|
Leszek Żebrowski, Nasza Polska Nr. 35 (356), 28.08.2002 |
|
Zawsze, gdy spotykamy takie (i podobne) przymiotniki w nekrologach osób powszechnie znanych, których rola w historii nie była pozytywna, przypomina nam się prastara formuła łacińska: de mortuis nil nisi bene (o umarłych tylko dobrze), przypisywana greckiemu mędrcowi Solonowi. Umarłym na ogół łatwo wszystko wybaczamy - wszak idą na sąd, w którym nie ma fałszywych prokuratorów, stronniczych sędziów i chciwych, nieuczciwych adwokatów. Tam nic się z ich życia nie ukryje i wszyscy będziemy mierzeni jedną miarą. Są jednak takie sytuacje, w których nekrolog wysokiego oficera UB przywołuje straszliwe wspomnienia cierpień i przeżyć osobistych ofiar (lub członków ich rodzin) lub powoduje refleksję publicysty czy zadumę historyka. Taką sytuację wywołuje niewątpliwie nekrolog pułkownika UB Anatola Fejgina, jednego z najgorszych i najbardziej okrutnych ubeków Polski Ludowej. Kpina z ofiar Trudno przejść do porządku dziennego i nie zastanowić się w tym momencie nad rolą dziejową stalinowskiej bezpieki. Tak - bezpieki, albowiem słowo to, dziś już nieco zapomniane, powinno tak mocno zapaść w społeczną pamięć, jak SS czy gestapo. W końcu metody, stosowane przez te służby, nie tak bardzo się między sobą różniły. A zbrodnie nazistowskie w ogólnym bilansie wcale nie były większe, niż zbrodnie komunistyczne. Dziwnym trafem dzieje się jakoś tak, że bezpieka traktowana jest - nadal, a szczególnie po dojściu obecnej koalicji do władzy - jak normalna służba państwowa, stojąca na straży ładu i demokracji, co jest już jawną kpiną z jej ofiar. Przede wszystkim - jej zbrodnie nie zostały rozliczone po 1989 roku, co świadczy, że zbudowany "po upadku komunizmu" system nie jest zdrowy. Wprawdzie na skutek pewnego nacisku społecznego doszło do kilkunastu spektakularnych procesów byłych funkcjonariuszy UB (poza sprawą Adama Humera - na ogół resortowych płotek) i kilku z nich skazano nawet na kary więzienia (niezbyt wysokie), jednakże w większości przypadków nawet niezwykle okrutnych i przerażających swą skalą zbrodni, śledztwa albo w ogóle nie zostały wszczęte, albo też - po bardzo powierzchownym postępowaniu - zostały umorzone z bardzo popularnego powodu, jakim jest... niewykrycie sprawców. Baronowie bezpieki Płk Fejgin - jak już wspomniałem - należał do baronów bezpieki. To określenie, bardzo modne dziś w kręgach decyzyjnych SLD, stosowane jest wobec najbardziej wpływowych polityków tej partii. MBP też miała w swych szeregach takich ludzi. Należeli do tego kręgu ludzie ze ścisłego kierownictwa resortu, złożonego ze starych NKWD-zistów i generałów UB: Stanisław Radkiewicz, Natan Kikiel-Grünspan (bardziej znany jako Roman Romkowski) i Mojżesz Bobrowicki (bardziej znany jako Mieczysław Mietkowski). Ale do kręgu baronów UB zaliczyć też powinniśmy tych funkcjonariuszy, których władza przekraczała formalnie pełnione przez nich funkcje (na ogół dyrektorów Departamentów i Biur), pułkowników: Józefa Różańskiego, Julię Brystygier, Jana Ptasińskiego, Leona Andrzejewskiego (Lejba Ajzena), Józefa Czaplickiego (z racji szczególnego okrucieństwa wobec żołnierzy podziemia zwanego "Akowerem")... I wielu innych, których nazwiska, funkcje i czyny idą w zapomnienie, choć tak być nie powinno. Zaufany funk NKWD Anatol Fejgin wstąpił do UB 1 marca 1950 roku, a właściwie został