nasza witryna Pryskają prounijne mity
prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 14.06.2003


 

Najbliższe miesiące pokażą, jak szybko będą pryskać mity prounijnej propagandy. Dobrą zapowiedzią w tym względzie było niespodziewane "otrzeźwienie" tonu prounijnych mediów w ciągu pierwszych trzech dni po referendum.

Kilka dni temu w niedzielny wieczór poreferendalny wszyscy oglądaliśmy w telewizorach triumfującego Leszka Millera, wykrzykującego, jak to dzięki referendum staliśmy się obywatelami Europy. Postkomunistyczny premier RP nie wiedział, że jesteśmy obywatelami Europy od ponad tysiąclecia naszej państwowości. I to obywatelami bardzo zasłużonymi w walkach na jej przedmurzach, jakże często skazywanymi na dużo cięższe poświęcenia w obronie ideałów wolnościowych niż mieszkańcy krajów zachodnich. Okazało się, że pomimo tak ogromnej fali jednostronnej propagandy prounijnej ponad połowa Polaków nie wzięła udziału w referendum albo głosowała przeciw. Okazało się również, że ewidentnym niepowodzeniem zakończyła się zmasowana propaganda prounijna, zmierzająca do zdobycia poparcia młodych ludzi. Prawdziwym szokiem dla niektórych euroentuzjastów stał się fakt, że właśnie w grupie młodych ludzi, w wieku od 18 do 24 lat, było najwięcej głosów krytycznych wobec UE w referendum. Przyznano to nawet na łamach "Gazety Wyborczej" z 10 czerwca. Jej redaktorka Danuta Pszczółkowska, prowadząc wywiad z minister Danutą Huebner, zauważyła: "Wcześniejsze prareferendum, a także sondaż PBS po właściwym referendum pokazały, że młodzi ludzie są najmniej entuzjastyczni wobec Unii".
Danuta Huebner, próbując to wytłumaczyć, twierdziła: "Może to zwykły młodzieńczy bunt przeciw wszystkiemu, co proponują dorośli. Ten fenomen jest dla mnie zaskoczeniem, jest niezrozumiały".

Kolejne przykre "niespodzianki"

