|
Najbliższe miesiące pokażą, jak szybko będą
pryskać mity prounijnej propagandy. Dobrą zapowiedzią w tym względzie było
niespodziewane "otrzeźwienie" tonu prounijnych mediów w ciągu pierwszych
trzech dni po referendum.
Kilka dni temu w niedzielny wieczór
poreferendalny wszyscy oglądaliśmy w telewizorach triumfującego Leszka
Millera, wykrzykującego, jak to dzięki referendum staliśmy się obywatelami
Europy. Postkomunistyczny premier RP nie wiedział, że jesteśmy obywatelami
Europy od ponad tysiąclecia naszej państwowości. I to obywatelami bardzo
zasłużonymi w walkach na jej przedmurzach, jakże często skazywanymi na
dużo cięższe poświęcenia w obronie ideałów wolnościowych niż mieszkańcy
krajów zachodnich. Okazało się, że pomimo tak ogromnej fali jednostronnej
propagandy prounijnej ponad połowa Polaków nie wzięła udziału w referendum
albo głosowała przeciw. Okazało się również, że ewidentnym niepowodzeniem
zakończyła się zmasowana propaganda prounijna, zmierzająca do zdobycia
poparcia młodych ludzi. Prawdziwym szokiem dla niektórych euroentuzjastów
stał się fakt, że właśnie w grupie młodych ludzi, w wieku od 18 do 24
lat, było najwięcej głosów krytycznych wobec UE w referendum. Przyznano
to nawet na łamach "Gazety Wyborczej" z 10 czerwca. Jej redaktorka
Danuta Pszczółkowska, prowadząc wywiad z minister Danutą Huebner,
zauważyła: "Wcześniejsze prareferendum, a także sondaż PBS po właściwym
referendum pokazały, że młodzi ludzie są najmniej entuzjastyczni wobec
Unii".
Danuta Huebner, próbując to wytłumaczyć, twierdziła: "Może to
zwykły młodzieńczy bunt przeciw wszystkiemu, co proponują dorośli. Ten
fenomen jest dla mnie zaskoczeniem, jest niezrozumiały".
Kolejne przykre "niespodzianki"
Niejednokrotnie ostrzegaliśmy na
łamach "Naszego Dziennika" przed różnymi bardzo niekorzystnymi dla
Polaków skutkami wchodzenia do UE. Nasze ostrzeżenia tonęły w morzu
panegirycznych zapewnień o unijnym szczęściu. I oto wystarczyło kilka
zaledwie dni od referendalnego triumfu zwolenników akcesji, by dostali
pierwsze mocne porcje ostudzającego lodowatego prysznica. Przykrych
niespodzianek jest aż nadto. Różne tygodniki i gazety prounijne dotąd
starannie tające prawdę natychmiast po zakończeniu referendum przerwały
niegodną kłamliwą zasłonę milczenia nad różnymi sprawami grożącymi
Polsce. Pierwszy "puścił parę" tak znany z prounijnego entuzjazmu
tygodnik "Newsweek". Zaledwie dzień po referendum, w poniedziałek,
ukazał się "Newsweek" z tekstem Stanisława Zunderlicha pt. "Cudu nie
będzie", ujawniającym prawdę o różnych negatywnych uwarunkowaniach
wejścia Polski do UE. O tych negatywach, przed którymi eurorealiści
ostrzegali od wielu miesięcy, spotykając się z ich całkowitym zatajaniem
na łamach prounijnych mediów. Oto, co nagle przyznaje autor "Newsweeka"
(nr noszący datę 15 czerwca): "Eurosceptycy w jednym mieli rację, Polskę
czeka pięć bardzo trudnych lat. Nie spodziewajmy się natychmiastowych
zmian i poprawy. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej (...). Szansa
i ryzyko to sprawy najważniejsze dla dzisiejszej Polski i najmniej
chętnie podejmowane w publicznych dyskusjach. (...) Euroentuzjaści boją
się dyskusji o konkretach, bo wiedzą, że w krótkim czasie Polska ma
niewielką szansę na odniesienie sukcesu. Mało kto ma odwagę mówić prawdę:
Polska wchodzi do Unii nieprzygotowana (podkr. - J.R.N.). Niewydajne i
skorumpowane struktury państwa nie będą w stanie efektywnie skorzystać
z funduszy pomocowych płynących z Unii. (...) Przedsiębiorstwa -
mniej wydajne niż europejskie - nie będą umiały konkurować na wspólnym
rynku. (...) Zamiast dyskutować o możliwościach i zagrożeniach, jakie
niesie wejście Polski do Wspólnoty, puszczaliśmy baloniki pomalowane
w barwy europejskie, śpiewaliśmy hymn europejski i słuchaliśmy
frazesów. Co gorsza, podczas zmasowanej propagandy prounijnej
padały sformułowania jawnie nieprawdziwe (podkr. J.R.N.). Prezydent
Kwaśniewski wielokrotnie powtarzał, że integracja z Unią sprawi, iż
Polska osiągnie pięcioprocentowy wzrost gospodarczy, dzięki czemu
zniknie problem bezrobocia. Aż się prosiło, by politycy niechętni
Kwaśniewskiemu wykpili słowa prezydenta. (...) Założenia, że wejście
Polski do Unii poprawi warunki, na jakich nasze firmy będą konkurowały w
Europie, lub też że nastąpi raptowny napływ zagranicznych inwestycji, są
nierealistyczne. I jeżeli ktoś twierdzi odwrotnie, kłamie".