tam służbowo przeniesiony na stanowisko dyrektora Biura Specjalnego (przemianowanego w grudniu 1951 r. na Departament Specjalny) z Informacji Wojskowej, gdzie był zastępcą szefa Głównego Zarządu. To była zaś wojskowa bezpieka, jeszcze bardziej okrutna i bezwzględna, niż jej "cywilny" odpowiednik. Obie służby - UB i IW - zostały zorganizowane przez Sowietów w celu zapewnienia sobie dominacji w okupowanej przez komunistów od 1944 roku Polsce i były narzędziem realizacji i obrony ich interesów. Nikt nie nadawał się do tej służby lepiej, niż przedwojenni agenci sowieccy z Komunistycznej Partii Polski. Najważniejsi z nich już przed wojną mieli sowieckie obywatelstwo i byli wtajemniczani w plany światowej rewolucji, której płomienie miały zniszczyć Europę, a następnie inne kontynenty. Fejgin - urodzony w 1909 roku w inteligenckiej rodzinie żydowskiej - był działaczem KPP (w wieku 15 lat wstąpił do komunistycznej młodzieżówki), w której posługiwał się pseudonimami: "Felek" (zapewne na cześć Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego), "Jerzy", "Stach" i "Wasyl". Trzykrotnie skazany był za działalność przeciwko suwerenności i niepodległości Polski na kary więzienia, od 1934 roku przebywał stale na tzw. stopie nielegalnej jak funk - czyli funkcjonariusz KPP na etacie, opłacanym z moskiewskich funduszy. Najprawdopodobniej już wtedy został co najmniej zaufanym człowiekiem NKWD, przewidywanym do służby w "radzieckiej" Polsce. Sowieci bowiem systematycznie i długofalowo przygotowywali się do rozszerzenia swego imperium i traktowali to zadanie niezwykle poważnie. Struktury bezpieczeństwa II RP były dobrze zorganizowane i dość skutecznie penetrowały środowiska komunistyczne, gromadząc na ich temat wiedzę pokaźnych rozmiarów. Miały też świadomość, że są to agenci Związku Sowieckiego, jednakże niejednokrotnie w procesach sądowych ta wiedza nie była wykorzystywana, albowiem polski kontrwywiad nie chciał ujawniać swej całej wiedzy i źródeł jej pochodzenia. Gdyby w II RP przypuszczano, że w przyszłości do władzy dojdą sowieccy agenci... Któż zresztą wówczas przypuszczał, że jakiś tam KPP-owiec Radkiewicz będzie szefem bezpieki w powojennej, komunistycznej Polsce? Że Natan Kikiel-Grünspan podczas wojny zostanie majorem NKWD w sowieckich "grupach specjalnych", a bezpieczniacką karierę zakończy jako zastępca Radkiewicza? Że Mendel Kossoj, który na zlecenie kompartii popełnił liczne morderstwa, a po wojnie - już jako Wacław Komar - będzie szefem wywiadu i kontrwywiadu (cywilnego i wojskowego) Polski Ludowej? Że Mikołaj Demko (lub Mieczysław Moczar, jak kto woli) będzie wiceministrem bezpieki, ministrem spraw wewnętrznych, szefem ZBoWiD-u i jednym z głównych filarów PZPR aż do lat 80-tych? Gdyby taka wiedza - wynikająca bardziej z wyobraźni, niż chłodnej kalkulacji - wówczas, w niepodległej międzywojennej Polsce istniała, to, być może, ci drobni agenci i zdrajcy zostaliby ukarani bardziej surowo. Być może niektórzy z nich zostaliby w ogóle wyeliminowani i zostałoby po nich mniej krwi i łez... Należało przeprowadzić "akcję oczyszczającą" Ale kto mógł wówczas przypuszczać, że kataklizm, jaki nadchodził w postaci II wojny, tak radykalnie odmieni losy świata i wyniesie do władzy nad sporą jego częścią szumowiny i męty, choćby z inteligenckim rodowodem? Przeczuwali to jedynie nieliczni i to bardziej