Niejednokrotnie ostrzegaliśmy na łamach "Naszego Dziennika" przed różnymi bardzo niekorzystnymi dla Polaków skutkami wchodzenia do UE. Nasze ostrzeżenia tonęły w morzu panegirycznych zapewnień o unijnym szczęściu. I oto wystarczyło kilka zaledwie dni od referendalnego triumfu zwolenników akcesji, by dostali pierwsze mocne porcje ostudzającego lodowatego prysznica. Przykrych niespodzianek jest aż nadto. Różne tygodniki i gazety prounijne dotąd starannie tające prawdę natychmiast po zakończeniu referendum przerwały niegodną kłamliwą zasłonę milczenia nad różnymi sprawami grożącymi Polsce. Pierwszy "puścił parę" tak znany z prounijnego entuzjazmu tygodnik "Newsweek". Zaledwie dzień po referendum, w poniedziałek, ukazał się "Newsweek" z tekstem Stanisława Zunderlicha pt. "Cudu nie będzie", ujawniającym prawdę o różnych negatywnych uwarunkowaniach wejścia Polski do UE. O tych negatywach, przed którymi eurorealiści ostrzegali od wielu miesięcy, spotykając się z ich całkowitym zatajaniem na łamach prounijnych mediów. Oto, co nagle przyznaje autor "Newsweeka" (nr noszący datę 15 czerwca): "Eurosceptycy w jednym mieli rację, Polskę czeka pięć bardzo trudnych lat. Nie spodziewajmy się natychmiastowych zmian i poprawy. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej (...). Szansa i ryzyko to sprawy najważniejsze dla dzisiejszej Polski i najmniej chętnie podejmowane w publicznych dyskusjach. (...) Euroentuzjaści boją się dyskusji o konkretach, bo wiedzą, że w krótkim czasie Polska ma niewielką szansę na odniesienie sukcesu. Mało kto ma odwagę mówić prawdę: Polska wchodzi do Unii nieprzygotowana (podkr. - J.R.N.). Niewydajne i skorumpowane struktury państwa nie będą w stanie efektywnie skorzystać z funduszy pomocowych płynących z Unii. (...) Przedsiębiorstwa - mniej wydajne niż europejskie - nie będą umiały konkurować na wspólnym rynku. (...) Zamiast dyskutować o możliwościach i zagrożeniach, jakie niesie wejście Polski do Wspólnoty, puszczaliśmy baloniki pomalowane w barwy europejskie, śpiewaliśmy hymn europejski i słuchaliśmy frazesów. Co gorsza, podczas zmasowanej propagandy prounijnej padały sformułowania jawnie nieprawdziwe (podkr. J.R.N.). Prezydent Kwaśniewski wielokrotnie powtarzał, że integracja z Unią sprawi, iż Polska osiągnie pięcioprocentowy wzrost gospodarczy, dzięki czemu zniknie problem bezrobocia. Aż się prosiło, by politycy niechętni Kwaśniewskiemu wykpili słowa prezydenta. (...) Założenia, że wejście Polski do Unii poprawi warunki, na jakich nasze firmy będą konkurowały w Europie, lub też że nastąpi raptowny napływ zagranicznych inwestycji, są nierealistyczne. I jeżeli ktoś twierdzi odwrotnie, kłamie".
Przy okazji autor "Newsweeka" przypomniał, że nie sprawdziły się również optymistyczne prognozy co do wzrostu gospodarczego państw Unii Europejskiej, pisząc: "Przed paru laty inni (...) ekonomiści udowadniali, że wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej przełoży się na impuls wzrostowy wynoszący 1-2 punkty procentowe rocznie. Cztery lata po wprowadzeniu euro Europa znajduje się w stanie stagnacji (...)".
Zunderlich ostrzegał również przed nader optymistycznymi mrzonkami na temat korzyści z pieniędzy, jakimi uraczy nas Unia. Pisał: "Politycy, którzy zapowiadają rychłą poprawę sytuacji gospodarczej Polski zaraz po wejściu do Unii, myślą niemal wyłącznie o jednym czynniku: transferach pieniędzy pochodzących z Unii Europejskiej. One mają rozruszać naszą gospodarkę. W tym rozumowaniu jest potrójny błąd.
Po pierwsze, transfery netto będą - nawet jeśli dobrze pójdzie - wyraźnie niższe niż były w biedniejszych krajach Unii Europejskiej, takich jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia. Według szacunków UKIE wyniosą one w latach 2004-2006 około 7 mld euro, czyli średnio 2,3 mld euro rocznie. To jest zaledwie 1,3 proc. PKB [produktu krajowego brutto], gdy w biedniejszych krajach europejskich sięgały 2-3 proc. PKB. Polska zostaje członkiem Unii mającej potężne problemy finansowe i w związku z tym mało hojnej. Znacznie bogatsza od nas Hiszpania dopiero po sześciu latach członkostwa musiała płacić pełną składkę do unijnej kasy. My zapłacimy do razu [przypomnijmy, że poza bardzo wysoką, pełną składką do UE dopłacimy również naszą cząstkę dopłat do składki bogatej Wielkiej Brytanii, ok. 620 mln euro już w pierwszych trzech latach naszego członkostwa w UE - przyp. J.R.N.].
Po drugie, UKIE zakłada wysokie wykorzystanie przez Polskę środków przyznawanych nam przez Unię. Zależy to jednak od sprawności naszej administracji i od zdolności do zgromadzenia środków na wspólne finansowanie unijnych przedsięwzięć (...). Ile jednak wyniosą korzyści netto? - to wielka loteria.
Po trzecie, wysokość transferów będzie tak czy inaczej nieproporcjonalnie niska do potrzeb rozwojowych Polski. Dziś na inwestycje wydajemy rocznie ok. 35 mld euro. Jeśli chcemy szybko się rozwijać, powinniśmy wydawać jakieś 50 mld rocznie. Brakuje 15 mld euro, czyli 60-70 mld zł. 2 mld euro rocznie, jakie dostaniemy z kasy Unii, na pewno się przyda, ale problemu nie rozwiąże".

