|
Zbrodnia nieukarana - Lubin 1982 r. |
|
Dwadzieścia lat temu w czasie pacyfikacji przez siły milicji manifestacji w Lubinie zginęło trzech demonstrant贸w - Michał Adamowicz, Mieczysław Poźniak i Andrzej Trajkowski. Pomimo upływu tylu lat, osoby odpowiedzialne za tę tragedię nie zostały ukarane. Po powstaniu "Solidarności" Lubin stał się jednym z ważniejszych ośrodk贸w opozycji na Dolnym Śląsku. Nastroje niechętne władzy nasiliły się po wprowadzeniu stanu wojennego. Sądnym dniem dla miasta stał się 31 sierpnia 1982 r. Władze bezpieczeństwa uprzedzone o planowanych manifestacjach przygotowały mieszkańcom krwawą pacyfikację. Jeszcze przed zapowiadaną demonstracją kierownictwo milicji poleciło wyposażyć oddziały ZOMO w długą broń i bojową amunicję. Po latach nadzwyczajna komisja sejmowa do zbadania działalności MSW stwierdziła, że decyzja o użyciu broni palnej była decyzją polityczną podjętą w celu zastraszenia społeczeństwa. W drugą rocznicę podpisania porozumień podziemna "Solidarność" wezwała w całym kraju do demonstracji w obronie uwięzionych. Mieszkańcy Lubina spontanicznie odpowiedzieli na ten apel. Zgromadzili się na rynku, gdzie zaczęli układać krzyż z kwiat贸w, śpiewali pieśni patriotyczne i skandowali hasła: "Uwolnić internowanych !", "Znieść stan wojenny !" itp. Około godzina 15.30 milicja zaczęła ostrzeliwać tłum petardami i granatami łzawiącymi. Po chwili zomowcy w zwartym szyku rozpoczęli pacyfikację. Rozpraszali zgromadzone osoby, rozdeptali krzyż z kwiat贸w. Wyciągali ludzi z kościoła, pałowano napotkane osoby, nie oszczędzano dzieci i starszych os贸b. Jan Madej, jeden z uczestnik贸w demonstracji po latach opisał te chwile: Dławiący gaz zmusił mnie do przejścia w pobliże Dużego Kościoła. Mieszkańcy okolicznych dom贸w powystawiali naczynia z wodą i herbatą. Ja wraz z innymi ludźmi od czasu do czasu przecierałem wodą zapłakane oczy. Stamtąd udałem się pod kiosk warzywny przy ul. Odrodzenia. Musiałem się na chwilę wycofać z tego miejsca, bowiem od Rynku zaatakowały nas zwarte oddziały milicyjne. Gdy wr贸ciłem ponownie w to miejsce, zauważyłem, że szyba kiosku jest przestrzelona. W贸wczas nie miałem już żadnych wątpliwości, że strzelają ostrą amunicją. Jednak pomimo tych strzał贸w wiele os贸b nie wierzyło, że milicja używa ostrej amunicji. Z kolei Henryk Huzarowicz wspominał: Z rękoma w kieszeniach przyglądałem się tyralierze zomowc贸w idących od ratusza. Poczułem gwałtowny b贸l lewej dłoni. Wyciągnąłem ją z kieszeni, była poszarpana i tryskała krwią. W pierwszej chwili nie wiedziałem co się stało. P贸źniej okazało się, że jestem ranny także w prawe przedramię i w brzuch. Stałem bowiem bokiem do linii wystrzału i kula przeszywając mi lewą dłoń przeszła przez brzuch a następnie przez prawe przedramię, gdzie znalazła sw贸j wylot. Miałem jeszcze tyle sił, że starczyło na ucieczkę. Kolega podarł swoją koszulę i opatrzył mi rękę. Traciłem siły. Pamiętam jeszcze, że czterech przygodnych ludzi niosło mnie w kierunku Małego Kościoła. Ranny został r贸wnież Mirosław Kwiatkowski: Widziałem, jak trzech milicjant贸w pobierało długą broń z radiowozu. Tworzono grupy 6-7 osobowe. Niekt贸rzy milicjanci posiadali długą broń i strzelali w kierunku ludzi znajdujących się koło małego kościoła. Zauważyłem, że strzelają z ostrej amunicji, bowiem świadczył o