nasza witryna Nowe fałsze Grossa (13) - "Zapomniano" przeprosić Polaków!
prof. Jerzy Robert Nowak


  Metody manipulacji Grossa możemy świetnie zaobserwować na przykładzie przedstawiania przez niego historii Europy Środkowowschodniej zniewolonej przez Sowiety, w pierwszych latach po wojnie, od 1945 r. do śmierci Stalina w 1953 roku. Otóż Gross stara się tak manipulować faktami, przede wszystkim antydatując wydarzenia, aby pokazać żydowskich działaczy komunistycznych wyłącznie jako ofiary stalinizmu, zacierając prawdę o wcześniejszych wydarzeniach, gdy te same późniejsze ofiary były częstokroć bezwzględnymi katami.

Ofiary czy kaci
Jednym z najjaskrawszych oszustw Grossa jest świadome antydatowanie przez niego o dwa lata antyżydowskiej kampanii w Europie Środkowej, przedstawianie jakoby rozpoczęła się ona już pod koniec lat 40. (in the late 1940 - wg. "Fear", s. 223). Gross pisze tam: "Niewiele jest wątpliwości co do tego, że Stalin zaspokajał i instrumentalizował antysemityzm w swych ostatnich latach. Podstawowy antysemicki impet aresztowania Anny Pauker w Rumunii, procesu Rajka na Węgrzech i w szczególności procesu Slanskyego w Czechosłowacji zaznaczał się wyraźnie". Otóż z tych trzech wydarzeń wyliczonych przez Grossa tylko jedno - proces Rajka - miało miejsce "pod koniec lat 40." - w 1949 roku. Tylko że zaliczenie sfabrykowanego procesu czołowego komunisty pochodzenia węgierskiego L. Rajka, ofiary terroru komunistów żydowskich, do prześladowań antysemickich jest - jak już pisałem - wierutnym kłamstwem. Dwa pozostałe wydarzenia miały miejsce trzy lata później. W 1952 r. doszło do procesu Slanskyego, usuniętego z czołowej funkcji w partii we wrześniu 1951 roku. Także dopiero w 1952 r. doszło do usunięcia A. Pauker z jej dyktatorskiej pozycji, pozbawienie jej członkostwa Biura Politycznego i Sekretariatu KC rumuńskiej partii komunistycznej (por. Sowietskij enciklopediczeskij slowar, Moskwa 1987, s. 977).
Fałsz tego antydatowania dokonanego przez Grossa ma bardzo istotne znaczenie. W 1949 r. bowiem w najlepsze trwał jeszcze proces niszczenia rodzimych komunistów z Węgier, Polski, Czechosłowacji i Rumunii przy ogromnym udziale i zaangażowaniu komunistów pochodzenia żydowskiego. Na Węgrzech osiągnął on kulminację w 1949 r., czego wyrazem było powieszenie najbardziej wpływowego komunisty pochodzenia węgierskiego L. Rajka. W 1950 r. doszło na Węgrzech do kolejnej czystki i aresztowań komunistów nie-żydowskiego pochodzenia na czele z J. Kádárem. Z kolei fanatyczny sekretarz generalny KP Czechosłowacji Slansky (Salzmann) był w latach 1949-1950 szczególnie gorliwy w tropieniu czeskich i słowackich "narodowych odchyleńców" i przynaglał do jak najszybszego wykrycia czechosłowackiego Rajka. W Polsce w tym samym czasie pod kierownictwem Bermana et consortes, przy wsparciu Bieruta, w najlepsze rozwijała się polityczno-bezpieczniacka rozprawa z tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym.
