|
Henryk Grynberg broni czarnej nocy stalinowskiej Leszek Żebrowski, Nasza Polska, 2 i 9.04.2003 |
|
od red. NW: oryginalny tekst znajduje się w witrynie internetowej tygodnika Nasza Polska nr 13(384) część 1 nr 14(386) część 2 Co chwila gdzieś w światowej prasie pojawia się informacja o tak zwanych polskich obozach śmierci: Auschwitz, Majdanek, Treblinka... Co jakiś czas powstaje dzieło literackie, które zanim ukaże się na półkach księgarskich, już jest "wybitne" i z entuzjazmem będzie przyjęte przez krytykę. Do tego książki i książeczki różnego rodzaju "uczonych" wszelkich specjalności, którzy za cel obrali sobie ten sam temat: "stosunki polsko-żydowskie", które pokazywane są według prostego, a właściwie prostackiego schematu: Żydzi są "cacy", a Polacy "be". To elementarna "wiedza", która dociera do nas zewsząd - z gazet, z ekranów telewizorów, z przemówień i zachowań tak zwanych czynników oficjalnych, które bardzo dobrze wiedzą, co dziś jest trendy i co daje profit polityczny i materialny. Powoli przyzwyczajamy się do tego, tym bardziej że instytucje naszego państwa, katedry naukowe i przedstawicielstwa dyplomatyczne nie robią właściwie nic, aby bronić nas przed tajfunem kłamstw. Jedni twierdzą, że to tylko skrajne opinie skrajnych środowisk żydowskich, inni - że Żydzi są wrażliwi inaczej niż my i skoro nawet nasza historia taka nie była, jak oni uporczywie twierdzą, to powinniśmy ich zrozumieć. Jeszcze inni zaś - przyklaskują temu z entuzjazmem, obwieszając się na znak "solidarności" z wybranym narodem emblematami z jego znakiem rozpoznawczym, jak to niedawno uczynił bardzo znany redaktor bardzo znanego periodyku, który tak się zagalopował, że usypał całą piramidę kłamstw i zmyśleń. Jest jeszcze druga strona tego medalu: oto wysokiej rangi funkcjonariusz państwowy, powołany między innymi dla obrony naszego dobrego imienia, potrafi publicznie rzec w publicznej telewizji przy okazji typowej dla tego rodzaju "publicystyki", że nie należy wypominać drugiej stronie, jeśli robiła to samo. Sytuacja staje się zatem jasna. W dialogu są wprawdzie dwie strony, bo z formalnego punktu widzenia ma to jednak jakieś znaczenie, faktycznie zaś jedna z nich powinna milczeć i z pokorą przyjmować wszystko to, co wymyśli druga. Jak prawdę objawioną, i już. O ile przed laty fala nienawiści pojawiała się gdzieś na zewnątrz i tylko fragmentarycznie była ujawniana w kraju (żyło bowiem jeszcze zbyt wielu świadków historii, aby bulwersować opinię publiczną w Polsce), to dziś coraz częściej te ataki pojawiają się wewnątrz. Mamy przecież demokrację i wolność słowa, ponadto istnieją niezależne (kto chce - niech wierzy) media, żal więc z nich nie skorzystać. Papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko, nawet największe głupstwo. Czytelnicy jednak też i to również da się wytłumaczyć. Ci, którzy co nieco wiedzą, jak było naprawdę, nie bardzo mają gdzie wyrazić swoje opinie, zamieścić sprostowania, polemizować. Poprawne politycznie redakcje wiedzą, jak załatwiać taki "problem", że owszem, rzecz warta uwagi, ale... nie u nas. A gdzie? Jest wolność - odpowiadają. Proszę spróbować gdzie indziej. Inni - nie odpowiadają w ogóle i to jest metoda najbardziej skuteczna. A jeśli już gdzieś się uda? Też można się z tym "rozprawić" - od czego są bowiem różne stowarzyszenia i grupy chętne do piętnowania myślących inaczej? Jest kilka standardowych, zakłamanych epitetów, które zastępują polemikę... Pozostają więc ci, którzy nic nie wiedzą - i to do nich są głównie adresowane wszelkie teksty z nową, europejsko-światową wykładnią wszelkich "problemów". Wystarczy znany autor, modny tytuł i jakie takie pismo, aby sączyć "inne