|
|
|
Zaczęło się w 1965 roku. Zostałem właśnie wezwany do księdza Prymasa, pracowałem już wtedy na KUL-u w Lublinie. Wcześniej kilkakrotnie byłem wzywany i proszono mnie o wyjaśnienia w sprawie terenów wschodnich. Myślałem, że teraz też o to chodzi. Tymczasem ks. Prymas powiada, że Ojciec Święty mianował mnie biskupem przemyskim. Przestraszyłem się, ponieważ miałem poczucie rzeczywistości, w jakich czasach żyjemy. Gdy w Olsztynie byłem duszpasterzem akademickim w Wyższej Szkole Rolniczej i uczyłem w seminarium, tamtejszy ksiądz biskup podał mnie jako kandydata na proboszcza. Wtedy władze państwowe postawiły mi potrójny zarzut. Propozycja księdza Prymasa była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Wyraziłem swoje obawy - czy w takiej sytuacji: państwa, ówczesnych władz, Narodu - dam radę, w szczególności w takiej diecezji jak przemyska, której nie znałem? Ksiądz Prymas powiedział: "Niech się ksiądz nie boi, nie będzie ksiądz sam". Innego wyjścia nie miałem i zgodziłem się. Z Bogiem nie przegram Wyjechałem wtedy na tydzień do klasztoru OO. Bernardynów w Leżajsku, aby przemyśleć plan działania, swoją strategię, możliwości. Dość dobrze orientowałem się w sytuacji, nie tylko od strony teoretycznej (istota komunizmu, marksizmu itd.), ale tak samo od strony praktycznej; znałem historię naszego społeczeństwa. W ciągu tego tygodnia najpierw pomyślałem: jestem rzucony na głęboką wodę, jestem człowiekiem, który jest sam, samotny. Stanęło przede mną ogromne zadanie. Nie mam ani przyjaciół, ani nikogo, na kim mógłbym się oprzeć. Zresztą i najlepsza przyjaźń by nie wystarczyła. Więc powiedziałem sobie: mnie tylko zostaje Pan Bóg. Kiedy się na Nim oprę, będę się trzymał konsekwentnie, mogę wiele wycierpieć, ale nie przegram. Dlatego w mojej pieczęci biskupiej jest Dekalog i hasło programowe: Deus Caritas - Bóg jest Miłością. Przylgnąłem do najgłębszej prawdy chrześcijaństwa i równocześnie do najpewniejszego drogowskazu, jakim jest Dekalog. Tak duchowo się przygotowałem, nim zacząłem swoją działalność. Konsekracji udzielił mi ksiądz Prymas w asyście dwóch biskupów pomocniczych przemyskich. Uważałem, że jestem w obcym terenie, i władzy, chociaż uznaje mnie za wroga, okażę ludzką życzliwość i uszanowanie. Zdecydowałem, że złożę wizytę przewodniczącemu WRN w Rzeszowie. Przyjechałem. On, nasrożony, od razu mnie zaatakował za to, co powiedziałem w swoim przemówieniu w czasie ingresu 6 lutego. Powiedziałem wtedy, że w sprawach prawdy, wiary nie będzie żadnego kompromisu, bo żyjemy w czasach nienormalnych (użyłem tego wyrażenia). Przewodniczący zarzucił mi, jak można mówić o nienormalnych czasach i oburzony aż poczerwieniał z gniewu. Zapytałem: Panie przewodniczący, czy normalną jest rzeczą, że muszę dawać oficerom śluby po nocy w zamkniętym kościele? Czy normalne jest, że kierownik szkoły musi zawieźć swoje dziecko do kościoła do babci na dziesiątą wieś, tak żeby nie wiedziały o tym jego szkolne władze? Właśnie o tym myślałem, mówiąc, że nie mamy czasów normalnych. Oczywiście on przez jakąś swoją ograniczoność i brak kultury od razu mnie zaatakował i dał mi w ten sposób potężny atut do ręki. Kiedy na spotkaniach znowu mnie atakowano, mówiłem: wyszedłem naprzeciw, a jak wyście