym tygodniu od środy wieczorem aż po poniedziałek. Potem zasady Treuga Dei zostały rozszerzone na niektóre okresy liturgiczne. Nie wolno było się mordować podczas postu i adwentu. Przed paroma miesiącami polscy politycy uzgodnili między sobą również coś na kształt Treuga Dei. Pokój Boży trwał aż do referendum unijnego. W tym czasie nie brakowało ostrych sporów i nieczystych zagrań, ale sprawy związane z integracją z Unią Europejską były ze sporów wyłączone. Poza układem pozostały tylko skrajne ugrupowania.

Od miesięcy więc karmieni jesteśmy sloganem: wejście do Unii to dla Polski wielka szansa. Szansa tymczasem oznacza prawdopodobieństwo, ale także ryzyko, którym wejście do Unii jest obciążone. Szansa i ryzyko to sprawy najważniejsze dla dzisiejszej Polski i najmniej chętnie podejmowane w publicznych dyskusjach. Eurosceptycy w ogóle szansy nie widzą, euroentuzjaści boją się dyskusji o konkretach, bo wiedzą, że w krótkim czasie Polska ma niewielką szansę na odniesienie sukcesu. Mało kto ma odwagę mówić prawdę: Polska wchodzi do Unii nieprzygotowana. Niewydajne i skorumpowane struktury państwa nie będą w stanie efektywnie skorzystać z funduszy pomocowych płynących z Unii. Obciążone kosztami socjalnymi przedsiębiorstwa - mniej wydajne niż europejskie - nie będą umiały konkurować na wspólnym rynku. Politycy, nawet jeśli zdają sobie sprawę z sytuacji i wiedzą, co robić, by Polska wykorzystała szansę, jaką jest członkostwo w Unii, nie chcą lub nie potrafią przebić się z tym do wyborców, którzy są nieświadomi sytuacji.

Pokój to piękne słowo, ale w polityce ma zwykle smak obłudy. Zamiast dyskutować o możliwościach i zagrożeniach, jakie niesie wejście Polski do Wspólnoty, puszczaliśmy baloniki pomalowane w barwy europejskie, śpiewaliśmy hymn europejski i słuchaliśmy frazesów. Co gorsza, podczas zmasowanej propagandy prounijnej padały sformułowania jawnie nieprawdziwe. Prezydent Kwaśniewski wielokrotnie powtarzał, że integracja z Unią sprawi, iż Polska osiągnie pięcioprocentowy wzrost gospodarczy, dzięki czemu zniknie problem bezrobocia. Aż się prosiło, by politycy niechętni Kwaśniewskiemu wykpili słowa prezydenta. Ale to byłoby złamaniem zasad Treuga Dei.Otóż mogą być z tego szkody, i to dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, zmasowana propaganda prounijna, eksponująca niemal wyłącznie korzyści i chowająca pod sukno zagrożenia i koszty integracji, sprawia, że oczekiwania na szybką poprawę sytuacji materialnej są nieproporcjonalne do rzeczywistych perspektyw rysujących się przed Polską.

Po drugie, w imię spokoju zaniechano działań koniecznych. Po to, by Polska mogła skorzystać właśnie z szansy, którą daje członkostwo w Unii. Rząd od czasu zakończenia negocjacji w Kopenhadze w grudniu ubiegłego roku nie podjął żadnej istotnej decyzji - zaniechał reformy finansów publicznych, zamroził restrukturyzację wielkich branż, zdominowanych przez państwowe podmioty, takich jak górnictwo, hutnictwo, energetyka, kolej, wstrzymał prywatyzację. Premier zapowiedział wycofanie się z nieśmiałych prób uelastycznienia kodeksu pracy. Politycy opozycji zamiast bić na alarm i ostrzegać opinię publiczną, że Polska właśnie traci szansę na dobry start w Unii, zastanawiali się, jak zmienić przepisy o referendum, by zapewnić wynik jak najkorzystniejszy dla euroentuzjastów. Politycy zapowiadają, że zakaszą rękawy i szybko przeprowadzą konieczne reformy po referendum. [absurdem jest wiec mowienie w tej sytuacji o opozycji! Ani PiS, ani tym bardziej PO opozycja w gruncie rzeczy nie sa - dop. Red. NW] Ale czy pozwoli na to społeczeństwo, któremu obiecywali szybki dobrobyt? Według badań opinii publicznej 80 proc. Polaków chciałoby zwiększenia wydatków socjalnych państwa. Tymczasem konieczne są cięcia wydatków, i to drastyczne.

Urząd Komitetu Integracji Europejskiej opracował w kwietniu br. raport "Bilans korzyści i kosztów przystąpienia Polski do Unii Europejskiej". Przedstawia w nim szacunki kilku analityków, dotyczące wpływu integracji z Unią na tempo wzrostu gospodarczego Polski. Wszystkie wykazują, że w wyniku akcesji tempo wzrostu PKB zwiększy się w krajach kandydujących (także w Polsce) od 0,2 do 1,7 pkt. procentowego. Impuls będzie wynikiem zniesienia barier handlowych i napływu zagranicznego kapitału. Wiarygodność tych szacunków nie jest duża, nawet jeśli są one metodologicznie poprawne. Przed paru laty inni (a czasami nawet ci sami) ekonomiści udowadniali, że wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej przełoży się na impuls wzrostowy, wynoszący 1-2 pkt. proc. rocznie. Cztery lata po wprowadzeniu euro Europa znajduje się w stanie stagnacji i można co najwyżej dowodzić, że bez wspólnej waluty mielibyśmy recesję.