Aby przedstawić żydowskich komunistów w roli ofiar stalinizmu, Gross ukazuje faktycznie dopiero trzeci etap powojennych walk wewnętrznych i czystek, świadome przemilczając pierwsze dwa etapy, kiedy żydowscy komuniści nie byli żadnymi ofiarami, a wielu z nich odgrywało wyłącznie rolę katów. Pierwszy z tych etapów to okres lat 1945-1947, gdy żydowscy komuniści dyrygowali terrorem wymierzonym w prozachodnie siły niepodległościowe (typu PSL i jego odpowiedników w Europie Środkowej) oraz w podziemie niepodległościowe w Polsce; drugi etap - lata 1948-1950, ze szczególnym natężeniem od 1949 r., oznaczał czas, gdy żydowscy komuniści rozprawiali się pod hasłami walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym" z komunistami polskiego, węgierskiego, czeskiego, słowackiego czy rumuńskiego pochodzenia. Dopiero na trzecim etapie (w latach 1951-1952) zaczęto uderzać w kierowniczych żydowskich działaczy komunistycznych (zarzuty syjonizmu). Jaskrawym fałszem Grossa jest jednak sugerowanie, że kampania antyżydowska zdominowała atmosferę w całej Europie Środkowej w sytuacji, gdy jej skutki uderzyły boleśnie komunistów pochodzenia żydowskiego tylko w dwóch krajach: w Czechosłowacji i w Rumunii. Zupełnie odmiennie było na Węgrzech i w Polsce. Na Węgrzech aż do jesieni 1956 r. dominowały rządy żydowskich komunistów najbezwględniejszego typu, depczących z furią węgierskie uczucia narodowe. Także w Polsce do 1956 r. nie doszło ani do osłabienia pozycji żydowskich polityków na szczytach władzy, ani do antyżydowskiej czystki w MBP czy MSZ.
Wymowne pod tym względem są informacje podane przez prof. Andrzeja Paczkowskiego, skądinąd chętnie cytowanego przez Grossa, ale akurat nie w tej sprawie. Profesor Paczkowski, pisząc o ponawianych przez ambasadora sowieckiego w Warszawie Wiktora Lebiediewa alarmujących raportach na temat całkowitego zdominowania bezpieki w Polsce przez Żydów, stwierdził, że w 1950 r. do ambasady sowieckiej dochodziły niechętne Żydom głosy, takie jak np. Władysława Wolskiego, piętnującego istnienie "żydowskiej kliki w partii" (por. A. Paczkowski, Żydzi w UB: próba weryfikacji stereotypu [w:] Komunizm. Ideologia, system, ludzie, pod red. T. Szaroty, Warszawa 2001, s. 203). Jak komentował prof. Paczkowski: "Tak więc na fali narastającego już od 1948 r. w WKP/b/ i aparacie sowieckim antysemityzmu pojawili się w Polsce pierwsi chętni do popłynięcia na niej ku najwyższym stanowiskom. Żaden z nich jednak nic nie zyskał, a Wolski poniósł wręcz sromotną klęskę - niebawem po złożeniu swego (kolejnego) donosu został usunięty nie tylko z KC, ale w ogóle z PZPR (por. tamże, s. 203). Tak wyglądała sytuacja w polskiej partii komunistycznej w 1950 roku! Jak to się ma do ewidentnych kłamstw Grossa o rzekomym nasileniu antysemityzmu już od końca lat 40.? Paczkowski pisze dalej (op. cit., s. 203-204): "Choć Lebiediew jeszcze w lutym 1950 r. przekazał Stalinowi swoją opinię o konieczności 'wymiany' kierownictwa MBP, trzon bezpieki pozostał nienaruszony i wszyscy dyrektorzy departamentów wytrwali na swoich - lub równorzędnych stanowiskach. Aż do 1956 r. żadne poważniejsze zmiany w MBP nie miały związku z kampanią antysemicką. (...) 'Baroni' bezpieki, dyrektorzy departamentów i szefowie WUBP niezależnie od pochodzenia pozostali na swych stanowiskach. Nie znaczy to, że aparat bezpieczeństwa składał się wyłącznie z Żydów lub filosemitów, jednak postawy antysemickie nie ujawniały się. Zapewne dlatego, że nie było na nie przyzwolenia kierownictwa partii, które dobrze kontrolowało bezpiekę" [podkr. - J.R.N.]. Usadowieni w Biurze Politycznym KC PZPR do 1956 r. tacy ludzie, jak Berman czy Minc dobrze dbali o swych towarzyszy w bezpiece. Podobnie było w MSZ, gdzie mimo nadreprezentacji żydowskich komunistów także nie doszło do żadnych zmian składu narodowościowego (por. A. Paczkowski, op. cit., s. 204).