Czy będziemy unijną skamieliną?

Z nader drastycznymi ostrzeżeniami wystąpił, o dziwo, nawet redaktor związanej z rządem Millera postkomunistycznej "Trybuny" - Wojciech Kubicki, w artykule publikowanym już drugiego dnia po referendum - 10 czerwca br. pt. "Skamielina w Unii". Kubicki pisał m.in.: "Kabaretowa ekonomia, przejawiająca się np. w budowaniu 6 km autostrad rocznie (..) nieuchronnie musi odejść wraz z całym jej neoliberalnym fundamentem teoretycznym. Jak dotąd bowiem, efektem głoszonej jako jedyna słuszna i realizowana przez 13 lat polityka gospodarcza, jest zrujnowanie fabryk wszelkich branż i tworzenie zamiast nich zagranicznych supermarketów, rozbieranie zamiast modernizacji linii kolejowych, likwidacja gałęzi nauki i produkcji decydujących o cywilizacyjnym i ekonomicznym potencjale kraju (elektronika, lotnictwo, biotechnologie i in.").
Jakże znamienny jest ten zadziwiający nowy ton w postkomunistycznej "Trybunie". Przecież jej autor, pisząc o rujnującej polityce gospodarczej z ostatnich 13 lat, krytykuje tym samym również wcześniejsze rządy postkomunistyczne Oleksego i Cimoszewicza oraz obecny rząd Millera za ich grzęźnięcie w fatalnej balcerowiczowskiej polityce, tak chętnie realizowanej przez "czerwonych liberałów" w stylu Marka Borowskiego czy Wiesława Kaczmarka. Czyżby wreszcie obudzono się nawet w "Trybunie"?
Godne uwagi są również liczne inne spostrzeżenia publicysty "Trybuny", dość szokujące jak na organ, w którym się pojawiły. Otóż Kubicki pisze m.in.: "W Unii Europejskiej, która już i bez nas od pewnego czasu niebezpiecznie drepce w miejscu, będzie zapewne coraz szybciej narastała frustracja. (...) Nie jest (...) prawdą, że w interesie krajów unijnych o najszybszym rozwoju, będzie koniecznie równie szybki postęp wegetujących na marginesach maruderów. Już teraz, w piętnastkę, nikt się w Unii specjalnie nie martwi nędzną wegetacją, korupcją i brakiem perspektyw takiej np. Grecji. W Brukseli wzruszają ramionami: ano mają Grecy, co chcą (...). Praktyka bardzo wielu krajów dowodzi, że ogromne wewnętrzne dysproporcje pozostawione wolnej grze sił rynkowych nie dość, że powielają się same, ale stale rosną (exemplum Brazylia).
Polska ma wielkie szanse na to, żeby w ramach powiększonej Unii być przykładem działania tej reguły w Europie. Byłaby to choroba na własne życzenie, wywołana głównie maniakalnym czepianiem się neoliberalnej ideologii, połączonej z kryminalizmem w gospodarce i wymiarze sprawiedliwości (vide szybko zapomniana afera "Colosseum" na ok. 100 milionów dolarów) i panicznym strachem elit władzy przed zagranicznymi inwestorami, de facto nastawionymi nie tyle na inwestowanie, co szybką grabież" (podkr. - J.R.N).
Nagle zaczęła odsłaniać przykrą, ponurą prawdę nawet tak entuzjastycznie prounijna przed referendum "Rzeczpospolita". W dwa dni po referendum - 10 czerwca 2003 r. ukazał się na jej łamach tekst znanego lewicowego ekonomisty, byłego przywódcy Unii Pracy Ryszarda Bugaja, pt. "Potrzeba twardej postawy". Bugaj ostrzega m.in.: "Najgorszy scenariusz, jaki może się nam przydarzyć, to integracja bez dostosowania i możliwości korzystania z tych - skromnych - profitów, jakie niesie akcesja. Nie wolno zapominać o klauzuli, która pozwala Komisji Europejskiej pozbawić Polskę różnych uprawnień na podstawie oceny, że nie przestrzegamy przyjętych zobowiązań. Wszystko to oczywiście nie znaczy, że polityka dostosowań jest oczywista i nie ma już żadnych problemów do załatwienia z Unią.
Sprawą absolutnie kluczową są budżetowe pieniądze. Według oceny Ministerstwa Finansów, akcesja do Unii wymaga znalezienia w publicznej kasie w latach 2004-2006 dodatkowo 86 mld zł! To jest wielka góra pieniędzy, którą znaleźć będzie bardzo trudno (...)".
Bugaj przestrzega w tym kontekście przed pomysłami rządu Millera, zmierzającymi do wprowadzenia podatku liniowego (korzystnego tylko dla bogatych) i całkowitego zamrożenia waloryzacji emerytur i ogólnie świadczeń oraz płac w sferze budżetowej. Pisze: "Ten scenariusz ostrzega, że rachunek zapłaciłyby duże, ale słabe socjalnie grupy społeczne. To scenariusz prawdopodobny, bo w Sejmie pewnie można dla niego uzyskać poparcie. To jednak scenariusz nie tylko niesprawiedliwy, ale też niekonieczny i politycznie nadzwyczaj niebezpieczny". Bugaj ostrzega przed skutkami takiego "wyskrobywania" pieniędzy przez rząd przez "uderzanie w materialne podstawy bytu" wspomnianych warstw społecznych, które nazywa wręcz "uderzaniem w ich elementarne interesy".