prawdy", półprawdy, nieprawdy. A jak już społeczeństwo porządnie nasiąknie tym kitem, będzie je można wycisnąć jak gąbkę. Nie z tej propagandy oczywiście, bo wyciskane będą korzyści bardzo przyziemne, a jakie one będą, to trzeba poczytać koniecznie prof. Normana Finkelsteina. (od red NW: patrz np.: "Literatura Przedsiębiorstwa Holokaust" lub "Przedsiębiorstwo holocaust") Na co (i jak) liczy Grynberg? Przykładem jest artykuł Henryka Grynberga, zamieszczony w marcowym numerze "Nowej ResPubliki". Dziwne to pismo - wychodzi, bierze dotacje, upada, bo nie bardzo może zdobyć czytelników, podnosi się (znów są fundusze), znów upada i jakoś się kręci. Grynberg zaczął z grubej rury, tytułując swe najnowsze dzieło: Historia polsko-żydowska. Redakcja charakteryzuje autora jako prozaika, poetę, eseistę i dramaturga. Poeta żyje częściowo w świecie fikcji, ma więc prawo do niekonwencjonalnych pomysłów. Może tworzyć coś, co się kupy nie trzyma. Ale wchodzenie w opisywanie historii wymaga nieco wiedzy i odpowiednich narzędzi. Topór i pohukiwanie to środki służące zupełnie innej profesji... Zacznijmy od arytmetyki, bo z tą autor od samego początku ma najwięcej kłopotów. Pisze bowiem tak: Holokaust przeżyła tylko jedna dziesiąta polskich Żydów, z tego tylko jedna dziesiąta w Polsce. Po pogromie kieleckim i pierwszej masowej ucieczce znów została tylko jedna dziesiąta. Po powrocie Gomułki i spółki kto mógł spakował walizki i znów została jedna dziesiąta. Po pogromie marcowym i z nich została tylko jedna dziesiąta. Rozłożenie tych wywodów na czynniki pierwsze i spokojne przyjrzenie się im pokazuje, jaką to "techniką" operuje Grynberg i do jakich głupstw dochodzi. Przed wojną w Polsce żyło około 3,5 mln Żydów. Jeśli wojnę przeżyła jedna dziesiąta, to było ich w 1945 roku 350 tysięcy. Po exodusie (spowodowanym według Grynberga pogromem w Kielcach) w lipcu 1946 roku znowu została tylko jedna dziesiąta, czyli już zaledwie 35 tysięcy. Gomułka i spółka - jak nazywa to autor - objęli władzę na skutek konfliktu "chamokomuny" z "żydokomuną" po śmierci Stalina i Bieruta w 1956 roku. Kto mógł, spakował walizki i znów została jedna dziesiąta - rzecze autorytatywnie Grynberg. Jeśli przyjmiemy to na wiarę, to w ówczesnej Polsce pozostało wówczas zaledwie 3,5 tysiąca Żydów. Tyle, co nic, ale sytuacja się komplikuje, albowiem do tego dziwacznego rachunku nie został wliczony jeszcze osławiony marzec 1968, po którym Polskę opuściło aż kilkanaście tysięcy Żydów (z owych 3500, którzy Grynbergowi pozostali na skutek wcześniejszego "odejmowania"). Po pogromie marcowym i z nich została tylko jedna dziesiąta. Już można się pogubić, ale idźmy tokiem myśli (?) autora - daje to wielkość rezydualną, czyli końcową, w postaci... 350 Żydów, którzy doczekali III RP. Mamy więc Polskę bez Żydów, składającą się wyłącznie z antysemitów? Tak, tyle że to nieprawda. Przekonanie o zdolności Żydów do rachunków może się okazać, jak widać na tym przykładzie, całkiem zawodne. Ponadto - widać brak koordynacji. Jeśli ofensywa idzie za szybko i za szeroko, padają przeróżne "argumenty" i używa się amunicji nieodpowiedniego kalibru, wszystko zaczyna się sypać w gruzy. Po 1989 roku do żydostwa przyznawało się oficjalnie (jakoby, bo trudno tu o jakiekolwiek konkrety) około 4200 osób w Polsce. Nie minęło kilka lat, a już gazeta "Chicago Tribune" twierdziła, że jest ich trzydzieści do czterdziestu tysięcy, a może nawet ponad 80 tysięcy. Wielce aktywny publicysta Konstanty Gebert alias Dawid Warszawski na łamach tejże "Chicago Tribune" tłumaczył, że to wcale nie jest dziwne. No tak, ale owo "potęgowanie" liczby Żydów dokonywane jest na użytek światowej, a nie krajowej opinii