W modelach ekonomicznych wszystko zależy od przyjętych założeń. Założenia, że wejście Polski do Unii poprawi warunki, na jakich nasze firmy będą konkurowały w Europie, lub też że nastąpi raptowny napływ zagranicznych inwestycji, są nierealistyczne. I jeżeli ktoś twierdzi odwrotnie, kłamie.
Dla zagranicznych inwestorów Polska już od kilku lat jest członkiem Unii Europejskiej. Owszem, zainwestowali w naszym kraju kilkadziesiąt miliardów dolarów, gdyż byli pewni, że Polska dołączy do Unii. Ten pozytywny efekt już nastąpił. Teraz inwestorzy czekają na kolejne dobre nowiny. Samo wejście do struktur unijnych nie ma dla nich większego znaczenia. Co innego, gdyby Polska do Unii nie weszła. Wówczas wpadliby w panikę i byłby problem.

Polska od kilku lat nie odczuwa barier celnych w handlu z Unią. Zostały one zniesione w trakcie procesu stowarzyszenia. To zresztą zaowocowało szybkim wzrostem eksportu, z czego się należy cieszyć. Ale nie można oczekiwać, że nasz eksport do Europy zacznie rosnąć jeszcze szybciej tylko dlatego, że nasi urzędnicy zasiądą w brukselskich biurach.

Wejście do Unii nie dało natychmiastowego impulsu ani Irlandii, ani Grecji - dwom krajom, które pod wieloma względami mogą być dla nas punktem odniesienia. Irlandia, która weszła do EWG w roku 1973, rozwijała się aż do roku 1980 w średnim tempie 3,8 proc. - wcale nie szybciej niż przed przystąpieniem. Grecja stała się członkiem EWG w roku 1981. W dwóch poprzednich dekadach zanotowała szybki wzrost i z kraju biednego przekształciła się w kraj o średnim poziomie rozwoju. W latach 80. już jako członek EWG (potem Unii) rozwijała się w tempie zaledwie 2 proc. rocznie, i to mimo ogromnego napływu funduszy europejskich. Europejskie transfery były przeznaczane na wydatki socjalne, czyli przejadane. Efekt był oczywisty: względny poziom bogactwa Greków (liczony średnią pozostałych członków EWG) po dziesięciu latach członkostwa obniżył się. Grecy i Irlandczycy dostali od Europy szansę, ale przez pierwszą dekadę nie potrafili jej wykorzystać.Politycy, którzy zapowiadają rychłą poprawę sytuacji gospodarczej Polski zaraz po jej wejściu do Unii, myślą niemal wyłącznie o jednym czynniku: transferach pieniędzy pochodzących z Unii Europejskiej. One mają rozruszać naszą gospodarkę. W tym rozumowaniu jest potrójny błąd.

Po pierwsze, transfery netto będą - nawet jeśli dobrze pójdzie - wyraźnie niższe niż były w biedniejszych krajach Unii Europejskiej, takich jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia. Według szacunków UKIE wyniosą one w latach 2004-2006 około 7 mld euro, czyli średnio 2,3 mld euro rocznie. To jest zaledwie 1,3 proc. PKB, gdy w biedniejszych krajach europejskich sięgały 2-3 proc. PKB. Polska zostaje członkiem Unii mającej potężne problemy finansowe, i w związku z tym mało hojnej. Znacznie bogatsza od nas Hiszpania dopiero po sześciu latach członkostwa musiała płacić pełną składkę do unijnej kasy. My zapłacimy od razu.

Po drugie, UKIE zakłada wysokie wykorzystanie przez Polskę środków przyznawanych nam przez Unię. Zależy to jednak od sprawności naszej administracji i od zdolności do zgromadzenia środków na wspólne finansowanie unijnych przedsięwzięć. Większość analityków zakłada, że Polska wyjdzie w rozliczeniach z Unią na plus. IIe jednak wyniosą korzyści netto? - to wielka loteria. Po trzecie, wysokość transferów będzie tak czy inaczej nieproporcjonalnie niska do potrzeb rozwojowych Polski. Dziś na inwestycje wydajemy rocznie ok. 35 mld euro. Jeśli chcemy szybko się rozwijać, powinniśmy wydawać jakieś 50 mld rocznie. Brakuje 15 mld euro, czyli 60-70 mld zł. 2 mld euro rocznie, jakie dostaniemy z kasy Unii, na pewno się przyda, ale problemu nie rozwiąże.

Wróćmy na chwilę do Irlandii. Po kilkunastu latach powolnego wzrostu kraj ten zaczął się, począwszy od roku 1992, rozwijać w zawrotnym tempie. Kluczem do sukcesu było to, że udało się przyciągnąć ogromne inwestycje zagraniczne, których wartość w roku 2000 wyniosła około 23 mld euro - dziesięciokrotnie więcej niż pomoc w postaci funduszy unijnych. Dlaczego jednak inwestycje te zaczęły napływać dopiero po kilkunastu latach funkcjonowania Irlandii w strukturach unijnych? Ponieważ dopiero wówczas rząd Irlandii zaczął prowadzić politykę prorozwojową.

Od Red. NW: Artykuł ukazał się w tygodniku Newsweek Polska, w numerze 24/03 na stronie 12 oraz w internecie pod adresem:
http://newsweek.redakcja.pl/archiwum/artykul.asp?Artykul=6550

Stanisław Zunderlich, Newsweek, 2003-06-15

powrot