Egoistyczna Unia Europejska

Bugaj zwraca uwagę również na skrajnie egoistyczne podejście Unii Europejskiej do Polski, akcentując: "Unia Europejska podejmuje w ostatnim okresie kroki formalnie z naszym traktatem akcesyjnym niesprzeczne, ale przecież godzące w nasze podstawowe interesy. Limit wydatków budżetowych jest zmniejszany z 1,27 proc. PKB do 0,99 proc. PKB w roku 2004, mimo przyjmowania dziesięciu zasadniczo słabiej rozwiniętych krajów. To po prostu będzie oznaczać, że dostęp do środków strukturalnych będzie dla nas dużo jeszcze trudniejszy niż oczekujemy. Przygotowuje się korektę wspólnej polityki rolnej, która jeżeli zostanie wprowadzona - pozbawi w przyszłości naszych rolników znacznej części spodziewanej pomocy finansowej. Ogłoszony został projekt nowych reguł polityki kursowej do strefy euro (...) przyjęcie tych zmian właściwie eliminuje Polskę na długo z aspiracji do wspólnej waluty. Tę listę można wydłużyć, ale wspomnę o jeszcze jednej - skandalicznej sprawie: naciskach Komisji Europejskiej, by nie dochodzić odszkodowań (kar) od unijnych producentów leków, którzy w drodze finansowych przekrętów wyłudzili od polskiego budżetu 1,5 mld zł (od pacjentów dodatkowo 1 mld zł).
Tym i innym działaniom Unii polski rząd i parlament powinny się bardzo stanowczo sprzeciwić. Nie czynią tego, bo nie chcą się narazić. To groźna sytuacja, ale wydaje się, że jak długo rządzi obecna większość (mniejszość z pomocnikami), na twardą postawę liczyć nie można (...). Pozycja Polski w Unii będzie jeszcze słabsza niż to wynika z warunków akcesji".
Można się tylko cieszyć, że tak realistyczne stwierdzenia i żądania "twardej postawy" w obronie polskich interesów w UE pojawiły się nawet w tak panegirycznie wysławiającej UE, słynnej z różnych eurobajek "Rzeczpospolitej". Tylko że trzeba skonstatować z goryczą, że ostrzeżenia te dopuszczono w tym dzienniku naprawdę "rychło w czas", w dwa dni po referendum, w którym zagrano na totalnej nieświadomości większości Polaków.