publicznej. I myślałby ktoś, że matematyka jest nauką ścisłą... Komu stalinizm nie straszny Poza rewelacjami z zakresu arytmetyki Grynberg obwieszcza inne sensacje: Tylko przez dziesięć lat - w całej historii Polski - Żydzi mieli naprawdę równe prawa z Polakami, ale uważa, że Polacy nie byli przygotowani na "wstrząs" okresu stalinowskiego w latach 1944-55 - jedynym w historii Polski okresie pełnego równouprawnienia Żydów - na Żydów w wojsku, UB i KC. Czyli raz tak, raz siak. Podczas gdy jedni łowcy "polskich antysemitów" idą w zaparte, negując negatywną rolę jakiegokolwiek Żyda w tamtym okresie, to Grynberg czyni odwrotnie: to wtedy - zdaje się bronić czarnej nocy stalinizmu - było Żydom dobrze. Przypomnijmy więc, o co chodzi: Polska Ludowa, którą ustanowili Sowieci w lipcu 1944 roku, nie była wolnym, demokratycznym krajem. Ci, którzy z nią walczyli, prowadzili działalność na rzecz niepodległego bytu Rzeczypospolitej Polskiej. Ci zaś, którzy Polskę Ludową współtworzyli (czytaj: okupowali), z komunistycznym aparatem represji na czele, są winni cierpień zadanych milionom ludzi. Bilans tamtego okresu jest bowiem przerażający: mimo zakończenia działań wojennych w Europie, na obszarze Polski dalej toczyła się wojna. Zginęło w niej kilkanaście tysięcy polskich partyzantów i członków lokalnej samoobrony, którzy padli w walkach w obronie swojej godności i swojej własności. Kilkanaście tysięcy ludzi funkcjonariusze służb komunistycznych zabili w aresztach i więzieniach, z tego "zaledwie" około 5 tysięcy na mocy zbrodniczych wyroków sądowych. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi padło w wyniku różnego rodzaju obław, pacyfikacji, działalności grup operacyjnych UB, KBW, MO i ORMO, zmarło podczas zsyłki na daleką Syberię... Ponad milion ludzi poddano represjom sądowym i pozasądowym. Z tego zaś "tylko" około dwieście czy dwieście pięćdziesiąt tysięcy zostało sądownie skazanych, reszta zaś gniła w więzieniach, aresztach i obozach pracy na podstawie - no właśnie, na jakiej podstawie? Kilku w rządzie, trochę w sądzie, i tych paru UB-eków Czy są w Polsce rachunki krzywd? Komuna w Polsce nie była żydowska - obwieszcza na wszelki wypadek Grynberg. Czyżby trzymali się z daleka od wszelkich wydarzeń? Weźmy na przykład skład Komitetu Centralnego tak zwanej "Polskiej" Partii Robotniczej z jesieni 1948 roku, przed przekształceniem jej w "P"ZPR. Słowo: "Polska" biorę w cudzysłów nie dlatego, że uważam tę partię za żydowską, nie. To była sowiecka agentura i musimy zawsze o tym pamiętać. Działali w niej różni ludzie, różnych narodowości. Funkcjonariuszy polskiego pochodzenia było najwięcej i nie da się tego zanegować. Ale jedna trzecia składu ówczesnego KC, gdy w najlepsze trwało utrwalanie władzy ludowej najbardziej krwawymi metodami, to byli towarzysze pochodzenia żydowskiego. Wtedy, gdy według Grynberga wszystkich Żydów w Polsce miało być zaledwie 35 tysięcy. I nie tylko o liczby tu przecież chodzi. Antoni Alster, Jakub Berman, Jerzy Borejsza, Julia Brystygierowa, Bolesław Gebert, Julian Kole, Wacław Komar, Franciszek Mazur, Zygmunt Modzelewski, Roman Romkowski, Eugeniusz Szyr czy Roman Zambrowski to nie byli jacyś tam członkowie KC - ci ludzie nadawali przecież oblicze "polskiej" odmianie stalinizmu. Co ciekawe, ci ludzie raz są Żydami, raz nie - zależnie od okoliczności. Liczni publicyści (obok nich - także ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss) starają się przedstawić to w ten sposób, że żydowskiego pochodzenia funkcjonariusze UB, sądownictwa, prokuratury, aparatu partyjnego - Żydami nie byli, bo byli wówczas komunistami. Ale jeśli ginęli z rąk podziemia, następowała jakaś "cudowna przemiana" - stawali się natychmiast ofiarami "polskiego" antysemityzmu. Stąd zapewne bierze się dziwaczna "dyskusja" o tym, że Polacy po wojnie, zamiast przystąpić ochoczo do kolaborowania z nową władzą, natychmiast przystąpili do pogromów Żydów. koniec części pierwszej. Grynberg dorabia do tego całą ideologię: Aryjskie papiery wyrabiano w Polsce nie tylko w czasie okupacji.