nasza witryna Szampan i owoce, czyli wódka i ogórek
Stanisław Michalkiewicz, Najwyżczy Czas!, 20.07.2002


  9 lipca Instytut PamiÄ™ci Narodowej w osobach pana prokuratora RadosÅ‚awa Ignatiewa i pana prof. Witolda Kuleszy ogÅ‚osiÅ‚ rezultaty Å›ledztwa w sprawie zabójstwa nieokreÅ›lonej liczby Å»ydów w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku. Pan prokurator powiedziaÅ‚, że zabójstwa dopuÅ›ciÅ‚a siÄ™ grupa okoÅ‚o 40 Polaków z Jedwabnego i okolic, i że nie można wykluczyć, że Polacy ci dziaÅ‚ali "z niemieckiej inspiracji".

Na czym konkretnie ta inspiracja polegała, tego trudno sie dowiedzieć z prasowych relacji. Być może i sami dziennikarze niewiele sie dowiedzieli, poza poznaniem samej formuły. Jest to formuła niezwykle szeroka. Obejmuje ona zarówno sytuację, kiedy to Niemcy przez kilka sobót i niedziel namawiali w knajpie przy sznapsie wybranych Polaków do wymordowania Żydów, aż wreszcie się udało, jak również sytuację, kiedy pewnego ranka Niemcy wzięli do rąk karabiny, spędzili 40 Polaków, którym kazali wyłapać, a potem zabić Żydów. Jeśli zatem ustalenia śledztwa dają się sprowadzić tylko do tak pojemnej formuły, to niewiele ona mówi o rzeczywistym przebiegu wydarzeń, natomiast znacznie więcej - o samym śledztwie.

Jednak najbardziej charakterystyczne jest to, że konferencja prasowa i ogłoszenie rezultatów śledztwa odbyło się przed jego formalnym zamknięciem. Wskazał na to sam pan prokurator Ignatiew, informując, że zamknięcie śledztwa nastąpi dopiero po uzyskaniu z Izraela informacji o minimalnej liczbie zabitych w Jedwabnem. Jak wiadomo, faktyczną liczbę zabitych w Jedwabnem można było ustalić, gdyby ekshumacja była przeprowadzona do końca. Została ona jednak przerwana na żądanie "strony żydowskiej" (?!), któremu polska prokuratura w osobie pana ministra Lecha Kaczyńskiego skwapliwie zadośćuczyniła. W tej sytuacji pan prokurator Ignatiew rzeczywiście nie ma innego, a zgodnego z polityczną poprawnością wyjścia, jak oczekiwać na informację co do liczby ofiar aż z Izraela. Nie wypada nawet pytać, skąd właściwie w Izraelu mogą mieć takie ścisłe dane, skoro polskim prokuratorom, będącym na miejscu, nie udało się ich ustalić, nawet w przybliżeniu. Widocznie w Izraelu mają lepsze sufity.

Dlaczego jednak Instytut Pamięci Narodowej nie zaczekał na tę informację z Izraela i nie ogłosił wyników śledztwa już po formalnym jego zamknięciu, tylko pośpiesznie zwołał konferencję prasową w przeddzień rocznicy jedwabnieńskich wydarzeń? Chyba nie podjął żadnych stachanowskich zobowiązań? Praktyka bowiem jest zazwyczaj odwrotna; w zasadzie nie ogłasza się rezultatów śledztwa przed formalnym jego zakończeniem, a już na pewno nie robi się tego w tak solennej, ostentacyjnej formie. Jeśli mimo to IPN zdecydował się na takie niekonwencjonalne postępowanie, to musiał pojawić się jakiś bardzo ważny powód. Czy tym powodem nie były aby polityczne naciski związane z ustaleniami dyplomatycznymi mającymi postać handlu wymiennego?