mnie potraktowali? Myślicie, że z chłopakiem macie do czynienia i będziecie besztać go bez żadnych podstaw? Po tym zaczęło się... Oczywiście podstawowym zadaniem było poznanie terenu, więc poświęciłem na to pierwszy rok. Prywatnie, z mapami i szkicami objechałem całą diecezję. Wiedziałem bowiem, że są braki. Nierównomiernie rozłożone obowiązki duchowieństwa - Bieszczady upośledzone - napłynęli nowi mieszkańcy, kościoły są rzadko rozmieszczone. Miasta nasze rosną, Rzeszów pęcznieje. Przed wojną to miasto miało 30 tys. mieszkańców. Wtedy kościółki, które tam istniały, wystarczały. Część ludności była zresztą żydowska i miała swoje bożnice. Dziś sytuacja jest zmieniona, Rzeszów staje się miastem przemysłowym - rozrasta się. Wtedy postanowiłem, że pierwszym moim posunięciem będzie zbliżenie ołtarza do ludzi. Na podstawie badań socjologicznych zdawałem sobie sprawę, że aby parafia żyła jako wspólnota, dobrze funkcjonowała, w mieście nie może liczyć więcej niż 10 tys. osób, w przeciwnym razie staje się anonimową masówką. Bardzo dobra parafia to 6-7 tys. mieszkańców, wtedy ludzie się znają, a kapłani mogą działać dobrze. Na wsi zaś do kościoła nie powinno być dalej niż 2-4 km, ażeby wierni mogli z łatwością do niego dotrzeć. Trzeba było więc uzupełnić sieć kościołów parafialnych oraz filialnych, które w terenie spełniają te same funkcje co parafia, z tym że duszpasterze dojeżdżają (drogi są możliwe, auta do dyspozycji, więc nie ma żadnego problemu). Łatwiej jest jednemu księdzu dojechać, niż setkom ludzi iść parę kilometrów - osobom starszym, dzieciom czy młodzieży. Zacząłem to realizować. Komisja Wspólna i powrót religii do szkół Oczywiście z tym swoim planem nie kryłem się i już po roku, kiedy umarł ks. bp Klepacz, na Konferencji Episkopatu ksiądz Prymas powołał mnie na jego miejsce do Wspólnej Komisji Kościelno-Państwowej. Wtedy wybuchła właśnie pierwsza, wielka burza - zerwano wszystkie kontakty, żądano od ks. Prymasa, by wycofał moją kandydaturę. Taki stan trwał do końca lat 80., kiedy to Komisja zaczęła funkcjonować. Wtedy był Okrągły Stół, premierem został pan Mazowiecki. Przeproszono mnie i premiera i zaczęliśmy współpracować. Zbieraliśmy się kilkakrotnie w ciągu roku. Byłem współprzewodniczącym ze strony Kościoła, a profesor Samsonowicz współprzewodniczącym ze strony władzy państwowej. Jednym z pierwszych moich działań było doprowadzenie do powrotu religii do szkół. Oczywiście w Komisji Wspólnej były rozmaite opinie, niektórzy twierdzili, że należy zaczekać, aż Sejm to uchwali. Ja natomiast byłem świadomy, że jeśli to wszystko się odłoży, to do tego nie dojdzie, bo są po tamtej stronie bardzo silne opory. Powiedziałem: proszę panów, głosicie, że nastaje epoka Polski demokratycznej. Jeśli ta Polska ma być rzeczywiście demokratyczna, to niech społeczeństwo katolickie i rodzice mają jakiś głos. Jeśli nie chcecie, to stawiam wniosek - ogłosić plebiscyt. Nie chcieli, może zlękli się? Wtedy minister Samsonowicz na własną rękę zgodził się wprowadzić religię do szkół. Nie wszyscy, nawet w Episkopacie, wierzyli, że się to uda, bo opory były duże, była cała akcja. Rok czy dwa po powrocie religii do szkół pojawił się u mnie red. Michnik (spotykaliśmy się wcześniej, w okresie