Przy okazji
autor "Newsweeka" przypomniał, że nie sprawdziły się również optymistyczne
prognozy co do wzrostu gospodarczego państw Unii Europejskiej, pisząc:
"Przed paru laty inni (...) ekonomiści udowadniali, że wprowadzenie
wspólnej waluty europejskiej przełoży się na impuls wzrostowy wynoszący
1-2 punkty procentowe rocznie. Cztery lata po wprowadzeniu euro Europa
znajduje się w stanie stagnacji (...)".
Zunderlich ostrzegał również
przed nader optymistycznymi mrzonkami na temat korzyści z pieniędzy,
jakimi uraczy nas Unia. Pisał: "Politycy, którzy zapowiadają rychłą
poprawę sytuacji gospodarczej Polski zaraz po wejściu do Unii, myślą
niemal wyłącznie o jednym czynniku: transferach pieniędzy pochodzących z
Unii Europejskiej. One mają rozruszać naszą gospodarkę. W tym rozumowaniu
jest potrójny błąd.
Po pierwsze, transfery netto będą - nawet jeśli
dobrze pójdzie - wyraźnie niższe niż były w biedniejszych krajach
Unii Europejskiej, takich jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia. Według
szacunków UKIE wyniosą one w latach 2004-2006 około 7 mld euro, czyli
średnio 2,3 mld euro rocznie. To jest zaledwie 1,3 proc. PKB [produktu
krajowego brutto], gdy w biedniejszych krajach europejskich sięgały
2-3 proc. PKB. Polska zostaje członkiem Unii mającej potężne problemy
finansowe i w związku z tym mało hojnej. Znacznie bogatsza od nas
Hiszpania dopiero po sześciu latach członkostwa musiała płacić pełną
składkę do unijnej kasy. My zapłacimy do razu [przypomnijmy, że poza
bardzo wysoką, pełną składką do UE dopłacimy również naszą cząstkę dopłat
do składki bogatej Wielkiej Brytanii, ok. 620 mln euro już w pierwszych
trzech latach naszego członkostwa w UE - przyp. J.R.N.].
Po drugie,
UKIE zakłada wysokie wykorzystanie przez Polskę środków przyznawanych
nam przez Unię. Zależy to jednak od sprawności naszej administracji i
od zdolności do zgromadzenia środków na wspólne finansowanie unijnych
przedsięwzięć (...). Ile jednak wyniosą korzyści netto? - to wielka
loteria.
Po trzecie, wysokość transferów będzie tak czy inaczej
nieproporcjonalnie niska do potrzeb rozwojowych Polski. Dziś na inwestycje
wydajemy rocznie ok. 35 mld euro. Jeśli chcemy szybko się rozwijać,
powinniśmy wydawać jakieś 50 mld rocznie. Brakuje 15 mld euro, czyli
60-70 mld zł. 2 mld euro rocznie, jakie dostaniemy z kasy Unii, na pewno
się przyda, ale problemu nie rozwiąże".
