nasza witryna Cel nie uświęca środków
Marek Czachorowski, Nasz Dziennik, 09.04.2003


 

Działamy w realnym świecie, co znaczy między innymi, że to działanie - nawet jeśli jest dobre - pociąga za sobą jakieś złe skutki. Oprócz tego wybierać nieraz możemy tylko to, co w danej sytuacji może być najlepsze z wszystkich ułomnych możliwości. Wychodząc od tych niewątpliwie słusznych i raczej oczywistych przesłanek, nieraz stawia się zarzut przeciwnikom integracji z Unią Europejską, iż pomijają właśnie te realia ludzkiego działania. Zdaniem tak myślących, wprawdzie można się zgodzić, że UE jest tworem ułomnym, niedoskonałym, mającym również niewłaściwe prawa, to jednak na te ułomności należy się zgodzić, aby w ten sposób zrealizować działanie najlepsze z możliwych w aktualnej sytuacji.

Nauka "Evangelium vitae"

Niedawno w dyskusji na temat integracji przywołano fragment encykliki Jana Pawła II "Evangelium vitae", która usprawiedliwia pewną formę poparcia ułomnych, a nawet zbrodniczych praw. Konkluzja wywodu osoby powołującej się na encyklikę była taka, że wprawdzie spotykamy w systemie prawnym UE także zbrodnicze rozwiązania, to jednak może słuszne jest poparcie tych właśnie rozwiązań, aby tą drogą osiągnąć jakieś niewątpliwie dobre cele. Tym oczekiwanym dobrym celem miałoby być wkroczenie do Unii i siłą naszych głosów wsparcie pozytywnie myślących polityków zachodnich, a nawet odwrócenie istniejących zbrodniczych rozwiązań. Coraz częściej w szeregach katolików polskich pojawia się takie rozumowanie i trzeba się nad nim spokojnie zastanowić.

Granice kalkulacji skutków

Po pierwsze, akurat w tym przypadku można, a nawet należy pominąć rozstrzygnięcie, czy mamy realne szanse wzmocnienia zachodnich obrońców Europy przed antyeuropejskimi rozwiązaniami Unii Europejskiej. Taka kalkulacja wprawdzie czasami jest obowiązkiem, to jednak w pewnych sytuacjach jest niedopuszczalna i kompromituje osoby, które jej dokonują. Ktokolwiek w działaniach politycznych wyłącznie kalkuluje skutki działania, zdradza się tym samym jako uczeń Makiawela. Przy odrobinie wyobraźni można przecież pokazać także dobre skutki właściwie każdej zbrodni i w ten sposób zdobyć argumenty dla jej poparcia. Nawet gdybyśmy mieli szansę po wkroczeniu do UE znieść wszędzie ustawy aborcyjne, "odgłosować" wszystkie dotychczasowe złe rezolucje i decyzje Parlamentu Europejskiego, wprowadzić do UE z powrotem chrześcijaństwo, to nawet dla tych tak wielkich i upragnionych przez nas dóbr nie wolno poprzeć tego, co jest niewątpliwą zbrodnią. Dobre cele nie usprawiedliwiają złych środków. Takie było polskie myślenie polityczne. O tę właśnie zasadę walczył Paweł Włodkowic na soborze w Konstancji, wskazując, że nie godzi się nikogo nawracać mieczem. Jeśli zatem naszym poparciem dla unijnego prawa w głosowaniu referendalnym komukolwiek jakiś miecz przyłożylibyśmy do szyi, to nie ma żadnych wątpliwości, że ten nasz misyjny zapał trzeba ostudzić i skorygować.

Konieczność poparcia zbrodni

Pod naporem faktów dochodzi coraz bardziej do naszej świadomości zbrodniczy charakter niektórych rozwiązań prawnych obowiązujących w UE. Przypomnę tylko niektóre [nie tyle niektóre, co jedno!]. W poprzednim tygodniu ONZ Fundusz Ludnościowy (UNFPA) podziękował UE za otrzymane właśnie 24 mln dolarów na tzw. aborcję i środki antykoncepcyjne (na najbliższe trzy lata), idące na jak najbardziej zbrodniczą działalność, którą już zaplanowano na terenie Azji. Za te unijne pieniądze popłynie tam ludzka krew i skutecznie zdemoralizuje się niejednego młodego człowieka. Fakty są zatem takie, że popierając wejście do UE, tym samym popierać muszę rozwiązania prawne, które otwierają drogę wspomnianym zbrodniom. Czy można się zgodzić na bezpośrednie uczestniczenie w zabijaniu dzieci poczętych?