Gross całkowicie zaciera prawdę o takiej sytuacji na Węgrzech i w Polsce, pisząc o tym, jak to w Europie Środkowej nasilał się "impet antysyjonistyczny". Pomija również całkowitym milczeniem fakt, że antyżydowskie działania w Czechosłowacji i w Rumunii częściowo uderzyły w te same osoby, które do niedawna gorliwie wypełniały rolę stalinowskich katów (od Slanskyego po Pauker). Gross całkowicie przemilcza również sprawę przewodniej roli żydowskich funkcjonariuszy partii czy bezpieki w rozprawianiu się z nie-żydowskimi działaczami komunistycznymi w ramach walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym". Na przykład rolę Bermana i Minca w kampanii przeciw Gomułce i jego zwolennikom. Według zeznań Fejgina, złożonych w 1957 r. na rozprawie sądowej, w 1951 r. Minc na jego uwagę, że nie ma materiałów uzasadniających aresztowanie Gomułki, zareplikował z całym cynizmem: "Jak będzie potrzeba, to będziesz go 10 lat bez materiałów trzymał" (cyt. za A. Werblan, Stalinizm w Polsce, Warszawa 1991, s. 59).
Warto tu zacytować jakże wymowny fragment tekstu Władysława Bieńkowskiego, przez pewien czas ministra kultury w PRL-u, autentycznego partyjnego reformatora. Pokazuje on wyraźnie, jak bardzo właśnie żydowscy komuniści skorzystali na rozbiciu skrzydła gomułkowskiego w PZPR i na walce z "prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem". W wydanej w 1969 r. w wydawnictwie paryskiej "Kultury" książce "Motory i hamulce socjalizmu" (Paryż 1969, s. 46-47) Bieńkowski pisał: "(...) Zwrot, jaki dokonał się po 1948 r. po 'zdemaskowaniu' odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego stworzył nową sytuację, w pewnej mierze przypominającą przedwojenne perypetie KPP. Ponieważ największym zagrożeniem dla młodego socjalistycznego państwa okazały się tendencje nacjonalistyczne w partii, reprezentowane przez grupę działaczy (nb. nie-Żydów), usuniętych i poddanych represjom - rola aktywu żydowskiego, jako nie podejrzanego o polski nacjonalizm wzrosła, w całym aparacie [podkr. - J.R.N.] Szczególnie rzucający się w oczy był ich udział w niektórych służbach wymagających większego politycznego zaufania - w placówkach służby zagranicznej, zarówno dyplomatycznej, jak i handlowej, a nawet wojskowej. W poważnym stopniu na klimacie, jaki w społeczeństwie wytworzył się dokoła nielicznej ocalałej ludności żydowskiej, zaciążył fakt szerokiego użycia Żydów w rozbudowywanym aparacie bezpieczeństwa (...)".
Zdaniem prof. Paczkowskiego "Być może przeprowadzenie czystki antysemickiej w Polsce utrudnione było przez fakt, że rozpoczęto od walki z polskim 'odchyleniem nacjonalistycznym'" (por. A. Paczkowski, op. cit., s. 203).
Dodajmy, że wbrew apokaliptycznym obrazom kreślonym przez Grossa nawet w samym ZSRS nie było jakiejś całościowej czystki antyżydowskiej. Do ostatnich dni Stalina przetrwał u jego boku jako członek najwyższych władz komunistycznych - Prezydium KC KPZR, czołowy komunista żydowskiego pochodzenia Łazar Kaganowicz, jeden z głównych organizatorów represji w latach 30. i na początku lat 50., kat Ukrainy, główny odpowiedzialny za potworną klęskę głodu na Ukrainie w latach 30. W końcu stycznia 1953 r., więc na krótko przed śmiercią Stalina, urządzono ogromnie uroczysty pogrzeb bardzo bliskiemu Stalinowi żydowskiemu komuniście Lwowi Zacharewiczowi Mechlisowi, szefowi Głównego Zarządu Politycznego wojska w latach 1937-1940, szczególnie odpowiedzialnemu za stalinowskie represje w wojsku w 1937 roku. Niezadługo potem przyznano Stalinowską Nagrodę Pokoju czołowemu pisarzowi żydowskiego pochodzenia Ilii Erenburgowi. To wszystko nie wyklucza oczywiście możliwości, że Stalin już wtedy zmierzał do skoordynowanego całościowego uderzenia przeciwko komunistom pochodzenia żydowskiego w ZSRS i krajach Europy Środkowej. Należy pokazywać jednak pełnię obrazu sytuacji. I tak np. Gross pisze na s. 210, że "wielu ze starych bolszewików, których zniszczono w czasie Wielkiego Terroru lat 30. było żydowskiego pochodzenia". To prawda. Szkoda jednak, że Gross ani słowem nie wspomina, że w morderczych czystkach lat 30. uczestniczyło również niemało komunistów żydowskiego pochodzenia. Takich choćby jak Kaganowicz czy Mechlis (nb. obaj zawsze deklarowali w ankietach partyjnych swoje żydowskie pochodzenie).