Czy będziemy unijną skamieliną?
Z nader drastycznymi ostrzeżeniami wystąpił, o dziwo,
nawet redaktor związanej z rządem Millera postkomunistycznej "Trybuny" -
Wojciech Kubicki, w artykule publikowanym już drugiego dnia po referendum
- 10 czerwca br. pt. "Skamielina w Unii". Kubicki pisał m.in.: "Kabaretowa
ekonomia, przejawiająca się np. w budowaniu 6 km autostrad rocznie
(..) nieuchronnie musi odejść wraz z całym jej neoliberalnym fundamentem
teoretycznym. Jak dotąd bowiem, efektem głoszonej jako jedyna słuszna i
realizowana przez 13 lat polityka gospodarcza, jest zrujnowanie fabryk
wszelkich branż i tworzenie zamiast nich zagranicznych supermarketów,
rozbieranie zamiast modernizacji linii kolejowych, likwidacja gałęzi
nauki i produkcji decydujących o cywilizacyjnym i ekonomicznym potencjale
kraju (elektronika, lotnictwo, biotechnologie i in.").
Jakże znamienny
jest ten zadziwiający nowy ton w postkomunistycznej "Trybunie". Przecież
jej autor, pisząc o rujnującej polityce gospodarczej z ostatnich 13 lat,
krytykuje tym samym również wcześniejsze rządy postkomunistyczne Oleksego
i Cimoszewicza oraz obecny rząd Millera za ich grzęźnięcie w fatalnej
balcerowiczowskiej polityce, tak chętnie realizowanej przez "czerwonych
liberałów" w stylu Marka Borowskiego czy Wiesława Kaczmarka. Czyżby
wreszcie obudzono się nawet w "Trybunie"?
Godne uwagi są również liczne
inne spostrzeżenia publicysty "Trybuny", dość szokujące jak na organ,
w którym się pojawiły. Otóż Kubicki pisze m.in.: "W Unii Europejskiej,
która już i bez nas od pewnego czasu niebezpiecznie drepce w miejscu,
będzie zapewne coraz szybciej narastała frustracja. (...) Nie jest
(...) prawdą, że w interesie krajów unijnych o najszybszym rozwoju, będzie
koniecznie równie szybki postęp wegetujących na marginesach maruderów. Już
teraz, w piętnastkę, nikt się w Unii specjalnie nie martwi nędzną
wegetacją, korupcją i brakiem perspektyw takiej np. Grecji. W Brukseli
wzruszają ramionami: ano mają Grecy, co chcą (...). Praktyka bardzo wielu
krajów dowodzi, że ogromne wewnętrzne dysproporcje pozostawione wolnej
grze sił rynkowych nie dość, że powielają się same, ale stale rosną
(exemplum Brazylia).
Polska ma wielkie szanse na to, żeby w ramach
powiększonej Unii być przykładem działania tej reguły w Europie. Byłaby
to choroba na własne życzenie, wywołana głównie maniakalnym czepianiem
się neoliberalnej ideologii, połączonej z kryminalizmem w gospodarce
i wymiarze sprawiedliwości (vide szybko zapomniana afera "Colosseum"
na ok. 100 milionów dolarów) i panicznym strachem elit władzy przed
zagranicznymi inwestorami, de facto nastawionymi nie tyle na inwestowanie,
co szybką grabież" (podkr. - J.R.N).
Nagle zaczęła odsłaniać przykrą,
ponurą prawdę nawet tak entuzjastycznie prounijna przed referendum
"Rzeczpospolita". W dwa dni po referendum - 10 czerwca 2003 r. ukazał
się na jej łamach tekst znanego lewicowego ekonomisty, byłego przywódcy
Unii Pracy Ryszarda Bugaja, pt. "Potrzeba twardej postawy". Bugaj
ostrzega m.in.: "Najgorszy scenariusz, jaki może się nam przydarzyć, to
integracja bez dostosowania i możliwości korzystania z tych - skromnych
- profitów, jakie niesie akcesja. Nie wolno zapominać o klauzuli,
która pozwala Komisji Europejskiej pozbawić Polskę różnych uprawnień na
podstawie oceny, że nie przestrzegamy przyjętych zobowiązań. Wszystko to
oczywiście nie znaczy, że polityka dostosowań jest oczywista i nie ma już
żadnych problemów do załatwienia z Unią.