Warunki godziwości poparcia nieludzkiego prawa

I w tym właśnie miejscu dyskusji niektórzy powołują się na encyklikę "Evangelium vitae" (p. 73). Mówi ona bowiem, że w pewnych sytuacjach polityk może poprzeć niewłaściwe prawo, a chodzi tu o "prawo" sprzeczne z tzw. prawem naturalnym. Czy tej samej zasady nie należy zastosować właśnie do naszej decyzji poparcia integracji?
Zwróćmy jednak uwagę, że encyklika dokładnie precyzuje warunki, które muszą być spełnione, jeżeli poparcie to miałoby być usprawiedliwione. Pierwszym z tych kryteriów - warunkiem w tej chwili najważniejszym - jest niemożliwość przyjęcia właściwego prawa przy równoczesnej możliwości ograniczenia negatywnych skutków już istniejącego złego prawa i zastąpienia go nieco mniej złym ustawodawstwem. I ten właśnie warunek nie zachodzi w odniesieniu do czekającej nas decyzji, która ma być między innymi przyjęciem lub odrzuceniem także złych unijnych praw. Wbrew bowiem temu, co często słyszymy, że jako Naród nie różnimy się od innych narodów europejskich - tzn. nie jesteśmy od nich lepsi ani gorsi - nie można przeoczyć faktu, że przynajmniej w kwestii prawa do życia dokonaliśmy jednak pewnego posunięcia w dobrym kierunku, a takiego ruchu nie ma w państwach UE. Patrząc zatem od tej strony, jesteśmy jednak lepsi od innych narodów Europy. Schodzą one bowiem w dół albo też stoją w miejscu, w którym absolutnie nie powinny się znajdować. Również - co w tej chwili jest najbardziej ważne - aktualne rozwiązania prawne UE zmuszałyby nas do takich zbrodniczych działań, których jeszcze nie narzuca polskie prawo.
Nie zachodzi zatem pierwszy warunek godziwości decyzji poparcia niesprawiedliwego prawa, sformułowany w "Evangelium vitae". Nie mamy bowiem przed sobą perspektywy przejścia od złego rozwiązania prawnego do mniej złego (co w niektórych wypadkach usprawiedliwia encyklika). Przeciwnie: ewentualne przystąpienie Polski do UE oznaczałoby przejście od rozwiązania ułomnego (niestety, także polskiego - w kwestii prawa do życia) do jeszcze gorszego (UE), i w dodatku z perspektywą własnej bezsilności w zmianie takich praw. Myśląc o unijnym referendum, patrzmy zatem głębiej i dalej, aby się nie okazało, że popierając integrację, znajdziemy się w gronie megazbrodniarzy mijającej epoki, których ludobójcza działalność (np. Eichmanna)(patrz komenatarz poniżej) nie była w stanie zmącić pokoju zatrutego sumienia. Uważali się nawet za bohaterów moralności, nigdy nie widząc ofiar swoich wyroków.

Od red. NW: Pisząca relacje z procesu Eichmanna Żydówka Hannah Arendt stwierdziła, iż "Ci, którzy powiadają dziś, że Eichmann mógł postąpić inaczej, albo po prostu nie wiedza, albo zapomnieli już, jak miały się sprawy" (str. 34). Eichmann, który - nawiasem mówiąc - w jednej ze swych wypowiedzi wspomniał, iż jego matka "miała żydowskich krewnych" (str. 41), był wyższym urzędnikiem SS i już na kilka lat przed wojną ściśle współpracował z syjonistycznymi organizacjami Żydów w Niemczech organizując emigrację żydowską do Palestyny. Działalność tą prowadził także podczas wojny do momentu, kiedy Brytyjczycy nie zgodzili się na dalsze przyjmowanie Żydów na tereny okupowanej przez nich Palestyny. Eichmann był też jednym z tych, którzy organizowali transporty do obozów koncentracyjnych. Na temat procesu Eichmanna Arendt napisała, iż "Akt oskarżenia oparty był bowiem na tym, co przecierpieli Żydzi, nie zaś na tym, co popełnił Eichmann." (str. 11). "Proces miał im pokazać, co znaczyło żyć wśród nie-Żydów, i przekonać ich, ze tylko w Izraelu Żyd może żyć bezpiecznie i godnie." (str. 13-14) Uwzględniając te właśnie fakty nie jest trudno dojść do wniosku, że zarówno sfingowany - bo nie oparty na winach popełnionych przez Eichmanna - akt oskarżenia, jak i same cele procesu utworzyły legendę "ludobójcy Eichmanna", legendy, która jak widać głęboko zapadła w świadomość nawet bardzo krytycznych umysłów.
Kilka innych cytatów z tej książki jest dostępnych pod adresem Hannah Arendt - "Eichmann w Jerozolimie" Kraków 1998, ISBN 83-7006-684-4

Marek Czachorowski, Nasz Dziennik, 2003-04-09

powrot