|
|
|
"Wielebny Księże Biskupie, zwracam się
z gorącą prośbą o zrozumienie tego, co chcę tu napisać. Wiem, że Ksiądz
Biskup jest mi życzliwy, proszę zatem z nadzieją" - zagaja z życzliwą
wyrozumiałością Turnau. Publicysta "GW" już na wstępie listu do ks.
biskupa podniósł ważki problem komunikatywności swojej wypowiedzi. Niegdyś
przyznał się, że w ramach swoiście rozumianego przez siebie ekumenizmu
ustawił w swoim pokoju obok siebie posążek Buddy, krucyfiks i menorę.
Wówczas winniśmy byli np. życzliwie zrozumieć, że nie uprawiał on
prymitywnego synkretyzmu (zob. "GW" 13-14.05.2000, "Dalajlama w
kościele"), a teraz - że nie jest bezczelny. Turnau zdaje się nie rozumieć
ks. bp. Stefanka, który przypomina w homilii, iż "na niewinnej krwi
pomordowanych Żydów robi się w tej chwili najlepszy interes i trzeba
wiedzieć, komu się narażamy, gdy mówimy o tych sprawach głośno". "Księże Biskupie, tak nie można mówić!" - prostuje po
dobroci Turnau. Publicysta "Wyborczej" cytuje następnie Jana Nowaka-Jeziorańskiego (skrót wypowiedzi zachowany w oryginale za "GW"), który stwierdza, iż "zachodzi paląca potrzeba jakiegoś symbolicznego aktu, który stałby się wyrazem żalu i zadośćuczynienia za zbrodnię i okrucieństwo, których dopuścili się nasi rodacy. (...) Dopiero wtedy będziemy mogli skutecznie i wiarygodnie bronić dobrego imienia Polski przed oszczerstwem, że Polacy byli rzekomo wspólnikami Hitlera w zbrodni zagłady". Teraz już wiemy, a zwłaszcza Turnau, że bez sprawy Jedwabnego polski wkład w walce z hitlerowskimi Niemcami byłby wielce problematyczny. Jeśli Polacy ukorzą się przed Żydami za mord w Jedwabnem, w sprawie którego śledztwo IPN-u jest w toku, może ci ostatni zrozumieją, że historia Polski była znacznie mniej problematyczna. Przyjmie ją wówczas do wiadomości sam Jan Turnau, który na końcu zrozumie najlepiej. Waldemar Moszkowski
Waldemar Moszkowski, Nasz Dziennik, 0000-00-00 |