nasza witryna Unia bez dna
Carl Beddermann, Nasz Dziennik


 
Aby zrozumieć obecną sytuację Polski przed planowanym przystąpieniem do Unii Europejskiej, należy rozr贸żnić dwie sprawy: po pierwsze, europejską ideę zbliżania się narod贸w europejskich, po drugie - unię brukselską. Niestety, nie mają one ze sobą nic wsp贸lnego.

Idea europejska jest dobra, unia brukselska natomiast jest nie tylko niedobra, ale wręcz szkodliwa. Zagraża egzystencji narod贸w środkowowschodniej Europy, a szczeg贸lnie Polski, ponieważ, jako instrument globalizacji, stara się zapędzić Polskę i innych kandydat贸w do Unii w kolonialną zależność od Zachodu. Unia jest przy tym perfidna i podstępna, ponieważ sprytnie wykorzystuje łatwowierność i dobroduszność Wschodu i swoje kolonialne cele zatuszowuje wielką ideą zbliżania się narod贸w Europy.

Aby to wszystko zrozumieć, potrzebne jest kr贸tkie przypomnienie historii Unii Europejskiej. Gdy w roku 1951 zawierano Traktat o Europejskiej Wsp贸lnocie Węgla i Stali, a w roku 1957 Traktat o utworzeniu Europejskiej Wsp贸lnoty Gospodarczej, żywa była jeszcze pamięć szoku wywołanego katastrofą drugiej wojny światowej. Chciano stworzyć coś lepszego niż Liga Narod贸w, powstała po pierwszej wojnie światowej, kt贸rej nie udało się zapobiec ekspansji Hitlera.
Motorem powojennych traktat贸w były Francja i Niemcy. Francja zamierzała w ten spos贸b zapewnić sobie dostęp do niemieckiego potencjału przemysłowego, Niemcy, z ich smutną przeszłością, chciały odzyskać wstęp na międzynarodowe salony. Znaczną rolę odgrywało przy tym zagrożenie militarne ze strony Rosji Sowieckiej. Obok wsp贸lnego wysiłku obronnego w ramach NATO, poprzez EWG miała zostać wzmocniona siła gospodarcza Europy.

Absurdy polityki rolnej

Początkowo wsp贸lne wysiłki kraj贸w członkowskich: Belgii, Holandii, Francji, Luksemburga, RFN i Włoch, koncentrowały się tylko na dw贸ch sprawach - wsp贸lnej polityce rolnej oraz redukcji ceł wewnętrznych i innych przeszk贸d handlowych.

W zakresie polityki rolnej do dzisiaj nic się nie zmieniło. Po trzech dużych rozszerzeniach Unii płynie do rolnictwa - co prawda nie tak jak dawniej 80 czy 70 proc. wszystkich środk贸w unijnych - ale było nie było połowa. Jak dawniej powtarza się tu stara gra - początkowo pompowane są miliardy w nadprodukcję żywności, aby następnie z miliardowym dofinansowaniem po dumpingowych cenach pozbyć się jej na rynku światowym, po czym wydawane są następne miliardy w celu usunięcia powstałej nadprodukcji. Korzyści z tego systemu, dla kt贸rego przez ten czas na Zachodzie zadomowiło się określenie "brukselski rolniczy dom wariat贸w", czerpią wielkie zakłady produkcji rolnej i powiązany z nimi biznes rolniczy (przemysł przetw贸rczy i handel produktami żywnościowymi, zaopatrzenie w chemiczno-techniczne środki produkcji).
Poza tym "brukselski rolniczy dom wariat贸w" coraz częściej musi stawiać czoła wciąż rosnącej krytyce, wywołanej w ostatnich latach przez coraz to nowe skandale związane z produkcją żywności.

Właśnie w tym momencie, kiedy Zach贸d się budzi, a opinia publiczna żąda zasadniczych reform w rolnictwie, ten szalony system ma być wprowadzony w Polsce. Dwa do trzech milion贸w rolnik贸w (z rodzinami łącznie około ośmiu do dziesięciu milion贸w ludzi) ma zostać zmuszonych do rezygnacji ze swoich gospodarstw i p贸jścia na bezrobocie.

Nie mogę uwierzyć, że Polacy będą tolerować ten nierozsądny system, kt贸ry kryje się za nową rolną polityką Unii wobec Polski, a kt贸ry z taką gorliwością i przy tak ogromnych nakładach finansowych jest właśnie wprowadzany w życie przez tak zwaną Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Groteskowa unifikacja

W czasie gdy nic się nie zmieniło w polityce rolnej, w drugim początkowo celu Europejskiej Wsp贸lnoty Gospodarczej, czyli w redukcji tak zwanych przeszk贸d w handlu, zmieniło się wszystko. Światowy rozw贸j gospodarczy pod przewodnictwem USA po prostu wyprzedził ten cel Unii. Wolny handel światowy, wymiana towar贸w i usług, jest tymczasem w tak dalekim stopniu zliberalizowana globalnie, poprzez międzynarodowe umowy, że wysiłki Unii na tym polu w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i jeszcze w osiemdziesiątych po prostu straciły na ważności.