na podstawie intuicji, niż chłodnych kalkulacji. Podobnie było w okresie okupacji. Polskie Państwo Podziemne dość skutecznie rozpracowało NKWD-owską pajęczynę agentów i szpiegów, działających pod szyldem tak zwanej Polskiej Partii Robotniczej. Raporty kontrwywiadu podziemia niepodległościowego od samego początku były dramatyczne i zwracały uwagę na fakt, że organizacje komunistyczne są obcą agenturą, w swej działalności nie przebierają w środkach, denuncjują działaczy PPP i żołnierzy AK do gestapo, dokonują skrytobójstw i napadów rabunkowych. Szczególnie wstrząsający jest raport kontrwywiadu AK z marca 1944 roku, w którym przewidujący analityk zalecał wprost: usunięcie macek npla z naszych szeregów jest zadaniem trudnym, ale bezwzględnie koniecznym. W wykonaniu tego zadania zastosować należy metody chirurgiczne. Czułostkowość i chwiejność w przeprowadzeniu akcji oczyszczającej spowodować mogą w wyniku zmarnowanie tego olbrzymiego wysiłku społeczeństwa, jaki został włożony w organizację wojska i władz cywilnych. Niestety, taka akcja nie została wówczas podjęta. Ci, którzy do dziś uważają, że struktury Polskiego Państwa Podziemnego nie powinny sięgać po tak dramatyczne środki, jak akcja oczyszczająca, powinni policzyć ofiary aparatu bezpieczeństwa publicznego po 1944 roku: działaczy Delegatury Rządu, partii politycznych, działaczy społecznych i przede wszystkim żołnierzy Armii Krajowej i innych organizacji niepodległościowych. Były to ofiary, których można było - choćby częściowo - uniknąć. A zaniechanie takiej antykomunistycznej akcji, która mogła być skutecznie podjęta w 1944 roku na szeroką skalę, pozwoliło Sowietom sięgnąć po "rewolucyjne" kadry z wojennej PPR, zmieszać je z absolwentami szkół NKWD i różnego rodzaju kursów WKP(b) i stworzyć na tej bazie okupacyjny aparat terroru, dość dobrze zorientowany w polskim życiu politycznym i społecznym. Na miejsce przedwojennych i wojennych polskich polityków, żołnierzy, działaczy, przyszli ludzie pokroju Moczara, Korczyńskiego, Komara (to oczywiście wszystko jakieś partyjne pseudonimy, które stały się nazwiskami). Zamiast prawdziwego prezydenta RP funkcjonował sowiecki szpieg i agent NKWD Bolesław Bierut; zamiast prawdziwych generałów i oficerów WP mieliśmy agenta NKWD, stalinowskiego "marszałka" Rolę-Żymierskiego; zamiast polityków partyjnych z prawdziwego zdarzenia mieliśmy jakiś "awans społeczny": Gomułkę, Jóźwiaka, Logę-Sowińskiego, Osóbkę-Morawskiego i innych tego pokroju, którzy w normalnych warunkach mogliby funkcjonować gdzieś na marginesie społeczeństwa (oczywiście po odsiedzeniu wyroków sądowych za swe "zasługi"). O zbrodniach kata nie można milczeć nawet po jego śmierci Czy wobec jednego z budowniczych zbrodniczej Polski Ludowej, pułkownika UB Anatola Fejgina, można zastosować powiedzenie: de mortuis nil nisi bene? Przecież nic dobrego o nim powiedzieć nie możemy, albowiem jego działalność w strukturach Informacji Wojskowej, a następnie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, kojarzy się wyłącznie ze zbrodniami przeciwko ludzkości, które nie ulegają przedawnieniu. Nie możemy też przemilczeć jego roli, aby tej formule stało się zadość. Przecież milczenie byłoby zapomnieniem, a zapomnieć o tym nie można. Nasza obecna zapaść cywilizacyjna, gospodarcza i przede wszystkim moralna, to bezpośredni i pośredni skutek