(...) W przeciwieństwie do aryjskich papierów z czasów okupacji, te powojenne nikomu w końcu nie pomogły. Czyli - Żydzi ukrywali się od 1945 roku w Polsce ponownie na aryjskich papierach - przed kim? Niemców już nie było, odpowiedź jest więc prosta. Podczas wojny można się było jakoś przechować, po jej zakończeniu - już nie. Kto chce, niech nie wierzy - ale, że to Grynberg napisał w... polskojęzycznym periodyku ukazującym się w dzisiejszej Polsce, każdy może sprawdzić. Jak tak dalej pójdzie, dowiemy się wreszcie, że Niemcy przyszli do Polski we wrześniu 1939 roku wyłącznie po to, aby ludność żydowską ratować z naszych krwawych łap, co nie do końca im się udało. Jeśli zaś ktoś zacząłby się użalać nad krwawymi ofiarami stalinizmu, Grynberg ma dla niego "argument": marzec 1968 r. Dziesiątki ofiar śmiertelnych (samobójstwa, zawały, udary), tysiące ciężkich ran, które nigdy się nie zagoiły. I w ten sposób mamy - ofiary na ofiary, zarzuty na zarzuty. Jakkolwiek by liczyć, bilans i tak dla nas wyjdzie niekorzystnie, bo teraz jest moda przerzucania komunistycznych zbrodni i ekscesów na całe polskie społeczeństwo. Wydarzenia marcowe były bowiem według Grynberga najgorszymi prześladowaniami rasowymi od hitlerowskiej Rzeszy, tak jakby nie było choćby ludobójstwa podczas rozpadu Jugosławii (albo - jakby nie było ono ważne, bo ich ofiarą padli Chorwaci, Serbowie, Muzułmanie). I za marzec 1968 r. nie system jest winny, bo to nie jego wina, rzecze Grynberg: System się zmienił, ale nie ludzie - stwierdza z siłą wodospadu. III Rzeczpospolita: nie "Najjaśniejsza", lecz hitlerowska? W jego opisie dzisiejsza Polska, już ta niekomunistyczna, bardziej niż reszta Europy toleruje hitlerowców. Może więc i wolność dla nas to zbytek łaski? Przydałby się jakiś międzynarodowy (hm..., co za słowo) nadzór i długoletnie wychowanie? Przecież tu się nie da żyć: Trzydzieści lat po Marcu pobito ciężko na ulicy czternastoletniego chłopca za to, że jest Żydem. Policjanci pobili młodego kierowcę, którego nazwisko było im znane jako żydowskie. Twardy Izraelczyk uparł się, że przejdzie przez Polskę z wyszytą na koszuli gwiazdą Dawida, ale po dwóch dniach się wycofał z trasy. To mają być codzienne obrazki z naszego życia... I tylko dziwi fakt, że z III RP utrzymują stosunki dyplomatyczne prawie wszystkie kraje świata, co roku odbywają się tu Marsze Żywych, budujemy muzea żydowskie, zmieniliśmy - według życzeń - podręczniki szkolne. Wszystko na marne? Chyba tak, bo jak się wreszcie wyda, że to jest kraj nazistowski, spotka nas jakaś operacja "Kamień na kamieniu" - lub coś podobnego. Nie tylko Grynberg dochodzi do wniosku, że Żydom w Polsce jest coraz gorzej, a pogromy wiszą na włosku. Oto w jednym ze "świadectw żydowskich" (z 1999 roku) możemy przeczytać: Po zmianie ustroju w 1989 roku w Polsce popadłem ponownie w lęki i rozdwojenie jaźni. (...) Przyczyną jest legalizacja partii skrajnie nacjonalistycznych, głoszących oficjalnie antysemityzm. (...) W ogóle czuję się dziś tak, jak w punkcie wyjścia niniejszych wspomnień, kiedy to chłoptasie z Hitlerjugend, SS i różnych Sonderkommando, zaczynali swoje dzieło wprowadzenia w okupowanej Polsce nowego ładu w Europie. To nie żarty - to "świadectwo" Izydora Landesdorfera, wydane (także dzięki naszym