Warto w tym miejscu przypomnieć, że zaledwie tydzień przed konferencją prasową IPN amerykański sędzia w Nowym Jorku wydał orzeczenie odrzucające pozwy amerykańskich Żydów przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej. Domagali się tam oni zwrotu własności nieruchomości, oskarżając przy okazji Polskę o tendencyjne i wrogie Żydom postępowanie, motywowane nikczemną żądzą zysku. Podobno takie motywowanie skargi jest konieczne ze względu na zawiłości amerykańskiej procedury sądowej, dlatego stosuje się je z tzw. procesowej ostrożności, nawet gdy nie ma nic wspólnego z prawdą. Więc takie pozwy zostały wniesione do nowojorskiego sądu już kilka lat temu, kiedy polskim ministrem spraw zagranicznych był akurat pan prof. Bronisław Geremek. Wprawdzie pan minister Geremek werbalnie zajął słuszne stanowisko, że Polska, jako państwo suwerenne, nie podlega jurysdykcji amerykańskiego sądu, więc nie może występować przed nim w charakterze strony procesowej ani nawet stwarzać takiego wrażenia, ale jednocześnie spowodował, że Polska odpowiedziała na pozwy, prosząc amerykański sąd o ich odrzucenie, więc jednak wystąpiła w charakterze strony procesowej, dając do zrozumienia, że czuje się związana orzeczeniem tego sądu. Nie potrafię wyjaśnić przyczyny takiego niekonsekwentnego postępowania pana min. Geremka, chociaż niewątpliwie stwarzało ono dla Polski spore ryzyko.

Amerykański sędzia deliberował przez bodaj trzy lata nad kwestią, czy Polska korzysta z immunitetu państwa suwerennego, czy nie, niczym astrolog ze słynnego, pornograficznego poematu Aleksandra Fredry ("i tam siedział przez rok cały, aż mu..."). Wreszcie orzekł, że Polska jest państwem suwerennym i jako taka nie podlega jurysdykcji sądu amerykańskiego. Ten sędzia jest podobno wybitnym specjalistą w tej dziedzinie i widać, że szanuje swoją robotę, bo potrzebował aż trzech lat na rozstrzygnięcie kwestii, którą taki np. student rozstrzygnąłby w mgnieniu oka. Ale w Stanach Zjednoczonych sądy, tak samo zresztą jak i u nas, są niezawisłe, podobnie jak Instytut Pamięci Narodowej. Wiemy to, ma się rozumieć, doskonale, a ilekroć sobie o tym przypominam, to przypominam sobie jednocześnie taką oto historyjkę. Wchodzi gość do restauracji i już od progu rzuca kelnerowi: - Szampan i owoce! - Hmm, szampan i owoce - mruczy kelner. - A tak konkretnie, to co? - pyta gościa. - A konkretnie, to wódka i ogórek. Wydaje mi się w związku z tym, że za tymi trzema latami deliberacji nowojorskiego sędziego-specjalisty kryje się tempus deliberandi, jakiego potrzebował Departament Stanu do podjęcia decyzji, czy Stany Zjednoczone mają dać się użyć w charakterze bezpośredniego egzekutora roszczeń podnoszonych przez Światowy Kongres Żydów i inne firmy holokaustowej industrii wobec Polski, czy też wycofać się z działań na pierwszej linii. Organizacje amerykańskich Żydów, będące w istocie przedsiębiorstwami ciągnącymi zyski z holokaustu, co przedstawił pan prof. Norman Finkelstein, wypowiedziały bowiem Polsce wojnę psychologiczną. Konkretnie pan Singer, sekretarz Światowego Kongresu Żydów w roku 1996, zapowiedział, że jeśli Polska nie zadośćuczyni oczekiwaniom holokaustowej industrii, to będzie "upokarzana" na arenie międzynarodowej. Nie wiem, czy na tę wojnę ogłaszano jakiś specjalny zaciąg, ale pojawiło się sporo ochotników do walki przeciwko Polsce, zarówno z zagranicy, jak i z kraju. Jednym z nich był pan Jan Tomasz Gross, który na tę okoliczność przywdział mundur "historyka", bodajże nawet "światowej sławy". W tym charakterze sporządził oręż w postaci tzw. smroda, czyli książkę "Sąsiedzi". W charakterze impresaria pana Grossa na gruncie polskim wystąpiło środowisko skupione wokół "Gazety Wyborczej", żydowskiej gazety dla Polaków, która wraz z pozostającymi w jej orbicie licznymi polskimi "pożytecznymi idiotami" wychodziła ze skóry, by Jedwabne awansować do rangi "polskiej narodowej traumy". Nawoływano do "pokuty", oczywiście pod bezpośrednim kierownictwem fachowców od przeprowadzania narodowych reedukacji, której powinni poddać się "wszyscy" Polacy.