zbrodniczej działalności ludzi bezpieki. A pułkownik Fejgin do nich należał i to do pierwszego szeregu. Żydzi w bezpiece Jest jeszcze jeden charakterystyczny fakt, związany z tą postacią. We wszelkich dyskusjach o roli aparatu bezpieczeństwa publicznego komunistycznej Polski, szczególnie w latach 1944-1956, przewija się wątek narodowościowy, czyli: Żydzi w bezpiece. Są dwa podejścia - jedno z nich polega na negowaniu tego wątku i sprowadzaniu go do... antysemityzmu. Czyli że każdy, kto usiłuje pokazać to zjawisko, jest natychmiast - przez pewne wpływowe środowiska i określone media - odpowiednio zakwalifikowany jako ten, z którym nie powinno się dyskutować. Podejście drugie - to pokazywanie faktów. A z nimi się nie polemizuje, co najwyżej można je różnie interpretować. Na tym tle natychmiast widać różnice w postawach i ujawnia się pewne lobby, które w takich sytuacjach usiłuje wszystko zbagatelizować lub nawet negować fakty. Oto w 1990 roku w "Tygodniku Powszechnym" ukazała się charakterystyczna wypowiedź prof. Chone Shmeruka, przewodniczącego Ośrodka Kultury Żydów Polskich na Hebrajskim Uniwersytecie w Jerozolimie: Berman nie funkcjonował jako Żyd, on funkcjonował jako członek partii. A partia nie była żydowska, była polska. On się nie uważał za Żyda, za kogoś, kto występuje w imieniu Żydów. I żaden Żyd nie widział w nim przedstawiciela narodu żydowskiego. Czułby się obrażony, gdyby ktoś mu to powiedział. Berman funkcjonował jako Berman i jego można obwiniać, czynić mu zarzuty. Ale jako Żyd? To samo mógłby robić Polak. Gdyby nie on, byłby Polak na jego miejscu. O to, kim był Berman, powinno się jednak zapytać samego zainteresowanego. Ten zaś w połowie lat 80-tych, w rozmowie z Teresą Torańską całkowicie zanegował taką mętną egzegezę: - Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że najwyższych stanowisk jako Żyd objąć albo nie powinienem, albo nie mógłbym. Zresztą nie zależało mi, by ustawiać się w pierwszych rzędach. Nie dlatego nawet, że z natury jestem taki skromny. Faktyczne posiadanie władzy nie musi wcale iść w parze z eksponowaniem własnej osoby. Płk Anatol Fejgin też uważał się za Żyda i taką narodowość wpisywał w ankietach personalnych, zachował nawet swe prawdziwe nazwisko, wbrew ówczesnej praktyce. Z jego osobą i pełnionymi przez niego funkcjami związana była szeroka wiedza o mechanizmach, rządzących strukturami przemocy w Polsce Ludowej, jak również o konkretnych wydarzeniach, w tym o ohydnych zbrodniach. Nie był jednak objęty śledztwem, "nękany" przesłuchaniami, konfrontowany z dowodami i świadkami. Był jak żubr w Puszczy Białowieskiej - objęty całkowitą ochroną. Taki status powinien jednak przysługiwać wyłącznie ginącym gatunkom zwierząt, a nie dożywającym swych dni baronom bezpieki. Kielecka prowokacja NKWD Fejgin miał również jakąś wiedzę o kulisach pogromu kieleckiego, którego kolejna rocznica minęła niedawno. Ponura sprawa, która cały czas czeka na wyjaśnienie, toczy się niemrawo i mało kto pamięta, że śledztwo nie jest zakończone. Już wówczas, w 1946 roku, konspiracyjne pismo Zrzeszenia WiN "Orzeł Biały" w numerze 4-5 z czerwca-lipca informowało społeczeństwo, żyjące w okowach komunistycznej cenzury, że: Wystąpienia antyżydowskie w Polsce są prowokowane przez NKWD i są one wykorzystywane przez Rosję zarówno na arenie międzynarodowej, jak i na odcinku