podatkom!) przez Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej, a zredagowane przez red. Mariana Turskiego z tygodnika "Polityka". Teraz tylko Landesdorfera i Grynberga zacytuje kilka światowych agencji, przedrukuje kilka znanych i cenionych w wolnym świecie gazet, powoła się na nich kilku znanych uczonych (w dziełach poświęconych epoce holokaustu) i obraz będzie dopełniony. I niech ktoś spróbuje ten obraz podważyć, tym bardziej że nie braknie mu klakierów z łatką "moralnych autorytetów", cokolwiek by to miało znaczyć. A przecież to wszystko jest chore: porównywanie sytuacji Żydów w dzisiejszej Polsce do początków ich eksterminacji podczas II wojny światowej to kłamstwo, tyle że nie podpadające pod te kategorie, które są ścigane prawem. Mamy bowiem kłamstwo oświęcimskie (i nie jest ono tolerowane) oraz kłamstwo komunistyczne (za które na ogół nic nie grozi). A jak nazwać to, co przytoczyłem powyżej? Co Polacy zrobili Żydom na Syberii? Ma Grynberg też i inne zasługi na polu odkrywania "prawd", jego teoria jest bowiem taka, że obraz II wojny światowej był zupełnie inny niż nam się dotychczas wydawało. W sowieckiej strefie okupacyjnej i w głębi imperium Żydzi byli nie mniej niż Polacy prześladowani, więzieni i zsyłani do wszystkich kręgów Gułagu. Nie mniej, czyli może nawet więcej. Licytacja trwa. Czym są zatem te wszystkie relacje i dokumenty o wywózkach ludności polskiej na Syberię? A świadectwa (także - w dokumentach żydowskich: relacjach i wspomnieniach) o pomocy części Żydów udzielanej sowieckiemu aparatowi represji? Może środowiska żydowskie uznały, że już czas dokonać rewizji i w tej dziedzinie... Na przykład będzie tak: to Żydzi jechali wówczas na Syberię i do łagrów, a Polacy w NKWD i ochotnicy ich wyłapywali. Brzmi całkiem nieźle! Po stalinowskiej "amnestii" było im jeszcze gorzej, albowiem Żydzi byli dyskryminowani w Związku Sowieckim przez polskie instytucje cywilne i wojskowe w Rosji bardziej niż w przedwojennej Polsce - nie wiemy tylko, czy Polacy urządzali im tam krwawe pogromy, czy zamykali ich w turmach. To jeszcze rzecz do ustalenia. Ale wiemy już, co robiono z Żydami u gen. Władysława Andersa: Antysemityzm przycichł podczas kampanii włoskiej, ale wzrósł ponownie, "kiedy do wojska napłynęli akowcy z niemieckich obozów jenieckich i folksdojcze z byłej armii niemieckiej (...) 25 tysięcy, prawie sami Ślązacy" - wspomina żydowski weteran. Ot, i wszystko jasne. To ta wstrętna Armia Krajowa była temu winna, na równi z folksdojczami. Czy można się więc dziwić, że Niemcy zwalczali AK? Wszak było za co. Niech nas nie dziwi zatem sposób pisania o Armii Krajowej, praktykowany za oceanem, że była to "nazi-AK". I tylko ten szlachetny Wehrmacht i Waffen-SS tak długo i bohatersko stawiali jej opór... Im głębiej w las, tym mniej drzew Ale Grynberg nie potrzebuje zbyt wielu pomocników, aby się nimi podpierać - sam wszystko wie lepiej. W świętym gaju Yad Vaszem jest najwięcej polskich drzewek, ale w stosunku do liczby Żydów powinno ich być nie kilka tysięcy, lecz kilkadziesiąt tysięcy. I byłoby, gdyby nie szmalcownicy i inni donosiciele. Powinno być, ale nie ma i nie będzie tylu drzewek dla Polaków, choć spełniamy surowe kryteria, narzucone przez stronę żydowską. Gunnar S. Paulsson, który od lat bada rzetelnie to zagadnienie, doszedł do wniosku, że los 27 000 Żydów ukrywających się w Warszawie zależał od 50-60 tysięcy ludzi, którzy zapewniali bezpieczne schronienie i 20-30 tysięcy niosących pomoc w innej formie (...). Ilu z nich ma takie drzewka w Yad Vashem? Znikomy procent. A jak było z tymi szmalcownikami? Według Paulssona, ofiarą szantażystów, agentów policji i elementu antyżydowskiego padało 2-3 Żydów miesięcznie (cyt. za: G. S. Paulsson The Rescue of Jews by Non-Jews in Nazi-Occupied Poland, w: "The Journal of Holocaust Education" nr 7 z 1988 r.). Czyli nie tylko szmalcowników, a należy uwzględnić - czego Grynberg przezornie nie bierze pod uwagę - szmalcowników żydowskich. Im przecież, z racji lepszego rozpoznania środowiska współbraci, łatwiej było dotrzeć do kryjówek i zdobyć informacje. Komu można było łatwiej uwierzyć, jak nie "swoim"? Ich ohydne "dzieło" idzie jednak dzisiaj na konto Polaków, a pamięć o prawdziwym kontekście wydarzeń odchodzi wraz z ostatnimi świadkami. Mimo że są źródła pisane (przez samych Żydów - niedoszłe ofiary i świadków), to nie jest to przypomniane. Dla "jasności" obrazu zapewne, bo w takim świetle łatwiej osiągnąć założony kontrast: Żydzi są "cacy", a Polacy "be". "Dokumenty" - są czy ich nie ma? Co robi Grynberg, aby zwielokrotnić efekt swoich wywodów? Przywołuje "źródła", które mają go uwiarygodnić: Joanna Tokarska-Bakir przytacza dokumenty, według których AK miała na liście 60 tysięcy szmalcowników w samej Małopolsce (Obsesja niewinności; "Gazeta Wyborcza" z 13-14 stycznia 2001 r.). Sięgam do wskazanego numeru "Gazety Wyborczej" i stwierdzam, że wskazane "źródło" chyba nagle wyschło, bo w artykule J. Tokarskiej-Bakir nie ma żadnych dokumentów! Ot, co znaczy potęga słowa: po co to badać, wystarczy się na kogoś powołać. Ten ktoś też się na kogoś powołuje (Tokarska-Bakir napisała we wskazanym artykule, że tak twierdzi... w liście do gazety niejaki Jacek Myczka) i już można z tego zrobić "dokument". A że fałszywy? To nie ma znaczenia. Tym gorzej dla faktów - jak zwykł mawiać pewien autorytet moralny lewicy. Podsumujmy: Grynberg pisze, że Tokarska-Bakir przytacza dokumenty. Tokarska-Bakir ich nie przytacza (bo nie ma takowych), ale powołuje się na jakiś list jakiegoś czytelnika. Tak powstaje fakt prasowy, a dokładniej: "Gazetowy". Uczeni całego świata mogą już bez obaw cytować Grynberga, bo przecież są... dokumenty. Trochę to skomplikowane, ale chyba właśnie o to chodzi. Siła nienawiści Ten festiwal nienawiści trwa, ma miejsce codziennie i można się spotkać z jego przejawami na każdym kroku. Grynberg nie jest jedyny i nie jest najgorszy - o tym mogliśmy się już wielokrotnie przekonać. Jakiekolwiek apele o "dialog", próby porozumienia czy zrozumienia są z góry skazane na zagładę, o ile nie uwzględniają w całości postulatów strony żydowskiej. A jakie one są - można się o tym przekonać choćby z artykułu Grynberga. Dziś wszystko, co odchyla się choćby na jotę od tych postulatów, nazywane jest antysemityzmem. Słowo to zrobiło zawrotną karierę i działa jak wytrych w rękach sprawnego złodzieja. Coraz częściej antysemitą staje się ktoś, kogo nie lubią Żydzi, lub ktoś, kto usiłuje bronić, choćby najbardziej taktownie, swoich racji. W toczonym bez skutku "dialogu" polsko-żydowskim celem drugiej strony jest prawie wyłącznie usilne poszukiwanie wiernych, bezgranicznie oddanych sojuszników do walki z "polskim antysemityzmem". Tacy sojusznicy są w stanie oddać nieocenione usługi stronie żydowskiej - ich głos na ogół przechyla szalę dyskusji, sprowadzając ją na manowce. O co w tym wszystkim chodzi? - nie o to chodzi, by złapać króliczka... Co dalej? Czas pokaże. Być może te głosy po stronie żydowskiej, dziś nieliczne i słabo słyszalne, które dążą do zastąpienia żydowskiej mitologii "prawdą o historii Żydów" (jak nazwał to swego czasu prof. Norman Cantor na łamach "The Sunday Times") - staną się mocniejsze i będą podstawą dialogu? Dziś jednak nie ma jeszcze ku temu warunków. W atmosferze dyktatu, straszenia i nienawistnych kłamstw rozmawiać się nie da. Leszek Żebrowski, Nasza Polska, 2003-04-09 |