Sprawą absolutnie kluczową są
budżetowe pieniądze. Według oceny Ministerstwa Finansów, akcesja do Unii
wymaga znalezienia w publicznej kasie w latach 2004-2006 dodatkowo 86 mld
zł! To jest wielka góra pieniędzy, którą znaleźć będzie bardzo trudno
(...)".
Bugaj przestrzega w tym kontekście przed pomysłami rządu
Millera, zmierzającymi do wprowadzenia podatku liniowego (korzystnego
tylko dla bogatych) i całkowitego zamrożenia waloryzacji emerytur i
ogólnie świadczeń oraz płac w sferze budżetowej. Pisze: "Ten scenariusz
ostrzega, że rachunek zapłaciłyby duże, ale słabe socjalnie grupy
społeczne. To scenariusz prawdopodobny, bo w Sejmie pewnie można dla niego
uzyskać poparcie. To jednak scenariusz nie tylko niesprawiedliwy, ale też
niekonieczny i politycznie nadzwyczaj niebezpieczny". Bugaj ostrzega przed
skutkami takiego "wyskrobywania" pieniędzy przez rząd przez "uderzanie w
materialne podstawy bytu" wspomnianych warstw społecznych, które nazywa
wręcz "uderzaniem w ich elementarne interesy".
Egoistyczna Unia Europejska
Bugaj zwraca uwagę również na skrajnie egoistyczne
podejście Unii Europejskiej do Polski, akcentując: "Unia Europejska
podejmuje w ostatnim okresie kroki formalnie z naszym traktatem akcesyjnym
niesprzeczne, ale przecież godzące w nasze podstawowe interesy. Limit
wydatków budżetowych jest zmniejszany z 1,27 proc. PKB do 0,99 proc. PKB
w roku 2004, mimo przyjmowania dziesięciu zasadniczo słabiej rozwiniętych
krajów. To po prostu będzie oznaczać, że dostęp do środków strukturalnych
będzie dla nas dużo jeszcze trudniejszy niż oczekujemy. Przygotowuje się
korektę wspólnej polityki rolnej, która jeżeli zostanie wprowadzona -
pozbawi w przyszłości naszych rolników znacznej części spodziewanej pomocy
finansowej. Ogłoszony został projekt nowych reguł polityki kursowej do
strefy euro (...) przyjęcie tych zmian właściwie eliminuje Polskę na długo
z aspiracji do wspólnej waluty. Tę listę można wydłużyć, ale wspomnę o
jeszcze jednej - skandalicznej sprawie: naciskach Komisji Europejskiej,
by nie dochodzić odszkodowań (kar) od unijnych producentów leków, którzy
w drodze finansowych przekrętów wyłudzili od polskiego budżetu 1,5 mld zł
(od pacjentów dodatkowo 1 mld zł).
Tym i innym działaniom Unii polski
rząd i parlament powinny się bardzo stanowczo sprzeciwić. Nie czynią
tego, bo nie chcą się narazić. To groźna sytuacja, ale wydaje się,
że jak długo rządzi obecna większość (mniejszość z pomocnikami), na
twardą postawę liczyć nie można (...). Pozycja Polski w Unii będzie
jeszcze słabsza niż to wynika z warunków akcesji".
Można się tylko
cieszyć, że tak realistyczne stwierdzenia i żądania "twardej postawy"
w obronie polskich interesów w UE pojawiły się nawet w tak panegirycznie
wysławiającej UE, słynnej z różnych eurobajek "Rzeczpospolitej". Tylko
że trzeba skonstatować z goryczą, że ostrzeżenia te dopuszczono w tym
dzienniku naprawdę "rychło w czas", w dwa dni po referendum, w którym
zagrano na totalnej nieświadomości większości Polaków.