wewnętrznym. (...) By nie dopuścić do porozumienia pomiędzy żydami a społeczeństwem polskim, a z drugiej strony, by dodać bodźca żydom do bardziej bojowego nastawienia wobec Polaków - NKWD stwarza prowokacje "pogromów" żydowskich pod firmą Andersa, PSL, WiN itp. Pytany przez Henryka Piecucha (znanego publicystę, specjalizującego się w ujawnianiu komunistycznych tajemnic), były dyrektor Departamentu Specjalnego MBP, płk Fejgin uchylił rąbka tajemnicy na temat kieleckiego pogromu: Wszystkie chwyty są dozwolone, gdy się chce wygrać. (...) Jeszcze nie czas o tym mówić. Liczyliśmy na błąd naszych przeciwników. Musieli go w końcu zrobić. Nie mogliśmy jednak dłużej czekać. Potrzebny był jakiś przyśpieszacz. Stąd pogromy i inne fortele ("Reporter" nr 4, 1990 r.). Przez całe lata ta wypowiedź nie była kwestionowana. Dopiero w "Almanachu Żydowskim 1996-1997" znalazło się opracowanie Mariana Turskiego (dziennikarza "Polityki" i szefa jej działu historycznego) odnośnie tego wątku. M. Turski, dokonując wielu przekłamań (np. Informację Wojskową nazywa... wojskowymi służbami informacyjnymi; płk. Fejgina - wyższym urzędnikiem (!!!) MBP; jego wypowiedź w wywiadzie - oświadczeniem), zanegował prawdziwość tej wypowiedzi w sposób następujący: Żydowski Instytut Historyczny zaprosił 13 marca 1996 r. p. Anatola Fejgina, by udzielił odpowiedzi na pytania postawione mu przez historyków. Obecni byli m.in. prof. Krystyna Kersten z Instytutu Historii PAN oraz prof. Feliks Tych, dyrektor ŻIH. Niżej podpisany [czyli Marian Turski - przyp. L.Ż.] odczytał wyżej przytoczony fragment z "Reportera" i zadał pytanie p. Anatolowi Fejginowi: Pytam się więc, co może pan nam powiedzieć, co z tego jest prawdziwe, co nieprawdziwe? Odpowiedź Anatola Fejgina (według zapisu magnetofonowego): Pomijając fakt, że ŻIH mógł dobrać sobie bardziej wiarygodnych świadków do wysłuchania dementi Fejgina, niż prof. K. Kersten (to ta od monografii-hagiografii PKWN) i prof. F. Tych (warto przejrzeć bibliografię jego "prac naukowych" sprzed 1989 roku), to trzeba uznać, że nie ma ono tak naprawdę żadnej wartości. Marian Turski nie zadał sobie bowiem trudu, aby zaprosić drugą stronę - czyli Henryka Piecucha, w celu skonfrontowania tych wypowiedzi i wysłuchania także jego argumentów. Trudno także uznać wiarygodność Fejgina w sprawie, którą mógł dementować przez poprzednie sześć lat, a tego nie zrobił. Ponadto - nie to jest ważne, lecz fakt, że wartość miałyby jedynie jego wiarygodne zeznania, złożone przed wymiarem sprawiedliwości III RP. O to jednak nikt się nie zatroszczył. Pod ochroną prawa Fejgin był wprawdzie skazany w 1957 roku na karę 12 lat więzienia za swą (częściową) działalność w UB - ale wyłącznie za łamanie socjalistycznej praworządności. Za prowokacyjną sprawę tzw. spisku w wojsku, w której zamordowano w majestacie komunistycznego "prawa" ponad 20 oficerów WP, wówczas nie odpowiadał, jak też uniknął procesu za swą działalność w Informacji Wojskowej. Wyroku 12 lat też nie odsiedział, bo już po 8 latach wyszedł na wolność. Nie był nawet pozbawiony praw obywatelskich, jak również pozostawiono mu odznaczenia: komunistyczny Krzyż Grunwaldu (to akurat mógł sobie nosić) oraz Virtuti Militari, nadany w 1946 roku podczas służby w Informacji Wojskowej(!). Pozostały "fejginiątka" Przykład Fejgina pokazuje, jak w III RP funkcjonuje "gruba kreska" Tadeusza