|
Nasza Polska, 24.07.2002 |
|
- Po prawie dwóch latach śledztwo w sprawie zbrodni popełnionej w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku zostało ukończone. Wiemy już, że efektem końcowym będzie umorzenie sprawy, choć IPN już teraz stwierdza, że jej wykonawcami byli "polscy mieszkańcy Jedwabnego i okolic". Czy można to uznać za koniec sprawy i orzec, że wszystko w tej sprawie zrobiono? - Komunikat IPN z 9 lipca 2002 r., wydany w związku ze zbrodnią dokonaną 10 lipca 1941 r. na Żydach, posiada cechy pomówienia, a nawet niedorzeczności. W komunikacie jest mowa, że winni są jednak Polacy i bez ich udziału ta zbrodnia nie miałaby miejsca. W zbrodnię miało być zaangażowanych czterdziestu mężczyzn, ale jednocześnie nie podano nazwisk zbrodniarzy, bo nie wykryto innych niż wcześniej osądzeni. Sądzonych po wojnie było 22 mężczyzn, z których część uniewinniono, albowiem w ogóle nie byli obecni na miejscu lub też zbiegli z miejsca wydarzeń na samym początku. Osądzono ostatecznie 12 osób, ale wyłącznie za pomoc udzieloną Niemcom, którzy stosowali środki przymusu, w tym bicie - taki był przecież werdykt sądu. Według mojego rozeznania, ta pomoc Niemcom polegała na weryfikacji nazwisk Żydów, względnie na wskazaniu ich miejsca zamieszkania. Tuż przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej, 19 czerwca 1941 r., Adolf Hitler wydał rozkaz grupom specjalnym (Einsatzgruppen), aby likwidowały komunistów, komisarzy i współpracowników NKWD. Szef sztabu armii niemieckiej z tamtego okresu, generałpułkownik Franz Halder w swoim dzienniku wojennym ujawnił, że za Białymstokiem przeciw Wehrmachtowi wraz z oddziałami NKWD walczyły ramię przy ramieniu oddziały żydowskie. 8 lipca w Białymstoku przy udziale Heinricha Himmlera zapadł wyrok na Żydów komunistów i ich rodziny, aż do trzeciego pokolenia. Podobnie jak w innych miasteczkach, w Jedwabnem ten wyrok był wykonany przez grupy specjalne gestapo. IPN nie mógł wskazać konkretnych winnych, nie wskazując na Niemców, których rolę pragnie teraz ograniczyć tylko do podjudzania. - W toku śledztwa, prowadzonego przez IPN, nie dokonano najważniejszej czynności - ekshumacji, którą po rozpoczęciu prac przerwano "na prośbę strony żydowskiej". Czy pełna ekshumacja (co byłoby zgodne z polskim prawem) dałaby nam więcej wiedzy o tym, co tam się naprawdę stało? - Jedną z najważniejszych czynności śledztwa miała być ekshumacja, którą ledwie rozpoczęto i na prośbę strony żydowskiej natychmiast zakończono. Nie jest tajemnicą, że archiwa zawierające dokumenty były "czyszczone" i ograbione z ewidentnych dowodów zbrodni hitlerowców. W tej sytuacji pełna ekshumacja, doprowadzona do końca, byłaby jedynym obiektywnym źródłem prawdy. Tym bardziej że już jej początki przyniosły rewelacje. Przestrzelone czaszki i tkwiące w kościach pociski wskazywały jednoznacznie na sprawców, że byli to Niemcy. Znajdujące się w grobach monety i przedmioty ze złota wykluczyły cele rabunkowe, co miało być głównym motywem udziału Polaków w tej zbrodni. Znalezione klucze i przedmioty służące różnym zawodom (np. przybory krawieckie czy nóż rzezaka, przeznaczony do czynności rytualnych) świadczyły o tym, że Żydzi mieli nadzieję, iż mogą być kierowani do jakiegoś getta. A takie już w tym czasie powstawały na naszych ziemiach. W Jedwabnem getto utworzono 11 lipca (następnego dnia po zbrodni) w Starym Rynku i zgromadzono w nim około 100 Żydów - tego przecież Polacy nie mogli zaplanować. W obrębie stodoły odkryto grób kilkudziesięciu osób z pomnikiem Lenina jako dowodem, dla którego Żydzi zostali skazani - z powodu sympatii i związków z komunizmem. Całkowicie wyklucza to miejsce zbrodni, określone przez fałszywych świadków, m.in. w filmie Agnieszki Arnold Sąsiedzi - jako kirkut żydowski, gdzie Polacy mieli ich wymordować bagnetami czy nożami, a następnie pochować z pomnikiem Lenina. - Według końcowego "Komunikatu" zbrodnia była zaplanowana, czyniono do niej wcześniejsze przygotowania, w celu jej popełnienia zjechali także ludzie z okolicznych wsi. Prokurator stwierdził, że był to "zbrodniczy plan". Taki wątek nie pojawiał się wcześniej w ujawnianych materiałach, zeznaniach świadków, publicystyce, czy nawet w książce J. T. Grossa. Czy w świetle wiedzy, jaką ma Ksiądz Dziekan, można mówić o "polskim spisku"? Jaka to mogła być "organizacja", która zaplanowała i popełniła tę zbrodnię, bez udziału Niemców? - IPN w tym komunikacie użył określenia, że był to zbrodniczy plan, oczywiście Polaków, co by wskazywało na wcześniejsze wymyślenie i przygotowanie tej zbrodni. Według mojej wiedzy, nie można tu jednak mówić o "polskim spisku" ani "organizacji", która zaplanowała i popełniła tę zbrodnię bez udziału Niemców. O ile wiem, na tym terenie w lipcu 1941 r. działał wyłącznie Związek Walki Zbrojnej. Skoro nie było nic innego poza ZWZ, to oskarżenie to pośrednio spada przecież na tę organizację, która do czerwca 1941 r. walczyła z okupantem sowieckim, a później niemieckim (od lutego 1942 r. już jako Armia Krajowa), ponosząc cały czas straszliwe ofiary. Prokurator nie przedstawił żadnych dowodów na istnienie takiego planu ani też organizacji, która go wykonała. W Jedwabnem już w październiku 1939 r. powstała konspiracyjna organizacja niepodległościowa. Jej uczestnicy musieli uchodzić w biebrzańskie błota, ukrywali się na terenie leśniczówki Kobielno, skąd prowadzili akcje przeciwko komunistycznym okupantom. W czerwcu 1940 r. na skutek donosów NKWD zlikwidowały ten punkt oporu, zadając Polakom ciężkie straty. Równolegle pod okupacją niemiecką na Suwalszczyźnie działo się to samo. Suwalski Żyd Waldemar Maczpołowski, znany później bardziej jako Waldemar Macholl, za likwidację punktów polskiego oporu na tamtym terenie został wezwany do Warszawy i awansowany do stopnia kapitana gestapo. Jemu to Heinrich Himmler powierzył latem 1941 r. zwalczanie polskiego oporu na terenie Bezirk Bialystok. Był to przecież obszar wcielony do III Rzeszy.
- Jak społeczność Jedwabnego reaguje na "Komunikat o końcowych ustaleniach"? - Społeczność Jedwabnego różnie reaguje na końcowy komunikat IPN. Ludzie zadają sobie pytanie, jak to możliwe, że kilkunastu chłopów przy pomocy orczyków czy siekier mogło błyskawicznie i skutecznie uśmiercić około 300 Żydów i przy pomocy kilku litrów nafty spowodować natychmiastowy wybuch stodoły. Wiadomo przecież, że nafta nie pali się tak jak benzyna, a tej Polacy nie mieli. Do tego dochodzą rozmowy o filmie Agnieszki Arnold Sąsiedzi, która przy pomocy fałszywych świadków przedstawiła nieprawdziwy przebieg wydarzeń, sprzeczny z ustaleniami śledztwa. Film poszedł przecież w świat, a jego autorka otrzymała nawet jakieś ważne nagrody. Panią Henrykę Adamczyk wykorzystano do tego, by wielokrotnie czytała fragment z oskarżenia Szmula Wasersztajna, ten o ucinaniu głów i graniu nimi jak piłką. W filmie znalazła się jej "wstrząsająca" wypowiedź na ten temat, że była naocznym świadkiem tego wydarzenia. Później odwołała tę wypowiedź i wyjaśniła, jak to się stało: podczas przygotowań do nakręcenia rozmowy zrobiła kawę, a w zamian została poczęstowana alkoholem. Pani Adamczyk jest uzależniona od alkoholu, o czym realizatorzy filmu musieli wiedzieć. Pani Adamczyk oświadczyła później, że w Jedwabnem nic takiego nie widziała. Pani Halina Popiołkowa wypowiada się w filmie, że w Jedwabnem nie było Niemców, bo ich nie widziała. Ale zrobiła to za pieniądze. Od urodzenia była kaleką, nie wstawała z łóżka, zresztą podczas tych wydarzeń w 1941 r. miała zaledwie 6 lat. Dopiero po wojnie była zoperowana przez szwajcarskich lekarzy i może się poruszać, ale z pewnym ograniczeniem. Leon Dziedzic, który występuje w tym filmie, także nie jest wiarygodny. Pokazuje bowiem miejsce na cmentarzu żydowskim, gdzie Polacy mieli wymordować pierwszą grupę Żydów nożami masarskimi i pałkami. Są oni jednak pochowani na terenie stodoły, razem z pomnikiem Lenina! - Czy można stwierdzić, że skoro IPN przemówił, to sprawa jest już zamknięta? - Tej sprawy bez przeprowadzenia pełnej sądowej ekshumacji i badań z zakresu medycyny sądowej tak zakończyć nie można. Bez niej prawda nigdy nie ujrzy światła dziennego. Gmina żydowska z Warszawy stara się obecnie o przekazanie jej tego terenu na własność. Ten skrawek ziemi należy do skarbu państwa - przy sprzyjających okolicznościach może to nastąpić szybko i wówczas na prywatny teren możemy już nie być wpuszczeni. A to może zadecydować o braku możliwości pełnego wyjaśnienia sprawy. Do tego nie można dopuścić - dotarcie do prawdy jest obowiązkiem nas wszystkich. (podkr. moje - WK) - Dziękuję za rozmowę. ks. Edward Orłowski, Leszek Żebrowski, Nasza Polska, 2002-07-24 |