Szykuje się drożyzna
Równie rychło w czas pojawiają się smętne zapowiedzi
wzrostu cen na łamach równie zakłamanej jak "Rzeczpospolita" panegirycznie
proeuropejskiej dotąd "Gazety Polskiej" Wierzbickiego. Publicysta
tego tygodnika w numerze z 11 czerwca 2003 r. przyznaje już w jakże
wymownym tytule: "Rośnie VAT - będzie drożej". Autor przyznaje m.in. to,
przed czym po tylekroć ostrzegaliśmy w Radiu Maryja, "Naszym Dzienniku",
"Niedzieli" i w innych eurorealistycznych mediach: "(...) do najbliższego
pakietu podwyżek podatków wejdzie 22-procentowy podatek na budownictwo. Z
7 do 22 proc. wzrośnie VAT na artykuły dla dzieci, przybory szkolne,
kosmetyki i przede wszystkim ubrania. Takim samym podatkiem zostaną
objęte ciśnieniomierze, okulary i strzykawki. Najbardziej dotkliwie
odczujemy nałożenie VAT-u na środki produkcji rolnej (3 proc.) i
transport (3,5 proc.). 7-procentową stawką VAT objęte zostaną bilety
na spektakle i koncerty. Taka sama stawka obowiązywać będzie usługi
pogrzebowe". Czemu przed referendum nie ostrzegały przed takimi zwyżkami
cen różne organy euroentuzjastów w stylu "Gazety Polskiej". Przypomnę,
że pisałem o większości wyliczanych tu podwyżek cen już prawie rok
temu w tomiku "Polska a Unia Europejska. 44 pytania", Warszawa 2002,
s. 32-33.
Wszystkie te podwyżki tak dotkliwie godzące w różne sfery
życia Polaków zostały narzucone nam przez rzekomo hojną Unię Europejską,
do której pójdzie duża część przychodów ze wspomnianych opodatkowań
VAT-em. Autor "Gazety Polskiej" mimo to próbuje usprawiedliwiać
Unię Europejską, mówiąc, że to głównie wina rządu, że zostajemy
obciążeni tak wysokim VAT-em. Pisze: "Rząd twierdził, że Unia nie
zgadza się na niższy podatek na budownictwo. Potem okazało się,
że po prostu nie walczył o niższy. Po awanturze w sejmie gabinet
próbował - ale bez większych rezultatów - renegocjować zamknięte już
rozdziały traktatu akcesyjnego. Efektem takich działań jest to, że do
najbliższego pakietu podwyżek podatków wejdzie 22-procentowy podatek na
budownictwo (...). W Polsce stawka podatkowa wynosi 22 proc., w krajach
Unii Europejskiej średnio 17-18 proc. Jednak w niektórych państwach nie
przekracza nawet 15 proc. UE nie domagała się od Polski podwyżki VAT-u,
a ujednolicenia stawek. Można więc było np. wprowadzić dwie stawki VAT -
18 i 17 proc. - twierdzą pytani przez nas ekonomiści".
Nie jest to
prawda. Za narzucane nam druzgocące stawki VAT-u jest odpowiedzialny
zarówno rząd, jak i Unia Europejska. Ta ostatnia dlatego, że wciąż
naciskała na nas na wysokie obciążenia podatkiem VAT, nie licząc się z
tym, że w Polsce już i tak leży budownictwo i parę milionów Polaków nie
ma mieszkań. Rząd oczywiście powinien dużo lepiej się targować i bronić
polskich interesów, czego jak zwykle nie zrobił. Nie ma co wybielać
jednak Unii. Jakimż skandalem jest narzucanie przez Unię wysokiego
VAT-u na artykuły dla dzieci i przybory szkolne czy ciśnieniomierze
i strzykawki. Nie mówiąc o pominiętym w wyliczeniach autora "Gazety
Polskiej" narzucanym przez UE na Polskę podatku VAT na książki, choć
Wielka Brytania ma nadal zerowy podatek w tej dziedzinie. Dodajmy, że
Unia Europejska narzuca nam szczególnie dotkliwy 22-procentowy VAT od
sprzedaży ciągników i maszyn rolniczych oraz 22-procentowy VAT na wyroby
rękodzieła ludowego i artystycznego.
Skandalem rzeczywistym jest
fakt, że przedstawiciele obecnych władz nie tylko nie bronili się przed
narzuconymi przez Unię obciążeniami VAT-owymi, ale nie zadbali nawet o
to, by nie były one większe niż w innych krajach UE. Nader znamienna pod
tym względem jest rozmowa przeprowadzona w Paryżu z obecnym ministrem
kultury Waldemarem Dąbrowskim przez publicystę "Tygodnika Powszechnego"
Andrzeja Dobosza:
- A. Dobosz: "Co będzie z VAT-em na książki, gdy
wejdziemy do UE?"