stanu wojennego) z tezą, że to złe posunięcie, nawet dla Kościoła. Podejmując temat, powiedziałem: proszę pana, w przemyskiej diecezji dalibyśmy sobie radę nawet bez wprowadzenia religii do szkół. Mamy sale, domy katechetyczne, mamy przygotowanych ludzi... Ale pan jest z Warszawy i pan powinien wiedzieć, że w Warszawie istnieją parafie po 100-150 tys. (teraz już mniejsze, kościołów już trochę wybudowano) i całe pokolenia nie miały kontaktu z Kościołem, z religią. Przecież Warszawa to centrum, w stolicy mieszka 70 proc. ludzi kultury, dziennikarzy, naukowców, którzy nie mieli możliwości uczęszczać na katechezę. Jeśli parafia liczy 100-150 tys., a takich parafii było na Pradze i w centrum kilka, cóż tu mówić o zajęciu się dziećmi czy o I Komunii Świętej, to wszystko było nierealne. Michnik mi wtedy powiedział: "Będziecie tego żałować", i dał mi do zrozumienia, że rozpoczną jakąś akcję, by w wielkich miastach buntować młodzież. Potem życie pokazało, że w niektórych większych ośrodkach, zwłaszcza w Warszawie, dola katechetów była bardzo ciężka, a praca nerwowa. Niektórzy nie wytrzymali, bo tak wszystko robiono, aby ten powrót uniemożliwić. Dzisiaj, po kilkunastu latach, powróciła ta tradycja, nikogo się nie zmusza do niczego, a jednak większość młodzieży ma kontakt z religią. Tak jak całe szkolnictwo ma duże braki, tak samo i nasza katecheza nie zawsze jest doskonała - też ma swoje braki. Robi się jednak wszystko, aby ją udoskonalić - podnieść jej poziom. Nawet wśród nauczycieli dzisiaj bardzo się pogłębiło zrozumienie, bo z początku w niektórych kwestiach były wielkie trudności. Tak właśnie się to zaczęło... Ponieważ Przemyśl jest bardzo daleko od Warszawy, ciężko było dojeżdżać na te spotkania, więc po roku, kiedy religia wróciła już do szkół, zrezygnowałem z przynależności do Komisji. Zajął się tym już ktoś inny, a ja mogłem całkowicie poświęcić się sprawom diecezjalnym. Kiedy zmarł ks. bp Klepacz i powołano mnie do Rady Głównej, zaczęły się protesty. Żeby zastraszyć Episkopat, chciano nawet likwidować niektóre seminaria, m.in. w Przemyślu. Ksiądz Prymas zwołał posiedzenie - co robić? Wtedy, na tym posiedzeniu, powiedziałem: - Proszę ks. Prymasa, zmontujmy delegację do ministerstwa. Jestem gotów jej przewodniczyć. Powiem, że to dla nas sprawa tak zasadnicza, że użyjemy wszystkich możliwych środków, więc niech nie będzie żadnych pretensji. Poszliśmy. Jakiś urzędnik przyjął nas, a ja mu pięścią w stół dokumentowałem: - Proszę pana, żebyście nie mieli do nas pretensji, że my chcemy wojny; wszystko zrobimy, aby wasze działanie zablokować. I rzeczywiście, żadnego seminarium nie zlikwidowano. Sytuacja się jednak zaogniała. Ksiądz Prymas na Komisji Głównej wysunął projekt, że trzeba jeszcze raz napisać obszerny memoriał do władz państwowych, do partii. Memoriał spokojny, ale rzeczowy. Poproszono mnie, bym taki projekt przygotował. Gdy to uczyniłem, jeszcze odbyła się nad nim dłuższa dyskusja, potem były jednak rozruchy studenckie w 1968 r. i ksiądz Prymas zdecydował, żeby odłożyć sprawę na kilka miesięcy. Wreszcie cała Komisja Episkopatu to pismo do rządu wysłała. Memoriał miał trzy części: pierwsza opisywała przyczyny sytuacji w Polsce: - marksizm: stara, XIX-wieczna