tym sypiący sie tynk ze ścian dom贸w i sypiące się kamyki z muru obronnego. Stojąc na murku i obserwując strzelających milicjant贸w zostałem postrzelony w głowę. Strzelano do mnie z tyłu. Zostałem ugodzony w kość ciemieniową. Podbiegły dwie kobiety i zaprowadziły mnie do klatki schodowej, gdzie obandażowały mi głowę. Potem ludzie doprowadzili mnie pod DKZM, skąd do szpitala przewiozła mnie karetka pogotowia... Po rozproszeniu manifestacji zomowcy zaczęli ścigać pojedyncze osoby. Edward Wertka opowiadał: Trzy milicyjne nyski urządziły rajd w kierunku grupy ludzi, ulicą po trawnikach i skwerkach. Pojechawszy bliżej zaczęli ostrzeliwać ją z granat贸w i ostrej amunicji. Widziałem w g贸rnym luku wychylonego milicjanta strzelającego z pistoletu maszynowego KBK-AK. Z otwartych drzwi bocznych milicjanci r贸wnież strzelali, Widziałem, jak puszczono serię, to piach podskakiwał. Niekt贸rzy ludzie kładli sie, inni zn贸w uciekali. Nyski wracały do rynku, by po chwili ponownie ruszyć z nagonką. Rajdy te powtarzały się kilkakrotnie. Jeździli jak kowboje, strzelając za uciekającymi ludźmi. Wr贸ciłem pod Mały Kości贸ł. Stamtąd obserwowałem jak milicjanci strzelają, popisując sie przed sobą nawzajem. Zobaczyłem jak jeden zomowiec wyszedł z grupy i strzelał, celując do wybranych przez siebie cel贸w. Strzelał w kierunku otworu okiennego, znajdującego się w murze obronnym. Sprawdziłem p贸źniej, że z tego miejsca wyraźnie widać było mostek dla pieszych na Baczynie. A tam przecież został śmiertelnie postrzelony Adamowicz. Zomowiec oddawał pojedyncze strzały. Po chwili usłyszałem krzyk, że na mostku został ktoś ugodzony. Leży na mostku. Grupa ośmiu zomowc贸w ponownie zaatakowała demonstrant贸w strzelając z ostrej amunicji i petard. Usłyszałem świst kul. Widziałem jak kilku milicjant贸w wyraźnie celuje i strzela w naszym kierunku. Gdy tylko odwr贸ciłem się, nie zdążyłem zrobić dw贸ch krok贸w, poczułem silny b贸l w prawym ramieniu. Świadkiem tej sceny był r贸wnież Maciej Jabłoński: Ktoś krzyknął: "Patrzajcie! Już jest tam ktoś zabity na mostku!" Zobaczyłem, ze dw贸ch mężczyzn już go niosło. Robili to szybko. Nieśli go tak byle, jak, żeby odnieść jak najdalej. Jeden z nich trzymał go za rękę, drugi za nogę. Tak ciągnęli go po trawie. Milicjanci nadal strzelali. Dlatego też mężczyźni rzucili postrzelonego. Dodaję, że rzucili go gł贸wnie z tego powodu, że na łąkę od strony ronda wjechały dwie nysy. Drzwi boczne były otwarte. Były to drzwi przesuwane. W środku widziałem milicjant贸w. Byli oni w hełmach, ale nie potrafię określić, czy były z przyłbicami. Miały chyba kolor zielonkawy. Nie mogłem tego dokładnie widzieć, gdyż łzawiły mi oczy. Widziałem jednak, że w samochodzie klęczeli milicjanci. Nysy te miały kolor niebieski. Milicjanci klęcząc strzelali. Nie widziałem jaką oni mieli broń. Widać było tylko końc贸wki luf. Nysy te jeździły z dużą szybkością. Milicjanci strzelali przez cały czas. Przejechały raz przez łąkę a następnie pojechały w stronę kości贸łka. Widząc te samochody przewr贸ciłem się pod drzewo. Zrobiłem tak, gdyż jechały one nadal. Opr贸cz mnie pod drzewo rzuciły się dwie kobiety. One płakały, m贸wiły: "Wykończą nas". Własnie przez milicjant贸w strzelających z jadącej nyski zraniona została Brygida Wieczorek: Zauważyłam, że jadą dwie milicyjne nyski. Cofnęłam się pod kiosk