Szykuje się drożyzna

Równie rychło w czas pojawiają się smętne zapowiedzi wzrostu cen na łamach równie zakłamanej jak "Rzeczpospolita" panegirycznie proeuropejskiej dotąd "Gazety Polskiej" Wierzbickiego. Publicysta tego tygodnika w numerze z 11 czerwca 2003 r. przyznaje już w jakże wymownym tytule: "Rośnie VAT - będzie drożej". Autor przyznaje m.in. to, przed czym po tylekroć ostrzegaliśmy w Radiu Maryja, "Naszym Dzienniku", "Niedzieli" i w innych eurorealistycznych mediach: "(...) do najbliższego pakietu podwyżek podatków wejdzie 22-procentowy podatek na budownictwo. Z 7 do 22 proc. wzrośnie VAT na artykuły dla dzieci, przybory szkolne, kosmetyki i przede wszystkim ubrania. Takim samym podatkiem zostaną objęte ciśnieniomierze, okulary i strzykawki. Najbardziej dotkliwie odczujemy nałożenie VAT-u na środki produkcji rolnej (3 proc.) i transport (3,5 proc.). 7-procentową stawką VAT objęte zostaną bilety na spektakle i koncerty. Taka sama stawka obowiązywać będzie usługi pogrzebowe". Czemu przed referendum nie ostrzegały przed takimi zwyżkami cen różne organy euroentuzjastów w stylu "Gazety Polskiej". Przypomnę, że pisałem o większości wyliczanych tu podwyżek cen już prawie rok temu w tomiku "Polska a Unia Europejska. 44 pytania", Warszawa 2002, s. 32-33.
Wszystkie te podwyżki tak dotkliwie godzące w różne sfery życia Polaków zostały narzucone nam przez rzekomo hojną Unię Europejską, do której pójdzie duża część przychodów ze wspomnianych opodatkowań VAT-em. Autor "Gazety Polskiej" mimo to próbuje usprawiedliwiać Unię Europejską, mówiąc, że to głównie wina rządu, że zostajemy obciążeni tak wysokim VAT-em. Pisze: "Rząd twierdził, że Unia nie zgadza się na niższy podatek na budownictwo. Potem okazało się, że po prostu nie walczył o niższy. Po awanturze w sejmie gabinet próbował - ale bez większych rezultatów - renegocjować zamknięte już rozdziały traktatu akcesyjnego. Efektem takich działań jest to, że do najbliższego pakietu podwyżek podatków wejdzie 22-procentowy podatek na budownictwo (...). W Polsce stawka podatkowa wynosi 22 proc., w krajach Unii Europejskiej średnio 17-18 proc. Jednak w niektórych państwach nie przekracza nawet 15 proc. UE nie domagała się od Polski podwyżki VAT-u, a ujednolicenia stawek. Można więc było np. wprowadzić dwie stawki VAT - 18 i 17 proc. - twierdzą pytani przez nas ekonomiści".
Nie jest to prawda. Za narzucane nam druzgocące stawki VAT-u jest odpowiedzialny zarówno rząd, jak i Unia Europejska. Ta ostatnia dlatego, że wciąż naciskała na nas na wysokie obciążenia podatkiem VAT, nie licząc się z tym, że w Polsce już i tak leży budownictwo i parę milionów Polaków nie ma mieszkań. Rząd oczywiście powinien dużo lepiej się targować i bronić polskich interesów, czego jak zwykle nie zrobił. Nie ma co wybielać jednak Unii. Jakimż skandalem jest narzucanie przez Unię wysokiego VAT-u na artykuły dla dzieci i przybory szkolne czy ciśnieniomierze i strzykawki. Nie mówiąc o pominiętym w wyliczeniach autora "Gazety Polskiej" narzucanym przez UE na Polskę podatku VAT na książki, choć Wielka Brytania ma nadal zerowy podatek w tej dziedzinie. Dodajmy, że Unia Europejska narzuca nam szczególnie dotkliwy 22-procentowy VAT od sprzedaży ciągników i maszyn rolniczych oraz 22-procentowy VAT na wyroby rękodzieła ludowego i artystycznego.
Skandalem rzeczywistym jest fakt, że przedstawiciele obecnych władz nie tylko nie bronili się przed narzuconymi przez Unię obciążeniami VAT-owymi, ale nie zadbali nawet o to, by nie były one większe niż w innych krajach UE. Nader znamienna pod tym względem jest rozmowa przeprowadzona w Paryżu z obecnym ministrem kultury Waldemarem Dąbrowskim przez publicystę "Tygodnika Powszechnego" Andrzeja Dobosza:
- A. Dobosz: "Co będzie z VAT-em na książki, gdy wejdziemy do UE?"
- Minister Dąbrowski: "No, dokładnie tak jak tutaj: siedem procent."
- A. Dobosz: "A nie! We Francji jest to jedynie pięć i pół procent." "Tu nastąpiły lekkie skinienia głów" - komentował Dobosz.
A. Dobosz komentował dalej: "Być może pertraktacje, by przedłużyć książkom okres ochronny, byłyby trudne, beznadziejne. D. objął zresztą tekę, gdy już było po wszystkim. Jednak to, że dla jednego z nie najgorszych ministrów w tym rządzie dalsze podrożenie książek jest czymś normalnym, a różnica 1,5 procent jest absolutnym drobiazgiem, wydaje się godne odnotowania".