Jak zareagowała na to Unia?

Tak, jak można było tego oczekiwać po tak gigantycznym biurokratycznym stworze. Tak, jak dotąd reagowały wszystkie biurokracje, gdy ich egzystencja stawała się zagrożona poprzez utratę jej obowiązk贸w, wynaleziono i teraz nowe cele i obowiązki i dalej pracuje się w takim samym stylu, jak dotąd.

Nowymi celami i obowiązkami UE nazywa się obecnie stworzenie wsp贸lnych standard贸w dla całej Europy. Z zawziętością, dla kt贸rej nie ma w historii przykładu, pr贸buje się we wszystkich, ale to naprawdę wszystkich dziedzinach, w kt贸rych nowoczesne kraje przemysłowe mają coś do uregulowania, stworzyć jednolite standardy. Wszystko jedno, czy chodzi tu o gospodarkę, finanse, technikę, naukę, kulturę, sprawy socjalne, wewnętrzne lub zewnętrzne bezpieczeństwo - Komisja w Brukseli wszędzie macza palce.

A to wygląda następująco: najpierw w uroczystym, nadętym tonie ogłasza się, dlaczego zdecydowano się ponownie w jakiejś nowej dziedzinie stworzyć jednolite, europejskie reguły - istniejące do tej pory były niewystarczające, gdyż były niejednolite w skali Europy.
Za każdym razem obojętne, czy chodzi tu o krzywiznę og贸rk贸w, czy krzywiznę rur wydechowych w pojazdach mechanicznych, czy o wytrzymałość opakowań lub wytrzymałość przędzy operacyjnej. Za każdym razem to samo nadęcie, te same wielkie, doniosłe słowa o Europie, dla kt贸rej pozycji konieczne jest podobno ujednolicenie wszelkich standard贸w. Po tym zaczynają się szczeg贸ły.
Tysiące za tysiącami nowych przepis贸w i szczeg贸łowych reguł sypią się rokrocznie na administrację i ludność Piętnastki w spos贸b groteskowy i bezsensowny. A wszystko to wyraźnie w imieniu wielkiej jednolitej Europy. Dlaczego my na Zachodzie pozwalamy sobie na to? Są przede wszystkim dwa powody. Po pierwsze, og贸lny letarg i brak zainteresowania w sprawach Europy. Można to sobie wyobrazić tak, jak sytuację tu, w Polsce, przed dwudziestoma laty, gdy m贸wiono o wspaniałym związku narod贸w bloku socjalistycznego w RWPG.

Euroentuzjazm mamoną pędzony

Nikt więc właściwie nie słucha, gdy rozbrzmiewa propaganda z Brukseli. Ludzie zajęci są po prostu czym innym, r贸wnież z powodu kryzysu gospodarczego na Zachodzie.

Drugi pow贸d wciąż istniejącej akceptacji Unii na Zachodzie jest jeszcze bardziej decydujący.

System brukselski kupuje sobie sprzymierzeńc贸w wśr贸d zachodnich polityk贸w tak samo, jak teraz w Polsce wśr贸d polityk贸w polskich. Przy tym chodzi tu przede wszystkim o wysokie stanowiska w komisji brukselskiej. Będą one obsadzone przez wysłużonych polityk贸w z zasob贸w krajowych. Typowym przykładem są Guenter Verheugen i Franz Fischler. Obaj wysłużeni, niemieccy, względnie austriaccy politycy, kt贸rzy teraz wyżej opłacani niż dotąd, kontynuują swoje kariery w Brukseli.

Skazani na dożywocie w Parlamencie Europejskim są też inni wysłużeni posłowie i politycy. Setkami siedzą tam oni z wyśmienitymi pensjami. Wszystko to prowadzi do udzielania silnego poparcia Unii przez rządy narodowe.

Na dodatek co p贸ł roku zmienia się przewodnictwo w radzie ministr贸w - świetna możliwość dla kraju przewodniczącego obradom zasłużenia się w Brukseli dla rodzimej propagandy.
Temu samemu celowi służą regularne spotkania szef贸w rząd贸w kraj贸w Unii. Stacje telewizyjne pokazują w贸wczas ich zdjęcia grupowe z podkładem pustych sł贸w o nowych reformach, mających na celu rzekome polepszenie wsp贸lnej Europy. Albo zamieszczają uspokajające wypowiedzi, gdy zn贸w jakiś skandal korupcyjny, sięgający szczyt贸w Komisji Europejskiej, doprowadza do zbiorowej rezygnacji ze stanowisk - jak przed kilkoma laty.