Brednie o fuzji "komunistów z faszystami"
Gross nie zadowala się antydatowaniem o dwa lata kampanii antysyjonistycznej w Europie Środkowej z 1951 r. na 1949 r. i całkowitym przemilczeniem pierwszych dwóch okresów powojennej historii: 1945-1947 i 1948-1950, gdy żydowscy komuniści bezapelacyjnie przodowali w roli stalinowskich prześladowców we wszystkich czterech omawianych krajach: Polsce, na Węgrzech, w Rumunii i w Czechosłowacji. W pewnym momencie Gross idzie dosłownie na całość, oskarżając partie komunistyczne, że rzekomo od początku postawiły na współdziałanie z faszystami. Wszystko oczywiście kosztem biednych Żydów! Jest to tak potworna brednia, że trudno zrozumieć, jak ktoś wypisujący ją może być profesorem historii na renomowanym amerykańskim uniwersytecie czy w ogóle profesorem. Na s. 223-224 Gross twierdzi: "Nie ma wątpliwości co do antysemickiego impetu uwięzienia Anny Pauker w Rumunii, procesu Rajka na Węgrzech i w szczególności procesu Slanskyego w Czechosłowacji. Ktoś może wskazać, że te epizody nastąpiły pod koniec lat 40. i na początku lat 50., ale już we wcześniejszej fazie komunistycznego sięgania po władzę w Europie Wschodniej partia zrobiła jasny wybór między Żydami a ich miejscowymi wrogami. Natychmiast po zakończeniu wojny komunistyczne partie w całej Europie Wschodniej zaczęły się umizgiwać do członków przedwojennych partii faszystowskich" [podkr. - J.R.N.].
Czytelnicy "Naszego Dziennika" muszą mi wybaczyć, że zacytuję za oryginałem podkreślony fragment tej niesamowitej brechty Grossa. Chodzi o to, by nawet najbardziej niewierni Tomasze przekonali się, jak cynicznie kłamie Gross, jak bezgraniczne są możliwości wymyślania przez niego nawet najbardziej niewiarygodnych bredni w imię raz przyjętej absurdalnej tezy. Zacytujmy dokładnie ten fragment tekstu Grossa ze s. 223-224, poprzednio podkreślony w przekładzie polskim: "(...) even as far back as the earliest phase of the Communist reach for power in Eastern Europe, the Party had made a clear choice between Jews and their local enemies. Immediately after the war ended, Communist parties all over Eastern Europe began to court former members of prewar fascist movements". Tekst jest przykładem skrajnej głupoty czy raczej niewiarygodnego wprost cynizmu autora. Jak można wytłumaczyć, że kierownictwa partii zdominowanych przez żydowskich komunistów mogły pójść na "jasny wybór" na rzecz faszystów i na szkodę Żydów? Można, jeśli się przemilczy wyjątkowo wielką rolę Żydów w tych kierownictwach! Tak, jak to robi Gross, całkowicie przemilczając żydowskie pochodzenie Rákosiego i jego czołowych wspólników we władzy, czy milcząc o tak potężnej pozycji Żydów w kierownictwie polskiej partii komunistycznej.
