|
Stanisław Michalkiewicz, Nasza Polska, 17.07.2002 |
|
Kto by pomyślał, że nie minie rok od objęcia władzy, a już pan premier Miller będzie musiał zmienić część kolegów, by ratować reputację rządu? Kto by pomyślał, że tak szybko zostaną ośmieszeni ci wszyscy, którzy jeszcze niedawno z całą powagą głosili, że suwerenność państwowa "już się przeżyła"? Parlament Europejski podjął uchwałę zalecającą państwom kandydującym, by zalegalizowały aborcję. Tymczasem akurat te sprawy zostały zastrzeżone do suwerennych decyzji poszczególnych państw. Całe tedy szczęście, że suwerenność państwowa jeszcze się nie przeżyła, bo w przeciwnym razie cóż byśmy, niebożęta, zrobili? Trzeba byłoby chyba sprzedać Chrystusa Pana za obietnicę srebrników z funduszu SAPARD. Gdyby suwerenność państwowa naprawdę się przeżyła, to amerykański sędzia, działając z powództwa nowojorskich Żydów, wydałby wyrok przeciwko Polsce. Na szczęście suwerenność wcale się nie przeżyła, więc stwierdził tylko, że Polska amerykańskiemu sądowi nie podlega. Wszystkie te przykłady pouczają, by dokładniej sprawdzać wszystkie pogłoski, zwłaszcza dotyczące nieubłaganych konieczności dziejowych, by uniknąć powtarzania różnych głupstw za innymi, zwłaszcza że nie wiadomo, czy to są tylko głupstwa, czy instrumenty wojny psychologicznej. Niedawno w telewizji Puls można było obejrzeć program o "ksenofobii". Uczestnicząca w dyskusji pani red. Józefa Hennelowa z "Tygodnika Powszechnego" wyraziła zgorszone zdziwienie, że w Polsce panuje "antysemityzm bez Żydów". Pani redaktor twierdzi, że Żydów w Polsce "nie ma", a tymczasem "antysemityzm" rozwija się w najlepsze. Gdyby spostrzeżenie pani red. Hennelowej było trafne, to wyglądałoby na to, że Polacy, a przynajmniej ich część, cierpią na jakieś urojenia w rodzaju bólów fantomowych, że po prostu ma na punkcie Żydów fioła. Czy jednak spostrzeżenia pani red. Hennelowej są trafne? Z Listów starego diabła do młodego możemy się dowiedzieć, że nieobecność może być wyższą formą obecności. Diabeł stara się wmówić wszystkim, że go "nie ma", bo wtedy znacznie łatwiej mu pracować nad kuszeniem. Zatem głoszenie nieobecności wcale nie musi być autentyczne. Jak jednak jest naprawdę? Wśród tzw. antynomii megarejskich przedstawionych przez Eubulidesa, ucznia Euklidesa, natykamy się na antynomię łysiny. Jeśli człowiek utraci jeden włos, to jeszcze nie łysina, nieprawdaż? Jeśli nawet utraci dwa włosy - to samo. Od kiedy zatem zaczyna się "łysina"? Na tej samej zasadzie można by zapytać, ilu Żydów powinno znaleźć się w Polsce, byśmy mogli powiedzieć, że już "są"? Z książki dra Mirosława Piotrowskiego Ludzie bezpieki wynika, że w latach 1944-1978 przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, a potem przez MSW - samą centralę, przewinęło się 185 osób narodowości żydowskiej, często na bardzo wysokich stanowiskach. A przecież MBP czy MSW to nie jedyne ministerstwa oferujące wesołe miejsca pracy. Jeszcze lepsze było Ministerstwo Handlu Zagranicznego czy choćby Wewnętrznego, a w ostateczności - Ministerstwo Skupu czy PKPG. (podkr. moje - WK) Czy 185 osób "istnieje", czy też raczej jest dowodem nieistnienia? Od kiedy zaczyna się "łysina"? Wprawdzie demokratyczny dogmat głosi, że wszyscy ludzie są równi, ale skądinąd wiemy, że to nieprawda, że tak się tylko