doktryna materialistyczna. Nigdy nie pasowała - a zwłaszcza dzisiaj - do sytuacji europejskiej. Chce się ją narzucać całemu społeczeństwu. My nikogo siłą nie chcemy nawracać. Partia chce istnieć - niech istnieje, ale na koszt własny, swoich członków. Natomiast niech nie przywłaszcza sobie ani struktur obywatelskich, ani pionu nauczycielskiego, ani wojska, bo wszystko wprzęgnięte jest w to działanie ateistyczne; - partykularyzm. Partia jest przeciwieństwem słowa Patria. Patria to jest całość ojczyzny, partia to jej cząstka. Wy, będąc partią, jak sami uznajecie - cząstką, chcecie całością kierować. Chcecie być partią komunistyczną, bądźcie, to jest wasza sprawa, ale nie zastępujcie słowem partia słowa Patria; - brak szacunku dla prawa, traktowanie własności ekonomicznej jako swojej, obywatele nie mają żadnego głosu itd. Wymieniłem przyczyny, uzasadniając je historycznie i sytuacją obecną. Druga część tego memoriału skupiała się na naszych postulatach: Nie domagamy się żadnych przywilejów. Chcemy, żeby społeczeństwo katolickie, wierzące, miało takie same prawa jak wszyscy. Chcemy równości, sprawiedliwości, praworządności. To szczegółowo wyjaśniłem. Na trzecią część składało się kilkanaście punktów opisujących wszystkie nadużycia władzy w stosunku do Kościoła, Narodu, społeczeństwa. Wszyscy księża biskupi posłuchali, podpisali i poszło. Cała sprawa jeszcze bardziej się wtedy zaostrzyła. Rozmowy w Watykanie Najciekawszy moment był w latach 70. Proszę pamiętać, że w połowie tych lat wszyscy wiedzieli, że Ojciec Święty Paweł VI zbliża się do końca swojego życia, ksiądz Prymas był już po pierwszej operacji. Partia chciała sobie przygotować w jakiś sposób grunt w tej sytuacji. W Rzymie chcieli mieć wpływ na to, kto będzie następcą Pawła VI, podobnie w Polsce. W tym czasie byłem w Rzymie i wezwano mnie do Sekretariatu Stanu, tj. najwyższego urzędu w Kościele po Ojcu Świętym. Widziałem się z Pawłem VI, ale nic o tych sprawach nie mówił. A w Sekretariacie Stanu ks. abp Poggi, który bywał w Polsce, poprosił mnie, abym zmienił stosunek do władz, bo stanowi to przeszkodę i nie możemy się dogadać, a sytuacja właśnie tego wymaga. To był moment w moim duszpasterstwie czy moim biskupstwie najtrudniejszy, bo człowiek ma szacunek dla Pana Boga, wie, kim jest Papież, wie, czym jest Kościół, ale z drugiej strony wie, czym jest prawda, czym jest sumienie, wie, czym jest znajomość rzeczy, sytuacji. Powiedziałem: - Proszę, ja tego nie mogę zrobić. Uważacie, że szkodzę, to mnie zwolnijcie. Nie będę miał żadnych pretensji, żadnego żalu. Jakąś pracę znajdę - to, co będzie mi odpowiadało, i na co warunki będą pozwalały. Ale ja się na to [ustępstwa] nie zgodzę. Zmienić się nie mogę, bo to nie jest awanturnictwo; ja nikogo nie atakuję, ja tylko się bronię, kiedy władze, partia atakuje nas - społeczeństwo, Kościół. Poszedłem na kwaterę. Na drugi dzień jeszcze raz wezwał mnie Sekretarz Stanu. Przyszedłem z tłumaczem (oczywiście język włoski rozumiałem, ale głównie w piśmie; nie byłem w nim na tyle biegły, by rozmawiać). Tym razem był już nie tylko ks. abp Poggi, ale i ks. abp Casaroli - szef Poggiego. I znowu do tego tematu wrócili. Większe grono, wyraźniejszy nacisk. Powiedziałem im znowu: - Proszę