Gross na dowód swego twierdzenia powołuje się na wypowiedzi przywódcy komunistów na Węgrzech M. Rákosiego w odniesieniu do dawnych faszystów nilaszowskich i przywódczyni komunistów w Rumunii A. Pauker w odniesieniu do dawnych faszystowskich członków Żelaznej Gwardii. Przypomnijmy więc, że na Węgrzech w latach 1945-1946 stracono ponad 600 osób oskarżonych o faszyzm, w tym obok czterech byłych premierów wielu bardziej wpływowych faszystów nilaszowskich. Starano się natomiast dać wolny dostęp do partii komunistycznej dawnym członkom partii nilaszowskiej wśród robotników, głosząc teorię o drobnych zbłąkanych nilaszowcach. Robiono tak tylko ze względu na ogromną słabość węgierskiej partii komunistycznej, która starała się usilnie powiększyć swą liczebność. Podobnie było w przypadku rumuńskiej partii komunistycznej, przyjmującej "drobnych" robotniczych członków dawnej faszystowskiej Żelaznej Gwardii. Co najlepsze, z inicjatywami tego typu występowali za każdym razem przywódcy żydowskiego pochodzenia (Rákosi na Węgrzech i Pauker w Rumunii). Żydowscy przywódcy w pełni kontrolowali sytuację w swoich partiach i przyjmowali na ich szeregowych członków wielu prostych robotników b. członków partii faszystowskich, wiedząc, że i tak nie będą oni nic mieli do gadania po zamienieniu faszystowskich führerów na komunistycznych. Uwagi Grossa, że partia "zrobiła jasny wybór między Żydami a ich lokalnymi wrogami", umizgując się do tych ostatnich, jest więc totalną brechtą! Partia, a więc Żydzi; Rákosi i Pauker?! Żeby było zabawniej, na s. 225 Gross pisze nawet o ostrożnie przeprowadzonym "połączeniu między komunistami i faszystami" (fusion between Communists and fascists) w powojennej wschodniej Europie. Połączeniu, które dokonywało się akurat pod kierownictwem tak sławetnych żydowskich komunistów, jak Rákosi czy Pauker (sic!). Gross wychodzi jednak z założenia, że ignoranccy Amerykanie wszystko przełkną. I jak dotąd się nie mylił, sądząc po entuzjastycznych recenzjach Amerykanów, a ściślej amerykańskich Żydów typu E. Wiesela. No... i takich "polskich naukowców" jak profesor P. Wróbel z Toronto! Zupełnym nonsensem jest przytoczenie zaraz potem jako dowodu "polityki uwodzenia faszystów" w Polsce sprawy uwolnienia z więzienia B. Piaseckiego i stworzenia przezeń PAX-u. Odosobniony przykład postawienia na grupę Piaseckiego w celu rozbijania Kościoła nie zmieniał sytuacji w Polsce, zdominowanej przez bardzo duże wpływy żydowskich komunistów w bezpiece, gospodarce czy propagandzie. Cóż to miało wspólnego z twierdzeniami o dokonaniu przez partię "jasnego wyboru między Żydami a ich miejscowymi wrogami" na korzyść tych ostatnich? Jaki wpływ miał w ówczesnej Polsce stalinowskiej B. Piasecki w porównaniu z J. Bermanem, H. Mincem czy choćby J. Różańskim? Odwołam się w tym momencie do bardzo świeżego tekstu pióra Antoniego Zambrowskiego pt. "Obrona niesławy" ("Gazeta Polska" z 9 sierpnia). Autor pisze tam, iż: "(...) gdy Moskwa sobie tego życzyła, Bolesław Piasecki jadał Żydom z ręki, o czym świadczy wieloletnia współpraca i zażyłość z pułkownikiem bezpieczeństwa Luną Brystygierową (...)".
Ani mi w głowie wybranianie komunistów! Byli oni zdolni do wszelkich podłości, jak dowiodło choćby wydawanie przez nich w czasie wojny AK-owców w ręce gestapo, co pierwszy ujawnił J. Światło w swoich "wyznaniach" w Radiu Wolna Europa. Tyle że zdominowani przez Żydów komuniści nie mieli żadnej potrzeby "fuzji z faszystami", i to jeszcze wybierając na ich korzyść przeciw Żydom. Owszem, komuniści wykorzystywali niektóre osoby z zabagnioną przeszłością na zależnych od nich stanowiskach (np. B. Piaseckiego), a najczęściej zwykłych robociarzy-faszystów na Węgrzech lub w Rumunii. Trzymali jednak wszystkie klucze do władzy. Nie było mowy o żadnej fuzji (połączeniu) komunistów i faszystów, jak sugeruje Gross, by dowodzić antysemityzmu partii komunistycznych w Europie Środkowej i wynikającej z tego rzekomej roli Żydów jako ofiar komunizmu.