- Minister Dąbrowski: "No, dokładnie tak jak tutaj:
siedem procent."
- A. Dobosz: "A nie! We Francji jest to jedynie
pięć i pół procent." "Tu nastąpiły lekkie skinienia głów" - komentował
Dobosz.
A. Dobosz komentował dalej: "Być może pertraktacje, by
przedłużyć książkom okres ochronny, byłyby trudne, beznadziejne. D. objął
zresztą tekę, gdy już było po wszystkim. Jednak to, że dla jednego z nie
najgorszych ministrów w tym rządzie dalsze podrożenie książek jest czymś
normalnym, a różnica 1,5 procent jest absolutnym drobiazgiem, wydaje się
godne odnotowania".
Zagrożenie dla rolnictwa
Już w ciągu
pierwszych kilku dni, jakie upłynęły od referendum, mnożą się sygnały na
temat zagrożeń dla polskiego rolnictwa. Jędrzej Bielecki w korespondencji
z Brukseli, drukowanej w "Rzeczpospolitej" z 11 czerwca 2003 r. pisze
o jednoznacznych ostrzeżeniach dla Polski ze strony Jeana-Christopha
Filori, rzecznika komisarza Guentera Verheugena. Bruksela zapowiada
wysłanie do Polski listu ostrzegawczego, wskazującego na skutki,
jakie mogą czekać Polskę ze względu na "opóźnienia w dostosowaniach do
regulacji unijnych". Jeśli Polska nie nadrobi tych opóźnień, to Bruksela
"może wnioskować o czasowe pozbawienie Polski niektórych przywilejów
członkostwa". Szczególnie niebezpieczne dla Polski mogą okazać się skutki
opóźnień w rolnictwie, "zbyt powolnego tempa dostosowania mleczarni,
zakładów mięsnych i rybnych do unijnych norm sanitarnych". Grozi, że
"polska żywność może zostać czasowo wykluczona ze wspólnego rynku". W tym
samym czasie zaś Unia Europejska będzie mogła dalej eksportować swoją
żywność do Polski. Ładnie to wynegocjowano, nieprawdaż?! Opóźnienia
w budowie systemu kontroli produkcji żywności IACS, niezbędnego do
otrzymania przez polskich rolników dopłat bezpośrednich za 10 miesięcy,
mogą uniemożliwić przyznanie tych dopłat polskim rolnikom.
Do
tych samych spraw nawiązuje również specjalistka "Gazety Wyborczej" od
problematyki rolnej Krystyna Naszkowska w numerze z 11 czerwca 2003 r. w
tekście pt. "Rzeź rzeźników". Według niej, nie można wykluczyć tego,
że większość działających dziś w Polsce zakładów mięsnych nie zdoła
w ustalonym terminie przystosować się do wymogów unijnych i zostanie
zamknięta. Jej zdaniem, "tragicznie" wypadł raport komisji weterynaryjnej
zakończony w marcu (dlaczego więc dopiero teraz się o tym pisze? -
J.R.N.) - na 1780 zakładów kategorii B1 na razie przystosowało się
do Unii 155. W tym samym numerze "Gazety Wyborczej" czytamy w tekście
Konrada Niklewicza i korespondenta z Brukseli Roberta Sołtyka, iż wraz z
członkostwem Polski w UE podrożeją łososie, makrele i śledzie, "co odczują
szczególnie boleśnie ich przetwórcy w Polsce - zapewne w mniejszym stopniu
konsumenci". Stracimy bowiem możliwość bezcłowego importu ryb z Norwegii i
Islandii.