Panów, sumienie jest dla mnie dyrektywą. Uważam, że sumienie moje jest zorientowane, nie wypaczone, oświecone, dlatego nie mogę wbrew swojemu sumieniu postąpić. Uważacie, że szkodzę - zwolnijcie mnie. Wtedy wysunęli projekt, abym poszedł do kardynała Villot, który był Sekretarzem Stanu, drugą osobą po Papieżu. Miałem już dość tego gadania i powtarzania i zrobiłem wrażenie takiego dosyć buńczucznego. Powiedziałem: - A co on będzie mi mówił? - To, co my - usłyszałem. - To wy powiedzcie mu to, co ja mówię - powiedziałem. I poszedłem. To były ostatnie chwile Pawła VI; był już schorowany - cień człowieka, choć intelekt bez zarzutu; po prostu czuło się, że lada moment odejdzie. Oni już sobie tak wszystko przygotowali, żeby mieć wpływ na to, kto będzie zasiadał po Pawle VI i tak samo po księdzu Prymasie. Kiedy po Janie Pawle I wybrano naszego Papieża, przyjechał kiedyś ks. abp Poggi do Przemyśla. Przywitałem go. Potem wspólny obiad - zaprosiłem księży itd. A on w czasie obiadu przeprosił za to, że tak na mnie naciskał. Ja powiedziałem: - Proszę księdza arcybiskupa, nie mam żadnych pretensji. Wiedziałem, że ks. arcybiskup jest tylko wyrazicielem polityki wschodniej Pawła VI i jego otoczenia, spełnia to, co polecono. Odpowiedział: - Ksiądz miał rację, ksiądz wiedział to, czego myśmy nie wiedzieli. Kilka lat później zmarł ks. kard. Casaroli, ale jeszcze przed śmiercią wygłosił w setną rocznicę urodzin Pawła VI referat na temat: "Jak wyglądała myśl polityczna w Europie Zachodniej przed pontyfikatem Jana Pawła II". Głosił, że tak zachodni świat, jak i Watykan uznawał, że potęga Sowietów jest tak wielka, że właściwie nie było w najbliższym czasie szans ani perspektyw, żeby się to zmieniło. Czytając to, uświadomiłem sobie w pełni, jak bardzo odmienne były moje poglądy na te sprawy. Polski Episkopat był zasadniczo jednomyślny, jeśli chodzi o widzenie komunizmu, totalitaryzmu itd.; tego, co potem prezydent amerykański nazwał "imperium zła". Ale powstaje pytanie, jak się z tym Imperium Zła znaleźć każdego dnia, każdego roku, jak tu postępować? Ksiądz abp Casaroli rozwiązywał ten problem w ten sposób, że stosował zasadę "małych kroczków". Wydał przed śmiercią książkę, pamiętnik zatytułowany "Męczeństwo nadziei" i opisał wszystkie swoje podróże - po Rumunii, Czechosłowacji, Węgrzech... Klasyfikował np., jaka była forma kulturalna delegacji rządowych. Najbardziej brutalni byli Czesi, na drugim miejscu Polacy. Najbardziej uprzejmi, kulturalni na zewnątrz - Węgrzy. Przewidział rozpad komunizmu W tym czasie, kiedy naciskano mnie w Rzymie, były też naciski na ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Zwołano pilnie Radę Główną. Ksiądz Prymas, będący pod wielką presją, zapytał mnie, czy nie zmieniłbym swojej postawy. Odpowiedziałem pytaniem: - W czym? Przecież ja nie atakuję i nie zaczepiam, ale bronię. Pamięta ks. Prymas, jak mi nominację wręczał? Jak się wtedy trwożyłem, czy dam radę? Jeśli uważacie, że ja naprawdę szkodzę - nie jestem nieomylny, to zwolnijcie, ale ja się nie zmienię, bo byłaby to zdrada. Znam komunizm praktycznie i teoretycznie. Mój dom rodzinny był 30 km od Zbrucza. Tam jeździliśmy na wycieczki. To był okres kołchozów, po drugiej stronie rzeki widziało się inny