Ciekawe, co o tym obłędnym, a tak kompromitującym komunistów pomyśle Grossa sądzą popularyzujący go tak skwapliwie komuniści z redakcji "Polityki"? Może wypowie się na ten temat Daniel Passent lub inny janczar jaruzelszczyzny z postkomunistycznego "Przeglądu" - Krzysztof Teodor Toeplitz! A może zabierze głos w tej sprawie tak hołubiony przez Michnika komunista M.F. Rakowski. Czy inny hołubiony przez Michnika komunista, przedstawiony przezeń jako "człowiek honoru" - C. Kiszczak. Wywołuję tych komunistów do tablicy nieprzypadkowo. Jeśli już nie mają ani krzty szacunku dla godności narodowej Polaków, to może zdobędą się chociaż na zaprotestowanie przeciwko pomówieniu, doprawdy głupawemu pomówieniu Grossa o rzekomym "połączeniu komunistów i faszystów" w Polsce po 1944 roku!

Berman jako "polski patriota"?!
Szczególnie groteskowe, wręcz zabawne jest sugerowanie przez Grossa na s. 240-241, jakoby sam osławiony Jakub Berman ulegał wpływom "polskiego nacjonalizmu". Gross cytuje tam jedno zdanie z wystąpienia Bermana z września 1945 r. mówiące o tym, że historia, ruchu robotniczego nabiera "krwi i ciała", gdy umieszcza się ją w całokształcie narodowej historii, a potem z triumfem komentuje, że oto taki "symbol 'żydokomuny' dla oponentów reżimu" jak Berman starał się legitymizować partię komunistyczną przez wydźwięk tego typu. Oznaczało to według Grossa, jakoby partia komunistyczna "miała małą przestrzeń (jeśli w ogóle miała jakąś wolę) dla równoczesnej obrony żydowskich interesów, jakkolwiek rozumianych" (s. 241). Jedno wyrwane zdanie z wystąpienia Bermana jesienią 1945 r. ma służyć tu jako dowód rzekomego stawiania tego polityka na polskie narodowe cele, przy równoczesnym rzekomym zaniedbywaniu przez niego żydowskich interesów. Gross oczywiście świadomie przemilcza wyjątkowo wielką rolę, jaką tenże Berman odegrał w walce z polskimi tradycjami narodowymi, nawet z komunistami polskiego pochodzenia, takimi jak Gomułka, w walce z "prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem". Posługiwanie się jednym wyrwanym zdaniem dla uogólniania całej postawy politycznej jest równie wiarygodnym zabiegiem badawczym jak ewentualne uzasadnianie religijności B. Bieruta tym, że szedł uroczyście w procesji Bożego Ciała w 1946 roku. Dodajmy przy okazji, że brat J. Bermana Adolf Berman, zanim wyjechał do Izraela, odgrywał czołową rolę w organizacjach syjonistycznych i Centralnym Komitecie Żydów w Polsce. Wielokrotnie występował przy tym na rzecz zaostrzenia walki z polskim "antysemityzmem i nacjonalizmem".

Niedoszłe przeprosiny
Gross miałby dużo więcej trudności w rozpowszechnianiu kłamst, gdyby we wzajemnym dialogu polsko-żydowskim panowała rzeczywista wzajemność. Ze strony polskiej niejednokrotnie występowano do Żydów z gestami ekspiacji za gorsze chwile z przeszłości. Ze strony żydowskiej natomiast nie wystąpiono z żadną podobną próbą ekspiacji, choć nie brakowało ku temu powodów i choć czasem składano w tym względzie pewne obietnice. Na tle oskarżycielskiej furii antypolskiej J.T. Grossa warto tym mocniej przypomnieć powtarzające się co pewien czas głosy, że i Żydzi mają w swej przeszłości sprawy, za które powinni przeprosić Polaków. Kilkakrotnie występował w tej sprawie m.in. tak wnikliwy zagraniczny obserwator polskich spraw, jak Bernard Margueritte, od paru dziesięcioleci francuski korespondent w Polsce. Były to świadectwa człowieka patrzącego z zewnątrz, z pozycji niezależnej, na stosunki polsko-żydowskie. Przypomnijmy tu parę jego ocen. Już w 1995 r., występując w programie "Europe 1", Margueritte stwierdził m.in.: "Na koniec musi być powiedziane i to, że Polska - zarówno przez swego prezydenta, jak i Episkopat - przepraszała za wszelkie krzywdy uczynione w historii Żydom przez Polaków. Polska jednak nadal czeka na to, by izraelskie władze wyraziły żal za zbrodnie popełnione przez Żydów współpracujących ze Stalinem i zbrodnie popełnione na milionach ludzi w krajach komunistycznych w okresie stalinowskim. Czy tego typu oświadczenie nie byłoby niezbędne dla zwalczania antysemityzmu, i czy brak tego typu oświadczenia nie prowokuje antysemityzmu (...)" (cyt. za "Warsaw Voice", nr 27 z 1995 r. i za: Kto prowokuje Polaków. Z innych szpalt, "Słowo - dziennik katolicki", 30 lipca 1995).