Jeszcze jedno, co każdy zajmujący się przystąpieniem Polski do Unii powinien wiedzieć: Unia jest po prostu biedna. Ta wsp贸lna Europa nie jest jednak aż tak ważna dla kraj贸w Piętnastki, żeby do unijnej kasy wpłacać więcej niż tylko minimalne składki członkowskie.

Budżet skąpc贸w

Nic nie demaskuje tego całego oszustwa ze wsp贸lną Europą tak wyraźnie, jak skąpstwo bogatych kraj贸w Europy Zachodniej przy ich wpłatach do kasy Unii. Roczny budżet Unii wynosi zaledwie nieco więcej niż 90 mld euro. To bardzo niewiele w stosunku do 370 milion贸w ludności, z kt贸rej chce się skonstruować zjednoczoną Europę. 90 miliard贸w euro to dokładnie ta suma, kt贸rą była RFN płaci rocznie na dawną NRD z jej 17 milionami mieszkańc贸w. 90 miliard贸w euro to budżet jedynego tylko spośr贸d piętnastu land贸w niemieckich, a mianowicie Nadrenii P贸łnocnej-Westfalii. Połowa unijnego budżetu jest, jak już m贸wiłem, marnotrawiona na katastrofalną politykę rolną.
Reszta jest tak mała, że da się nią sfinansować jedynie parę funduszy, z kt贸rych kraje członkowskie mogą z powrotem otrzymać rocznie dwa, może trzy miliardy euro, jeśli same mają na to własne fundusze, bo bez tego pieniędzy z Unii też nie ma. A wszystko to na dodatek jest możliwe tylko po żmudnych staraniach i procedurach biurokratycznych.
Z reguły jest to mniej niż uprzednio wpłacone do kasy unijnej składki. Groteskowy układ krążenia środk贸w finansowych, kt贸re najpierw wyciągane są z kieszeni kraj贸w członkowskich, aby po odciągnięciu koszt贸w administracji unijnej z oporami i tylko w części płynęły z powrotem do kieszeni dawcy.

Cyrk na k贸łkach

Typowym, bo wręcz absurdalnym przykładem brukselskiego marnotrawstwa koszt贸w administracyjnych, jest prawie 200 milion贸w euro, kt贸re rocznie kosztuje tak zwany "cyrk objazdowy". To określenie wywodzi się z comiesięcznych przeprowadzek Parlamentu Europejskiego z Brukseli do Strasburga. Tam właśnie, według żądań Francji, przez jeden tydzień w miesiącu musi obradować tenże Parlament. Ludzie stojący przy drodze między Brukselą a Strasburgiem pukają się w głowy, widząc ciężar贸wki z dziesiątkami kontener贸w z aktami parlamentarnymi i innymi sprzętami. Przypuszczalnie nie wiedzą nawet tego, że sama tylko comiesięczna wędr贸wka tego "objazdowego cyrku" pochłania więcej pieniędzy niż chociażby cała pomoc przedakcesyjna Unii dla Polski w ramach tak wysoce zachwalanych program贸w PHARE, SAPPARD i ISPA. Szacuje się, że po przyjęciu 10 nowych państw do Unii koszty utrzymania "cyrku" wzrosną o dwadzieścia milion贸w euro.

Drogie euro

Sam Parlament Europejski, kt贸rego utrzymanie kosztuje rocznie wiele setek milion贸w euro, właściwie nie jest żadnym parlamentem. Ma tylko tak wyglądać. Posiada on jedynie silnie ograniczone prawa wsp贸łdziałania w ustawodawstwie i polityce personalnej Komisji oraz w rozplanowaniu znikomego budżetu Unii.

Poza tym nic więcej, opr贸cz szumnych rezolucji, kt贸re nie interesują nikogo spoza najbliższego otoczenia parlamentarnego.

To wszystko stanowi tylko show z niesamowitymi nakładami na pensje dla wysłużonych polityk贸w i parlamentarzyst贸w. To naprawdę wszystko, co da się powiedzieć o tym parlamencie.
Dlatego też trudno się dziwić, że pomimo rosnących nakład贸w na propagandę frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego ciągle spada (w większości kraj贸w członkowskich wynosi niewiele więcej niż 50 proc.). Brutalny eksperyment ze wsp贸lną walutą spowodował raczej wzrost zmęczenia Europą, ponieważ od wprowadzenia euro wszystkie dotknięte tym kraje unijne... przeżywają falę podwyżek dotąd niespodziewanych rozmiar贸w (euro opatrzono w Niemczech, już w kilka miesięcy po jego wprowadzeniu wbrew woli samych Niemc贸w, przydomkiem teuro, co oznacza mniej więcej: drogie euro).

Podkreślenia w tekście pochodzą od Redakcji Naszej Witryny

Carl Beddermann, Nasz Dziennik, 2003-01-12

powrot