Zagrożenie dla rolnictwa

Już w ciągu pierwszych kilku dni, jakie upłynęły od referendum, mnożą się sygnały na temat zagrożeń dla polskiego rolnictwa. Jędrzej Bielecki w korespondencji z Brukseli, drukowanej w "Rzeczpospolitej" z 11 czerwca 2003 r. pisze o jednoznacznych ostrzeżeniach dla Polski ze strony Jeana-Christopha Filori, rzecznika komisarza Guentera Verheugena. Bruksela zapowiada wysłanie do Polski listu ostrzegawczego, wskazującego na skutki, jakie mogą czekać Polskę ze względu na "opóźnienia w dostosowaniach do regulacji unijnych". Jeśli Polska nie nadrobi tych opóźnień, to Bruksela "może wnioskować o czasowe pozbawienie Polski niektórych przywilejów członkostwa". Szczególnie niebezpieczne dla Polski mogą okazać się skutki opóźnień w rolnictwie, "zbyt powolnego tempa dostosowania mleczarni, zakładów mięsnych i rybnych do unijnych norm sanitarnych". Grozi, że "polska żywność może zostać czasowo wykluczona ze wspólnego rynku". W tym samym czasie zaś Unia Europejska będzie mogła dalej eksportować swoją żywność do Polski. Ładnie to wynegocjowano, nieprawdaż?! Opóźnienia w budowie systemu kontroli produkcji żywności IACS, niezbędnego do otrzymania przez polskich rolników dopłat bezpośrednich za 10 miesięcy, mogą uniemożliwić przyznanie tych dopłat polskim rolnikom.
Do tych samych spraw nawiązuje również specjalistka "Gazety Wyborczej" od problematyki rolnej Krystyna Naszkowska w numerze z 11 czerwca 2003 r. w tekście pt. "Rzeź rzeźników". Według niej, nie można wykluczyć tego, że większość działających dziś w Polsce zakładów mięsnych nie zdoła w ustalonym terminie przystosować się do wymogów unijnych i zostanie zamknięta. Jej zdaniem, "tragicznie" wypadł raport komisji weterynaryjnej zakończony w marcu (dlaczego więc dopiero teraz się o tym pisze? - J.R.N.) - na 1780 zakładów kategorii B1 na razie przystosowało się do Unii 155. W tym samym numerze "Gazety Wyborczej" czytamy w tekście Konrada Niklewicza i korespondenta z Brukseli Roberta Sołtyka, iż wraz z członkostwem Polski w UE podrożeją łososie, makrele i śledzie, "co odczują szczególnie boleśnie ich przetwórcy w Polsce - zapewne w mniejszym stopniu konsumenci". Stracimy bowiem możliwość bezcłowego importu ryb z Norwegii i Islandii.