Zagrożenia polskiej suwerenności
W publikowanym
wcześniej w "Naszym Dzienniku" tekście "14 kłamstw A. Kwaśniewskiego"
ostrzegałem przed ewidentnymi zagrożeniami dla suwerenności Polski
po wejściu do UE. Czyniłem to, polemizując z jawnym kłamstwem
obecnego prezydenta RP o tym, iż kraje członkowskie UE zachowują pełną
suwerenność. I nagle mam całkowite potwierdzenie swojej tezy, ukazującej
kłamstwo Kwaśniewskiego ze strony mało oczekiwanej - od publicysty
Macieja Rybińskiego z panegirycznie prounijnej "Rzeczpospolitej". Przed
referendum Rybiński i jego koledzy nabrali wody w usta, nie zdobywając
się na krytyki unijnych zagrożeń, by nie odstraszyć głosowania za
Unią. Teraz, w parę dni po referendum uznali, że już można. I piszą
o tych samych sprawach, wokół których na długo przed nimi podnosili
alarm eurorealiści. Oto co m.in. napisał publicysta "Rzeczpospolitej"
M. Rybiński w numerze z 10 czerwca 2003 r.: "Przed referendum panowało
u nas spiskowe milczenie na temat tego, co dzieje się w europejskim
Konwencie, przygotowującym projekt unijnej ustawy zasadniczej. Jedyne,
o czym trochę, ale nieśmiało się mówiło i pisało, to preambuła
konstytucyjna, kwestia odwołania do Boga i chrześcijańskich korzeni
Europy.
Ale już o rozdziale trzecim projektu, o podziale kompetencji,
władzach Unii, głosowaniach i sposobach ustalania większości niemal nic,
mimo że mamy w Kowencie naszych przedstawicieli. Euroentuzjaści milczeli,
żeby nie zniechęcić obywateli do referendum (...). Teraz nie ma powodów
do przemilczania ani do pomniejszania problemu. Grozi nam, że 1 maja
2004 roku wejdziemy do zupełnie innej struktury niż Unia Europejska,
do której chcemy się dostać i w sprawie której głosowaliśmy w sobotę i
niedzielę. Grozi nam odebranie suwerenności [podkr. J.R.N.] w kwestii
najbardziej istotnej - polityki zagranicznej (...) możemy stać się
politycznym komdominium". Rybiński ostrzega, że w tym właśnie kierunku
"chce popchnąć Europę duet francusko-niemiecki".
Zwróćmy uwagę na
hipokryzję Rybińskiego, który pisze, że teraz już "nie ma powodów
do przemilczania ani pomniejszania problemu", bo referendum już
przeprowadzono z wiadomym wynikiem. Jak ocenić świadome zatajenie przed
milionami Polaków tak poważnej groźby dla niepodległej Polski? Czyż nie
był to duch targowickiego myślenia?!
A tymczasem mnożą się wystąpienia
ludzi z nurtu zmierzającego do ograniczenia suwerenności różnych narodów
Europy w przyszłym biurokratycznym państwie supereuropejskim. Oto typowa
próbka tego typu myślenia zaprezentowana w artykule dwóch znanych
eurointelektueli: Jacquesa Derridy i Jurgena Habermasa, publikowanym
pierwotnie w Niemczech i we Francji, a teraz przedrukowanym w "Gazecie
Wyborczej" z 10 czerwca 2003 r. Autorzy piszą m.in.: "Zwieńczona
sukcesem historia Unii Europejskiej utwierdziła Europejczyków
w przekonaniu, że również na płaszczyźnie globalnej przyswajanie
(nowych) form sprawowania władzy państwowej wymaga wzajemnych ograniczeń
suwerenności na różnych płaszczyznach".
Już pierwsze trzy dni po
referendum przyniosły aż nadto wymowne potwierdzenie tez patriotycznych
publicystów o kłamstwach A. Kwaśniewskiego, L. Millera i całej rzeszy
prounijnych propagandystów, różnymi mirażami zachęcających do wejścia
do Unii. Zbliża się godzina prawdy, gdy w miejsce prounijnej euforii
będzie następować coraz większe otrzeźwienie ludzi zbałamuconych
eurobajkami. Tym zimnym prysznicem okażą się szykowane już rozliczne
uderzenia po kieszeni, począwszy od podatku katastralnego. Ludzie
wreszcie przekonają się, jak słuszne były po tylekroć ponawiane
ostrzeżenia ze strony publicystów nurtu patriotycznego. Stwarzać to
będzie tym dogodniejszą podstawę dla akcji zmierzającej do obalenia
rządu Millera, odpowiedzialnego zarówno za prounijne kłamstwa, jak i
za wynegocjowanie skrajnie kapitulanckich warunków.
prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 2003-06-14
powrot
|