świat. Ci sołdaci w kryjówkach... Niszczenie Polaków katolików i wywożenie ich jeszcze przed II wojną. To wszystko widzieliśmy. Jako biskup miałem kiedyś wykład w KIK-u wrocławskim. Prezes, profesor uniwersytetu, zapytał mnie, jak będzie wyglądać najbliższa przyszłość. Była to połowa lat 70. Powiedziałem mu, co myślę. On powiedział: - No dobrze, ale czy ksiądz biskup nie fantazjuje? - Zbliża się do końca stulecie i Związek Sowiecki nie będzie już tym samym, czym jest. Zacznie się proces rozpadania, który będzie trwał, a najwcześniej oderwą się państwa największe, różniące się narodowością i kulturą. Jak to udowodnię? To nie jest żaden dar proroctwa ani jakaś fantazja - patrzę na realia bardzo trzeźwo. Jestem w Przemyślu niecałe 10 km od granicy, przykładam ucho do tej ziemi i słyszę, co się tam dzieje - odpowiedziałem. Oczywiście miałem kontakty nieoficjalne, ludzie przyjeżdżali, pytali. Ledwo się w Przemyślu pojawiłem, opowiadano mi o zmianie postawy szerokiego społeczeństwa w Związku Sowieckim, polegającej na tym, że przestali wierzyć telewizji i radiu, i propagandzie. A dzięki czemu? Mimo że Związek Sowiecki był otoczony wielkimi urządzeniami zagłuszającymi i od zachodu, i od południa, i od Dalekiego Wschodu, kto był cierpliwy i chciał prawdy, to bębnienie i huczenie jakoś przetrzymał i zawsze coś usłyszał. Chłop sowiecki nie jeździł za granicę, bo nawet paszportu nie miał, podobnie robotnik. Jeździli partyjni, którzy mieli prawo, mieli paszporty, mieli pieniądze. Oni porównywali Rosję i sytuację społeczną na Zachodzie. Bili na alarm. Opowiadano mi taką historię: Podróżujący po Ukrainie przed Kijowem widzą, jak pastuch pędzi galopem stado bydła przez kołchozowe pole. Pasażerowie z auta pytają, czemu on tak męczy te krowy. Odpowiada, że to wyścig z Ameryką. Widziałem ten rozpad w przyspieszonym tempie, to wszystko szło w postępie geometrycznym. Rosja, chcąc się ratować, musiała coś zmienić. Przyszedł Gorbaczow - rzucił grudkę śniegu i powstała lawina głasnosti, pierestrojki. Ta lawina spowodowała, że zaczął się proces rozpadu ZSRS. Widziałem to. I dlatego kiedy przeczytałem referat ks. abp. Casaroliego, zobaczyłem, jak on oceniał Zachód, przyszłość Wschodu, pomyślałem: "Można być dyplomatą, można być wykształconym, a nie widzieć tych prostych rzeczy...". A ja to widziałem. Byłem przekonany, że to nadchodzi, bo przecież głód, kołchozy itd. - dokąd to wszystko można ciągnąć? No i to, co przepowiadałem, spełniło się. To właśnie najbardziej bolało naszych komunistów i dlatego skarżyli się w Rzymie i żądali mego usunięcia. Zanim jeszcze zacząłem pracę, obrałem taką specjalną taktykę. Miałem rozmowę nie tylko z wyznaniowym Skarżyńskim, ale też z wicepremierem Wincentym Kraśką - zaprosili mnie we trzech na specjalną rozmowę i pytali, czego ja właściwie chcę. Odpowiedziałem: - Panowie, przeprowadźcie rozdział ateizmu od państwa, a zniknie 90 proc. problemów. Chcecie być komunistami, bądźcie, ale po co ta wzajemna walka? Wy będziecie mieli spokój i my będziemy mieli spokój. To jest jedna rzecz. A jeśli chodzi o budowę kościołów - chciałem uszanować te ich dekrety... "Nie bójcie się" W Jaśle był potrzebny kościół. Napisałem więc do województwa. Odpowiedziano: "Nie"; kościołów