Zagrożenia polskiej suwerenności

W publikowanym wcześniej w "Naszym Dzienniku" tekście "14 kłamstw A. Kwaśniewskiego" ostrzegałem przed ewidentnymi zagrożeniami dla suwerenności Polski po wejściu do UE. Czyniłem to, polemizując z jawnym kłamstwem obecnego prezydenta RP o tym, iż kraje członkowskie UE zachowują pełną suwerenność. I nagle mam całkowite potwierdzenie swojej tezy, ukazującej kłamstwo Kwaśniewskiego ze strony mało oczekiwanej - od publicysty Macieja Rybińskiego z panegirycznie prounijnej "Rzeczpospolitej". Przed referendum Rybiński i jego koledzy nabrali wody w usta, nie zdobywając się na krytyki unijnych zagrożeń, by nie odstraszyć głosowania za Unią. Teraz, w parę dni po referendum uznali, że już można. I piszą o tych samych sprawach, wokół których na długo przed nimi podnosili alarm eurorealiści. Oto co m.in. napisał publicysta "Rzeczpospolitej" M. Rybiński w numerze z 10 czerwca 2003 r.: "Przed referendum panowało u nas spiskowe milczenie na temat tego, co dzieje się w europejskim Konwencie, przygotowującym projekt unijnej ustawy zasadniczej. Jedyne, o czym trochę, ale nieśmiało się mówiło i pisało, to preambuła konstytucyjna, kwestia odwołania do Boga i chrześcijańskich korzeni Europy.
Ale już o rozdziale trzecim projektu, o podziale kompetencji, władzach Unii, głosowaniach i sposobach ustalania większości niemal nic, mimo że mamy w Kowencie naszych przedstawicieli. Euroentuzjaści milczeli, żeby nie zniechęcić obywateli do referendum (...). Teraz nie ma powodów do przemilczania ani do pomniejszania problemu. Grozi nam, że 1 maja 2004 roku wejdziemy do zupełnie innej struktury niż Unia Europejska, do której chcemy się dostać i w sprawie której głosowaliśmy w sobotę i niedzielę. Grozi nam odebranie suwerenności [podkr. J.R.N.] w kwestii najbardziej istotnej - polityki zagranicznej (...) możemy stać się politycznym komdominium". Rybiński ostrzega, że w tym właśnie kierunku "chce popchnąć Europę duet francusko-niemiecki".
Zwróćmy uwagę na hipokryzję Rybińskiego, który pisze, że teraz już "nie ma powodów do przemilczania ani pomniejszania problemu", bo referendum już przeprowadzono z wiadomym wynikiem. Jak ocenić świadome zatajenie przed milionami Polaków tak poważnej groźby dla niepodległej Polski? Czyż nie był to duch targowickiego myślenia?!
A tymczasem mnożą się wystąpienia ludzi z nurtu zmierzającego do ograniczenia suwerenności różnych narodów Europy w przyszłym biurokratycznym państwie supereuropejskim. Oto typowa próbka tego typu myślenia zaprezentowana w artykule dwóch znanych eurointelektueli: Jacquesa Derridy i Jurgena Habermasa, publikowanym pierwotnie w Niemczech i we Francji, a teraz przedrukowanym w "Gazecie Wyborczej" z 10 czerwca 2003 r. Autorzy piszą m.in.: "Zwieńczona sukcesem historia Unii Europejskiej utwierdziła Europejczyków w przekonaniu, że również na płaszczyźnie globalnej przyswajanie (nowych) form sprawowania władzy państwowej wymaga wzajemnych ograniczeń suwerenności na różnych płaszczyznach".
Już pierwsze trzy dni po referendum przyniosły aż nadto wymowne potwierdzenie tez patriotycznych publicystów o kłamstwach A. Kwaśniewskiego, L. Millera i całej rzeszy prounijnych propagandystów, różnymi mirażami zachęcających do wejścia do Unii. Zbliża się godzina prawdy, gdy w miejsce prounijnej euforii będzie następować coraz większe otrzeźwienie ludzi zbałamuconych eurobajkami. Tym zimnym prysznicem okażą się szykowane już rozliczne uderzenia po kieszeni, począwszy od podatku katastralnego. Ludzie wreszcie przekonają się, jak słuszne były po tylekroć ponawiane ostrzeżenia ze strony publicystów nurtu patriotycznego. Stwarzać to będzie tym dogodniejszą podstawę dla akcji zmierzającej do obalenia rządu Millera, odpowiedzialnego zarówno za prounijne kłamstwa, jak i za wynegocjowanie skrajnie kapitulanckich warunków.

prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 2003-06-14

powrot