Kiedy jednak Episkopat Kościoła katolickiego postanowił pokutować po swojemu i odmówił udziału w psychodramie, jaka miała być odegrana 10 lipca ub. roku w Jedwabnem przed panem ambasadorem Szewachem Weissem, cała impreza zaczęła tracić rozpęd. Nieobecności Episkopatu nie mogła zrównoważyć obecność nawet dziesięciu panów prezydentów Kwaśniewskich, tym bardziej że pan prezydent został już, jeśli można tak powiedzieć, zużyty wcześniej, bo swoje przeprosiny wygłosił od razu w Tel Awiwie. Impreza w Jedwabnem wprawdzie jeszcze się odbyła, bo nakręconej machiny propagandowej nie można było już zatrzymać, jednak obracała się ona tylko siłą inercji. Trzeba było schować "światowej sławy historyka" do jakiejś przechowalni wojennych rekwizytów i jakoś kończyć ten epizod. I już niemal następnego dnia o Jedwabnem wszyscy zapomnieli. Jak doniosła w przeddzień tegorocznej rocznicy "Wirtualna Polska", nawet bezpośrednie otoczenie jedwabnieńskiego pomnika sprawia wrażenie "zaniedbanego". Najwyraźniej pani red. Anna Bikont z "Gazety Wyborczej", która przedtem niemalże przeprowadziła się do Jedwabnego, teraz nawet nie pojawiła się, by wyplewić tam chwasty.

Ale mniejsza z tym. Odrzucenie żydowskich pozwów przez niezawisły nowojorski sąd oznacza, że Departament Stanu postanowił nie angażować bezpośrednio Ameryki w awantury holokaustowej industrii z europejskimi państwami sojuszniczymi, m.in. z Polską. Oczywiście w rozmowach z polskimi dyplomatami prawdopodobnie Amerykanie zażądali wykonania jakiegoś gestu, który by Światowemu Kongresowi osłodził tę amerykańską rezerwę. Na tej zasadzie Instytut Pamięci Narodowej, który, jak wiadomo, też jest niezawisły, mógł być "inspirowany" do ogłoszenia rezultatów śledztwa już 9 lipca, w przeddzień rocznicy jedwabnieńskiej psychodramy.

W takiej sytuacji wiadomo, że pan prokurator Ignatiew musiał zaakcentować "winę Polaków" rozpływającą się atoli w "niemieckiej inspiracji". Ustalenia mogły bowiem przewidywać również i to, że sprawa nie będzie miała już żadnych dalszych ciągów; w szczególności, że nikt nie zostanie pociągnięty do jakiejkolwiek odpowiedzialności. W takiej sytuacji im mętniejsza formuła opisu wydarzeń, tym lepsza. Trzeba powiedzieć, że pan prokurator Ignatiew pod tym względem okazał się znakomitym fachowcem.