Trzy lata później Margueritte wystąpił z bardzo podobnymi stwierdzeniami na łamach "Tygodnika Solidarność" z 10 lipca 1998 roku. Przypomniał tam, że Kościół katolicki w Polsce stanowczo przeciwstawił się przejawom antysemityzmu w oświadczeniu z 1990 r., że powinno to spotkać się z podobnym postępowaniem z drugiej strony. Jak pisał Margueritte: "Nie tylko katolicy jednak muszą mówić o swoich grzechach. Wciąż nasi żydowscy przyjaciele nie potrafią zrozumieć, jak ważnym źródłem nienawiści był fakt, że tylu Żydów działało u boku Stalina i w NKWD czy w polskim UB. Histeryczne reakcje na uwagi ojca Chrostowskiego na ten drażliwy temat na łamach 'Tygodnika Powszechnego', łącznie z oskarżeniem tego człowieka zasłużonego dla zbliżenia polsko-żydowskiego o antysemityzm, pokazują, niestety, że czas na rzeczowe i szczere omówienie współdziałania niektórych Żydów ze stalinizmem jeszcze nie nadszedł".
W 2001 r. uparty francuski korespondent kolejny raz ponowił swój apel do Żydów, aby i oni przyjrzeli się dużo bardziej krytycznie swoim działaniom wobec Polaków w przeszłości. Jak pisał Margueritte w tekście "Polsko-żydowska prawda, cała prawda" ("Tygodnik Solidarność" z 29 czerwca 2001 r.): "Marzę również o tym, aby Żydzi zamiast atakować Polaków przy każdej okazji, mówili o nich dobrze i zaczęli wreszcie pokutować za własne grzechy. Tylko tą drogą staną się naprawdę wielkimi i tylko tą drogą zbudują pojednanie. Dlaczego nie wspominać, że tylu Żydów zamieszkało na ziemiach polskich dlatego, że wyrzucani ze Wschodu i z Zachodu znaleźli właśnie tu ziemię tolerancji? Niech Żydzi, a nie tylko Polacy oddają pełniejszy niż dotychczas hołd Polakom, którzy ich ratowali! A o własnych grzechach czy nasi bracia Żydzi nie mają nic do powiedzenia? Dlaczego nie przypomnieć, że często na wschodzie Polski Żydzi witali z entuzjazmem stalinowskiego najeźdźcę, na oczach zbolałych polskich współobywateli? Dlaczego nie przypomnieć, po tylu latach, o haniebnym udziale tylu Żydów w szeregach NKWD (czy UB), odpowiedzialnego za inny holocaust? (...) Okazuje się jeszcze raz, że nie wystarczy mówić prawdę, trzeba mówić całą prawdę, odkryć wszystkie jej aspekty. Niech więc Polacy mówią o wielkości narodu żydowskiego o holocauście i pokutują za swoje winy, niech Żydzi oddają hołd Polakom i zechcą zauważyć własne, czasem potworne, grzechy. Wtedy i tylko wtedy staną się możliwe pojednanie, rozumienie, a może nawet miłość między tymi dwoma narodami, które przecież tak wiele łączy!".