jest za dużo, nie ma potrzeby. To jest kraj socjalistyczny. Zapytałem Warszawę, Warszawa zatwierdziła decyzję z województwa. Wtedy powiedziałem: Więcej nie proszę. Na płaszczyźnie religijnej prawo Polski Ludowej jest bezprawiem, ubranym w szaty prawa. Taką tezę głosiłem. Ludzie byli przestraszeni. To było wynikiem dwudziestu kilku lat tego "wychowawczego" działania, straszenia. Kiedy głosiłem homilię, patrzyli, co to biskup czyni? Podpala świat? Co z tego wyniknie? Gdy zobaczyli wielkość tego, co się dzieje, sami występowali z inicjatywą i wspierali. Jednocześnie na płaszczyźnie religijnej prostowaliśmy ludzi, a jeśli oni byli wyprostowani na płaszczyźnie religijnej, to także na płaszczyźnie obywatelskiej i politycznej. Dojrzewali, przestali się bać. Kiedy nasza strona przestała się bać - oni zaczęli. Nawet podczas moich podróży po diecezji wszystko nagrywali, dokumentowali. Kiedyś wieczorem wracałem samochodem z jednym księdzem. Zatrzymał nas patrol. - Kto jedzie? - Biskup. - Jedźcie spokojnie. Już nawet nie zaczepiali mnie, był ten lęk, już opinia o niezwyciężoności władzy, ta ich pewność siebie została przełamana. Mieliśmy taki bolesny moment. To było zburzenie kościoła nad zalewem, w Bieszczadach, w Wołkowyi. Parafia jedna z najstarszych w Bieszczadach, obejmująca kilkanaście, nawet kilkadziesiąt wsi. Był tam XIX-wieczny murowany kościół. Jest zalew, więc kościół przeznaczyli do rozbiórki. Tylko dolna część miejscowości miała być zalana, górna nie. Zwracaliśmy się do Warszawy, Rzeszowa z prośbą o przeniesienie kościoła: - Nie marnujcie tego. My przeniesiemy, jeżeli nie stać was, by dać parafii w tych stronach, ważnych z punktu widzenia narodowego i społecznego, trochę desek. Jeszcze rok po zatopieniu kościoła, zalaniu materiału, były rozdawane fotografie... Doszedł jeszcze wątek dzieci, maturzystów - nie dopuszczali ich do matury, chcąc złamać rodziców, którzy mocno stali za nowym kościołem. Podtrzymywałem ich na duchu: "Nie bójcie się"... Takie były to tereny. Przyszedłem do diecezji, była pierwsza Wielkanoc. Na Wielkiej Pętli jest miejscowość Wetlina - przed Ustrzykami Górnymi. Jeszcze tego nie widziałem. Miałem wieczorem Rezurekcję w farze rzeszowskiej, rano w niedzielę w Przemyślu. Dostałem telefon z Wetliny (Wetlina należała do parafii Cisna, oddalonej o ok. 20 km). Dzwonili do proboszcza, nie bardzo miał czym przyjechać. Poza tym sytuacja jakaś niepewna. Więc zadzwonili do kurii, żeby ksiądz biskup zadziałał, żeby ktoś przyjechał i poświęcił potrawy wielkanocne. Proboszcz miał im odpowiedzieć: do kogo tam jechać, tam same pijaki. Pracowali w lasach, nie było tam żadnego prywatnego kąta, wszystko państwowe. Więc dałem znać, że ja pojadę. Potem z Wetliny udam się do Rzeszowa na wieczorną Rezurekcję. Poznałem sytuację z proboszczem. Niedługo potem państwo sprzedawało poniemiecki barak. Został zakupiony i zaadaptowany na kaplicę. Rozeszły się pogłoski o tym, że cała Rzeszowszczyzna, zwłaszcza Przemyśl, zostanie przyłączona do Związku Sowieckiego. Gdzieś w Lesku znaleziono radiostację ukraińską, na granicy broń - takie fantastyczne historie. Więc wołam proboszczów i pytam, co tam znaleźli. - Znaleziono stary grób żołnierza austro-węgierskiego z metalową