Inna rzecz, że zawarcie tego rodzaju kontraktu świadczy o zręczności żydowskiej i nieudolności naszej dyplomacji. Żydzi sprzedali bowiem fałszywą monetę jako prawdziwą, a strona polska zgodziła się jednak naprawdę na, co prawda złagodzoną, niemniej jednak uznaną dyfamację. Gdyby tak pan min. Geremek, głosząc suwerenność państwa polskiego, nie dopuścił do składania przed amerykański sąd żadnych próśb, to być może taka stanowczość Polski utrudniłaby, a może nawet uniemożliwiła Światowemu Kongresowi sprzedanie fałszywej monety w postaci pozwów. Wiemy jednak, że kiedy pan min. Geremek znajdował się na schodach, to nigdy nie było wiadomo, czy z nich schodzi, czy na nie wchodzi. Taki to ci z niego świnks.

Jakie następstwa może mieć dla Polski taka amerykańska decyzja o unikaniu bezpośredniego wciągania Stanów Zjednoczonych w żydowskie rewindykacje w Polsce? Jeśli taka decyzja zapadła, a wspomniany wyrok sądu pośrednio na to wskazuje, to znaczy, że holokaustowa industria będzie próbowała innego sposobu na uzyskanie swoich łupów i będzie pracowała nad wykorzystaniem lub stwarzaniem innych okazji. Wiele wskazuje na to, że taką okazją może być wejście Polski do Unii Europejskiej. Wiadomo, że Niemcy na to właśnie liczą w związku z oczekiwaniami swoich "wypędzonych". W myśl art. 91 ust. 3 obowiązującej w Polsce konstytucji, zresztą specjalnie w ten sposób w tym celu przygotowanej, po ratyfikacji przez Polskę traktatów tworzących Unię Europejską na terenie Polski będzie obowiązywało bezpośrednio prawo Unii Europejskiej, w dodatku korzystając z przywileju pierwszeństwa w razie kolizji z ustawami polskimi. W tej sytuacji niemieccy "wypędzeni" mogą bez najmniejszych obaw wystąpić ze swoimi roszczeniami przed sądy polskie. Będą one nadal, ma się rozumieć, niezawisłe, ale przecież Niemcy będą już miały więcej sposobności do, że tak powiem, sprawowania surveillance. Przede wszystkim jednak sądy te będą od tej chwili musiały orzekać według prawa unijnego, a nie polskiego.

W przewidywaniu otwierających się możliwości Bundestag podjął niedawno uchwalę o potrzebie utworzenia Centrum Dokumentacji Wypędzenia. Charakterystyczne przy tym jest to, że pani Erika Steinbach ze Związku Wypędzonych nalega, by to Centrum urządzić w Berlinie, natomiast socjaldemokraci niemieccy dopuszczają możliwość jego lokalizacji rownież we Wrocławiu. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że pan red. Adam Michnik, który dał się przecież poznać jako jeden z najważniejszych militantów w polsko-żydowskiej wojnie psychologicznej, dosłownie wychodzi ze skóry, by Centrum ulokować we Wrocławiu, a nie w Berlinie. Czy nie chodzi aby o to, że jeśli Centrum będzie w Berlinie, to o rozpoczęciu, zasięgu, formach, zakończeniu akcji windykacyjnej oraz o towarzyszącej jej propagandzie bedą decydowały Niemcy i tylko one? Jeśli natomiast Centrum będzie zlokalizowane we Wrocławiu, to siłą rzeczy będzie musiało przybrać charakter bardziej miedzynarodowy, a wtedy w charakterze współdecydenta o wszystkich tych sprawach wystąpi holokaustowa industria reprezentowana tym razem już nie przez jakichś podejrzanych bimbrowników, tylko przez samego pana red. Michnika, najszlachetniejszego człowieka na świecie, a w każdym razie w powiecie warszawskim.

Krótko mówiąc, lokalizacja Centrum może oznaczać różnicę w rozmiarze przeprowadzonych w Polsce rewindykacji. Samo Jedwabne na tym etapie, nie jest już, ma się rozumieć, ważne, chociaż oczywiście nikt nie może przewidzieć, czy nie przyda się do czegoś w przyszłości. Więc pan prokurator Ignatiew zwołał w Białymstoku... i tak dalej.

Stanisław Michalkiewicz, Najwyżczy Czas!, 2002-07-20

powrot