Niestety, nadzieje na takie wystąpienie ze strony żydowskiej okazały się aż nadto złudne. Zamiast krytycznej, obiektywnej rewaluacji przeszłości w stosunkach z Polakami doszło do wydania kolejnego szczególnie obrzydliwego paszkwilu - "Strachu" Grossa. A przecież z postulatami wyjścia z przeprosinami (po kilku inicjatywach tego typu ze strony polskiej) wychodzili również niektórzy Żydzi i Polacy żydowskiego pochodzenia. By przypomnieć choćby, już dziś zapomnianą, wypowiedź Stanisława Krajewskiego, obecnego współprzewodniczącego Rady Chrześcijan i Żydów, z 1994 roku. Występując na międzynarodowej konferencji, Krajewski zdobył się wówczas na publiczne przyznanie: "Czuję się zawstydzony z powodu przestępstw popełnionych przez żydowskich komunistów" (por. "Gazeta Wyborcza" z 16 lipca 1994 r.).
Przypomnijmy tu również wystąpienie 7 lat później Polaka żydowskiego pochodzenia Anatola Lawiny, niegdyś więzionego za udział w anty-PRL-owskiej opozycji. W nawiązującym do sprawy zbrodni Morela tekście publikowanym na łamach "Rzeczpospolitej" z 5 czerwca 2001 r. Lawina jednoznacznie wystąpił przeciwko tym, którzy próbują zanegować konieczność równoczesnych przeprosin przez Żydów za popełnione przez ich ziomków zbrodnie. Pisał m.in.: "(...) jestem gotów przeprosić za tych Żydów, którzy jak Lila Potok, Szlomo Morel, Pinka Mąka, przeżyli obozy hitlerowskie i przyznając sobie prawo odwetu, sami stali się okrutnymi oprawcami, wręcz zbrodniarzami, będąc komendantami w obozach przez siebie zorganizowanych, w Gliwicach, w Świętochłowicach i innych miejscowościach na Śląsku". Przypomnijmy też, co mówił w wywiadzie z 2001 r. architekt i działacz polityczny żydowskiego pochodzenia Czesław Bielecki, wówczas przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. W wywiadzie udzielonym "Najwyższemu Czasowi" z 7 lipca 2001 r. Bielecki powiedział m.in.: "Są sprawy, za które też Żydzi muszą przepraszać. Nie może być tak, że jeżeli prokurator Helena Wolińska zabiła sądowo naszego bohatera, gen. Emila Fieldorfa, to społeczność żydowska nie jest za to odpowiedzialna".
Na koniec rzecz ciekawa i ważna, a dziś tak niesłusznie zapomniana. Otóż nawet Michael Schudrich, rabin Warszawy i Łodzi, czołowa postać religijna wśród polskich Żydów, wystąpił w swoim czasie (w 2002 r.!) z obietnicą przeproszenia za "zło popełnione przez żydowskich komunistów na Polakach". W wywiadzie opublikowanym przez KAI Schudrich powiedział m.in.: "Jesteśmy winni naszym nieżydowskim współobywatelom jasne stwierdzenie, że komuniści pochodzenia żydowskiego nie działali w naszym imieniu, z naszą aprobatą czy w naszym interesie. Zło, które popełnili, budzi we mnie odrazę i pragnę dać temu wyraz. Dyskutujemy o tym już od dawna i wiem, że nasze dyskusje zaowocują konkretnym działaniem".
Obietnica rabina Schudricha pozostała jednak sprawą nigdy niezrealizowaną i najwyraźniej o niej całkowicie zapomniano. Może warto ją tym mocniej przypomnieć w czasie, gdy wzajemne stosunki polsko-żydowskie zatruwa nowa brudna skaza - oszczercza książka Grossa połączona z polakożerczymi pohukiwaniami jego klakierów w USA. Ciekawe, czy szybko znajdą się Żydzi lub Polacy żydowskiego pochodzenia gotowi do odcięcia się od plugawej książki Grossa, a nawet przeproszenia za nią Polaków? Nie mogę zrozumieć ich dotychczasowego milczenia w sprawie tak niebezpiecznej dla wzajemnego dialogu dwóch nacji, tak ciężko wstrząśniętych przez XX-wieczną historię: Polaków i Żydów!
Kolejna część cyklu ukaże się w przyszłym tygodniu .

prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik, 2006-08-26

powrot