Mazowieckiego i jakie rodzi skutki. Był on zapewne ostatnim baronem bezpieki. Ale żyją jeszcze funkcjonariusze tego resortu, pełniący w Centrali funkcje kierownicze nieco niższego szczebla, oraz wysocy funkcjonariusze struktur terenowych: Wojewódzkich i Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa. Nie wszyscy do końca pozostali w resorcie, niektórych bowiem partia "oddelegowała" do nauki, jak na przykład ppłk. UB Wiktora Herera, który został mianowanym profesorem PRL, specjalizującym się w ekonomice rolnictwa; w tym charakterze (czy tylko?) był nawet... doradcą Komisji Krajowej "Solidarności"; oraz ppłk. Ryszarda Nazarewicza, profesora... historii. Inni poszli "w dyplomację", do aparatu partyjnego i administracyjnego, do handlu zagranicznego. Mazowiecki i Wałęsa - parasole ochronne katów bezpieki Pozostały po nich - używając świetnego określenia Stanisława Michalkiewicza - "fejginiątka", które dbają (och, jak dbają!) o dobrą opinię resortu, zabiegają o utrzymanie, a nawet rozszerzanie "grubej kreski", zabierają głos w obronie tych, którzy "wierzyli" w socjalizm i jego "wartości" i nie pozwolą zrobić im krzywdy... I wreszcie wspomnieć należy tych, którzy zadbali o odpowiedni status materialny byłych funkcjonariuszy UB i IW, o ich niemoralnie wysokie emerytury. To zasługa przede wszystkim Lecha Wałęsy, który jako prezydent III RP zawetował ustawę (tzw. mundurową), mogącą sprowadzić ich emerytury do normalnego poziomu - nie pozwolił zrobić krzywdy "lewej nodze", mimo jej widocznego platfusa i zagrzybienia. A nad całością przeszłości resortów "siłowych" unosi się duch wszechwładnej tajemniczości i formalnej, państwowej tajemnicy. Okazuje się, że III RP, jako formalnoprawna kontynuacja PRL, strzeże tajemnic bezpieki tak, jak swoich własnych, uznając to za rację stanu. Nie ma już wprawdzie PRL, ale PRL-owcy są wszędzie: trochę w rządzie, trochę w sądzie i co nieco w mediach. Nie jest to formacja schyłkowa, jeśli potrafiła zapewnić płk. Stanisławowi Supruniukowi nadanie przez Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski (a dlaczego nie Orła Białego? - zapewne tylko dlatego, że tow. Supruniuk jako prawdziwy komunista nie przyjąłby "białej gęsi"...). Gdy ten fakt został ujawniony w mediach, a wraz z nim ubecka przeszłość tow. Supruniuka, kancelaria Kwaśniewskiego długo broniła się przed odebraniem mu odznaczenia. Zakłamanie atmosfery wokół służb specjalnych Polski Ludowej jest widoczne także w sprawie kpt. UB Marcelego Reicha, który podczas pracy na eksponowanym stanowisku konsula w Londynie otrzymał przykrywkowe nazwisko: Ranicki. Obecnie, jako najbardziej znany i ceniony krytyk literacki w Niemczech, posługuje się nim nadal. Gdy dziennikarz gazety "Die Welt", badający jego przebieg służby w UB, otrzymał "teczkę" kpt. Reicha, okazało się, że są w niej wyłącznie dokumenty formalne: przyjęcie do służby, kolejne awanse i nagrody, opinie służbowe itp. Szczególna ochrona tajemnic stalinowskiej bezpieki nie pozwala na ujawnienie całości dokumentacji, dotyczącej jego służby. Słynny krytyk literacki Reich-Ranicki może zatem spokojnie twierdzić, że ta cała służba w bezpiece kpt. Marcelego Reicha to była taka sobie praca i właściwie można tam było nic nie robić. Tyle że ludzie "sami" spadali ze schodów i wypadali z okien...
Leszek Żebrowski, Nasza Polska Nr. 35, 2002-08-28 |