Ruchu. Z pierwszej nyski stojący w drzwiach otyły milicjant strzelił do mnie mierząc z kr贸tkiej broni z odległości około 6 metr贸w. Poczułam b贸l w nodze. Noga mi zdrętwiała, chciałam jeszcze uciekać, ale upadłam. Wozy milicyjne pojechały dalej nie zatrzymując się. Po chwili podbiegło do mnie kilku mężczyzn. Jeden z nich ścisnął mi udo paskiem, by zapobiec krwawieniu. Zeznający w czasie procesu fotoreporter opowiedział inny incydent: Na pustej ulicy, milicjant siedzący w otwartych bocznych drzwiach wolno jadącej nyski strzelił do kobiety idącej z dziecinnym w贸zkiem. Świeca dymna utkwiła w koszyku pod w贸zkiem. Słyszałem głośny rechot. Użycie broni palnej przez funkcjonariuszy w momencie, kiedy tłum był już rozproszony, nie było uzasadnione. Demonstranci nie stanowili przecież dla milicjant贸w żadnego zagrożenia. Zeznali tak r贸wnież niekt贸rzy funkcjonariusze milicji. Starszy kapral Wiesław Kr贸lak stwierdził, że nawet starcia z demonstrantami nie usprawiedliwiały otwarcia ognia. Natomiast Kazimierz Karasiński, członek tego samego plutonu co Kr贸lak, pamięta, że ostrą amunicję można było pobierać bez ograniczeń. Naboje znajdowały sie luzem w skrzyniach i nikt nie ewidencjonował ich wydawania. Z kolei Jan Parzybut zapamiętał, że idąc w tyralierze, ktoś wydał rozkaz: "Walić ostrymi". Kr贸lak zeznał, że po pacyfikacji jeden z dow贸dc贸w zakazał m贸wić o rozkazie strzelania. Niekt贸rzy funkcjonariusze wrzucali ostre naboje w krzaki i do kanał贸w ściekowych. Milicja strzelała r贸wnież w okna pobliskich dom贸w. Edward Kimel był świadkiem takich scen: Będąc na p贸łpiętrze widziałem jak przez okno wpadły na nasz korytarz dwa granaty łzawiące i na ścianę poleciała seria strzał贸w z bojowej amunicji. Widząc to udałem się do piwnicy. Siedząc tam zobaczyłem, jak ktoś kopnął butem w okno, a następnie do piwnicy wpadł granat łzawiący. W贸wczas złapałem ten granat i przez drugie okno chciałem wyrzucić go na zewnątrz. Wtedy padła seria strzał贸w uszkadzając tynk. Po chwili wpadł jeszcze jeden granat łzawiący. Z kolei Elżbieta Kwiatkowska obserwowała rozgrywające się zdarzenia ze swojego balkonu: Zostałam raptownie szarpnięta przez ojca za rękę i to uratowało mnie przed uderzeniem granatu z gazem łzawiącym, kt贸ry wybił szybę i odbiwszy się od framugi upadł na podłogę balkonu. To była straszna noc. Na dachach dom贸w umieszczono kilka reflektor贸w o bardzo silnym świetle, kt贸re penetrowały mieszkania. Po ulicach i podw贸rkach jeździły milicyjne suki i chodziły patrole strzelające do okien. Strzelanina trwała do wczesnych godzin porannych. Oficjalnie w tej pacyfikacji zginęło tylko trzech mężczyzn, jednak nieoficjalnie m贸wi się, że ofiar mogło być więcej. Sprawą użycia broni zajęła się prokuratura wojskowa we Wrocławiu. W czasie śledztwa popełniono wiele błęd贸w - nie zabezpieczono broni i amunicji, nie przesłuchano świadk贸w, zaś na niekt贸rych wywierano presję, by wycofali swoje zeznania. Nie bez powodu, bo trwający nadal stan wojenny sprzyjał takim "bezstronnym" śledztwom. Po kilku miesiącach śledztwo umorzono, uznając, że funkcjonariusze działali w "obronie koniecznej". W tekście wykorzystano fragmenty książki Stanisława Śniega "Alarm dla miasta Lubina" oraz dokumenty nadzwyczajnej komisji sejmowej do zbadania działalności MSW PIOTR BACZEK, Tygodnik Głos, 2002-09-07 |