metryczką. To była cała broń. A w Lesku? Cóż tam w Lesku obserwować? Jaka instytucja szpiegowska? Powiedziałem księżom: mówcie wszystkim, że powracamy do Lwowa. Niech na jedną plotkę idzie druga plotka. Oni to zrozumieli. Komuna panuje wtedy, kiedy jest chaos. To dla nich raj. Tak to szła praca... Pewien lekarz laryngolog w Przemyślu (już nie żyje) był u mnie i powiedział: - Proszę księdza biskupa, dam księdzu radę. Mam bardzo przykre doświadczenia z telefonem. Co dnia jakiś ubek dzwoni i głupstwa wygaduje, przeklina. Ja się denerwuję, do rana nie mogę zasnąć. Niech ks. biskup nie sprawia sobie telefonu. Będzie miał spokój. Rzeczywiście, do dzisiaj nie mam prywatnego telefonu. Mam tylko przez kurię. Uświadomiłem sobie, jak niszczyli anonimowo telefonami ks. biskupa Wilczyńskiego w Olsztynie. On podejmował dyskusje. Widzieli, że to chwyta, i jęli jeszcze bardziej go gnębić. To samo było z ks. biskupem w Częstochowie. Ten wygra, kto zachowuje spokój. Telefonu nie mam. Listy, które nie wiem od kogo przychodzą, otwierają i czytają w kurii. Partia zobaczyła, że nie ma do mnie dostępu. Odpoczywam sobie, śpię, robię swoje, pracuję. Dali spokój... I to jest ta ważna rzecz, mimo różnych nacisków i prześladowań. Opowiem taką historię. Koło Tarnobrzega powstała nowa parafia. Ludzie w pierwszym etapie wybudowali sobie drewniany barak. To można w ciągu nocy zrobić. Wystawili ten barak, daleko od kościoła, no i zaprosili, obiecałem im, że przyjadę. Dostaję list: "jak poświęcisz, to nie wrócisz!". Ale w imię Boże... nie mogę ludzi zwodzić, co będzie, to będzie... Poświęciłem i wróciłem. Dziś jest tam piękna parafia. Tam właśnie, gdzie ten kościół murowany, proboszcz opowiadał taką historię: Podczas murowania miejscowy milicjant wraca ze służby do mamy i widzi - coś tam ludzie robią przy budowie, pracują w nocy... Co oni robią? A mama do niego: synu, pod pierzynę! Nic nie widziałeś ani nic nie słyszałeś! Taka solidarność... Postawiliśmy taką zasadę, że gdy będą wielkie kary za budowę kościołów, to poniesie je cała diecezja. Nikogo nie zostawimy samego. Tych wielkich kar było kilka. Jedna z nich za kościół, który został wybudowany w polu kukurydzy [Nowosielsk]. Grzywny sięgały setek tysięcy. Weszli ludziom na pensje. Pojechałem tam na Pasterkę i poświęciłem go. - Przyjedźcie do mnie, diecezja wam pokryje grzywny. Bądźcie spokojni i pracujcie dalej. Ludzie budowali następne kościoły, bo widzieli, że nikogo nie zastawiło się bez pomocy. Bardzo dziękuję za to spotkanie, za tę wymianę myśli. Wszystkie akcje, które wydają się beznadziejne, wykonywane w imię jakiejś wartości, zasad, stają się zwycięstwem. I dlatego dzisiaj mogę powiedzieć wobec Państwa: ta wymiana myśli to jest Boże zwycięstwo... Ja byłem tylko ufnym narzędziem Pana Boga. Boże zwycięstwo nad wszystkim: nad szatanem, nad tymi wszystkimi biednymi, partyjnymi ludźmi, którzy wplątali się i nie umieją do dzisiaj się z tego wyplątać. Chociaż przypomina się, że Bóg jest Miłością i nawet im przebaczy, byleby tylko odnowili się wewnętrznie. Dlatego dzisiaj jest święto radości - Instytutowi dziękuję za pamięć. Tekst nieautoryzowany Podkreślenia w tekście pochodzą od redakcji NW JE ks. abp. Ignacy Tokarczuk, Nasz Dziennik, 2002-12-21 |