mówi, żeby dogodzić zarozumiałym naiwniakom. Nawet "Francuzi wymowni", którzy ponoć zrobili ten wynalazek, mają przysłowie, że "każdy zna nuty, ale tylko pan Lully potrafi napisać operę". Więc chyba jasne, że ludzie nie są równi, zwłaszcza dzisiaj, kiedy mało kto w ogóle zna jakieś nuty. Skoro tak, to jest rzeczą oczywistą, że nie ilość się liczy, tylko jakość, czyli ciężar gatunkowy. Przeczuwał to już austriacki generał Potiorek badający ciężar gatunkowy żołnierzy poprzez zanurzanie ich w beczce i zapisywanie, ile to wody wypierają. Jednak nie o fizyczne właściwości przede wszystkim tu chodzi, tylko o duchowe. Taki np. pan red. Adam Michnik sam jeden starczy - bo ja wiem? - może nawet za milion zwyczajnych Żydów. Nie jestem w tym mniemaniu odosobniony, bo musiały być jakieś powody, dla których to właśnie pan red. Michnik otrzymał od amerykańskich Żydów tytuł "Żyda Roku" któregoś tam i przyjął go z całkowitym zrozumieniem. Skoro zatem mamy u nas pana red. Michnika z jego mesjańskimi upodobaniami, to tak, jakbyśmy mieli Legion. Być może, że pani red. Hennelowej niezręcznie to zauważyć, ale wygląda na to, że mamy łysinę niczym pan Józef Oleksy, a nawet Cyrankiewicz! To jednak nie tłumaczyłoby, skąd właściwie bierze się zjawisko nazwane przez panią Józefę "antysemityzmem". Na przykład jest w Polsce całkiem sporo Wietnamczyków. Czy jednak ktokolwiek słyszał o jakimś odwiecznym polskim antywietnamizmie? Jak widać, sama obecność w tej czy innej formie nie wystarczy. Musi być jeszcze coś, by ujawniła się ta niechętna i nieufna postawa, bo chyba ją właśnie ma na myśli pani red. Hennelowa? W 1996 roku niejaki pan Singer, sekretarz Światowego Kongresu Żydów, zagroził publicznie, że jeśli Polska nie zadośćuczyni majątkowym roszczeniom żydowskim, to będzie "upokarzana" na arenie międzynarodowej. To "upokarzanie" wkrótce się rozpoczęło, przybierając postać wojny psychologicznej przeciwko nie tyle państwu, bo formy państwowości się zmieniają, co przeciw narodowi polskiemu, że jest narodem zbrodniarzy. Z żadną prawdą historyczną ani psychologiczną nie ma to oczywiście nic wspólnego, bo celem nie jest ustalenie jakiejś prawdy, tylko zwyczajny szantaż. To pan Singer wyjaśnił nam już w 1996 roku bez najmniejszych wątpliwości. Mamy zatem do czynienia z wypowiedzianą wojną psychologiczną przeciwko narodowi polskiemu, w której stawką jest jego międzynarodowa reputacja, może nawet na stulecie. Część polskich Żydów włączyła się do tej wojny w charakterze piątej kolumny. Tymczasem polskie, pożal się Boże, "elity" najzwyczajniej w świecie stchórzyły, przynajmniej w większości. Jest to oczywiście wina narodu polskiego, któremu nikt przecież nie kazał wybierać na swego prezydenta akurat pana Aleksandra Kwaśniewskiego. Ale mówi się: trudno. Co się stało, to się nie odstanie. Jednak mimo zdrady i tchórzostwa swoich elit, naród instynktownie stawił opór przeciwko tej psychologicznej agresji. Poczuł się Stroną Wojującą. Tę postawę, z natury rzeczy sytuacyjną, pani red. Hennelowa nazywa "antysemityzmem". Powiedziałbym, że jak zwykle się myli, gdybym nie podejrzewał, że walka z "polskim antysemityzmem" jest ważnym elementem tej psychologicznej wojny. Ta tresura ma po prostu naród polski rozbroić. (podkr. moje - WK) Stanisław Michalkiewicz, Nasza Polska, 2002-07-17 |