|
Weź udział w referendum i powiedz Unii
NIE!
ZA INTEGRACJĘ ZAPŁACIMY Z WŁASNEJ KIESZENI !
MIT UNIJNEJ POMOCY
Unijna pomoc finansowa dla nowych członków to ulubiony mit unijnej propagandy.
Brukselskie fundusze rzekomo mają rozwiązać wszystkie nasze problemy, a ich
wysokość w ogólnym bilansie netto ma być dla nas korzystna (czyli że otrzymamy z
UE więcej, niż do niej wpłacimy w formie składki).
Nic bardziej błędnego! Fundusze to tylko pula zarezerwowanych pieniędzy, ale
żeby je otrzymać, należy wnieść wkład własny, a do tego trzeba spełnić
wyśrubowane wymagania, trudne nawet dla obecnych członków. Na przykład
Hiszpania, po 16 latach członkostwa, wykorzystuje 70% przyznanych jej przez Unię
funduszy strukturalnych.
W Polsce nie mamy jeszcze doświadczeń z funduszem SAPARD, gdyż rozpoczął się z
2-letnim opóźnieniem. Ale jeśli spojrzeć na Estonię, to w pierwszym roku
SAPARD-u zaakceptowano tam tylko 15% złożonych wniosków i wykorzystano jedynie
3% z unijnych pieniędzy. Estońscy ekonomiści obliczyli, ze zdobycie 1 euro z
tego programu wymagało poniesienia 0,8 euro kosztów administracyjnych!
Nie ma się co dziwić, skoro każde euro z unijnej pomocy dla krajów kandydujących
napotyka na gąszcz przepisów i warunków prawie niemożliwych do spełnienia
- a to dlatego, że bogate kraje wpłacające najwięcej
do kasy UE starają się ograniczyć wypłacaną z niej pomoc. Z wyjątkową
szczerością i bezczelnością, wyraził to komisarz d/s rozszerzenia UE, Günter
Verheugen, odpowiadając kanclerzowi skarbu, Brownowi, z Wielkiej Brytanii:
"A co do programu pomocy dla wsi SAPARD, to
stworzyliśmy tak skomplikowane regulacje, że jest normalne, iż kandydaci nie
mogą im sprostać."
FUNDUSZE STRUKTURALNE
Fundusze te nie są żadnym prezentem na rozwój infrastruktury
- Unia jedynie współfinansuje działania naszych władz w regionach lub na
poziomie całego kraju. Krótko mówiąc, jeśli koszt jakiejś inwestycji wyniósłby
100 euro, to my musimy do tego dołożyć od 25 do 50 euro, gdyż nasz budżet musi
pokryć 25-50% każdej inwestycji. Mało tego: inwestycja musi być najpierw
sfinansowana przez Polskę, a Unia swoją część wypłaca dopiero po roku, po
przedstawieniu stosownych faktur.
Skoro Polska jest krajem naprawdę biednym, to jak sfinansujemy swoją część
zobowiązań, aby otrzymać pomoc z unijnej kasy? Nawet jeśli te pieniądze rząd
wyciśnie z naszych kieszeni w formie podatków, z nowych kredytów zaciąganych
przez Polskę, a nawet z ograniczeń wydatków na budżetówkę -
to i tak wykorzystamy jedynie jakiś procent z zarezerwowanych dla nas funduszy.
Dlatego rządowe gadanie o 12,4 mld euro, jakie rzekomo otrzymamy z funduszy
strukturalnych, to zwykła propaganda. Nie dość, że po ostatnim szczycie UE w
Brukseli przyznano nam tych funduszy o 10% mniej niż pierwotnie obiecywano, to
na dodatek nie są to pieniądze, które unijna kasa "na
bank" nam wypłaci. Żeby je w całości otrzymać,
musielibyśmy dołożyć nawet drugie tyle... tylko z czego?
Tak naprawdę więc nie wiemy, ile z tych 12,4 mld euro otrzymamy, bo nie można
przewidzieć, ile sami będziemy w stanie do tego dołożyć. Dlatego też radość
euro-entuzjastów z "przyznanych"
nam funduszy strukturalnych jest przedwczesna - póki
co, mamy te fundusze jedynie na papierze jako maksymalną pulę do wykorzystania.
DOPŁATY BEZPOŚREDNIE DLA ROLNIKÓW I LIMITY PRODUKCYJNE
Owe dopłaty to jedyne środki (oprócz rekompensaty dla budżetu), które Polska z
całą pewnością otrzyma - w pierwszym roku około 500 mln euro, a w następnym
około 580 mln euro. Będą to drobne "zapomogi" dla rolników za to, że żyją, i że
mają kawałek ziemi. Ale dopłaty te musi najpierw wypłacić Polska, a dopiero w
następnym roku będą one częściowo zwrócone przez Unię - czyli w pierwszym roku i
tak ich nie dostaniemy, co pogarsza nasz ogólny bilans.
Po szczycie w Kopenhadze Miller ogłosił, że dopłaty dla rolników mają w
pierwszych trzech latach wynosić kolejno 55%, 60% i 65%. Nic bardziej
mylnego! Poziom dopłat z budżetu UE pozostał na poziomie 25, 30 i 35%, tyle
że Unia zgodziła się przesunąć 20% (560 mln euro na lata 2004-06) z puli
funduszy strukturalnych na rozwój wsi. Czyli po prostu przełożono nam te
pieniądze z jednej kieszeni do drugiej. Tak więc mniej środków pójdzie na rozwój
wiejskiej infrastruktury, ale rolnicy otrzymają w pierwszych trzech latach 36%,
39% i 42% tego, co dostają ich unijni konkurenci. Traktuje się nas tu ze
skrajnym pogwałceniem zasady równości, a nie wiadomo, jak będą wyglądać dopłaty
po roku 2006, gdyż unijną Wspólną Politykę Rolną czeka zasadnicza reforma, a być
może nawet jej likwidacja.
W Kopenhadze Unia jedynie łaskawie zezwoliła naszemu rządowi na uzupełnienie
dopłat do poziomu 55%, 60% i 65% z polskiego budżetu, ale minister Kołodko
zastrzegł, że nie jest to możliwe. Czyli w efekcie, końcowe ustalenia nie różnią
się znacząco od ubiegłorocznej propozycji Komisji Europejskiej (przyznano nam
jedynie dodatkowe 108 mln euro na ochronę wschodniej granicy).
Dla Polski niekorzystne są też zaproponowane nam przez Unię zaniżone limity
produkcyjne, obliczone na podstawie lat 1995-1999, kiedy to mieliśmy niskie
plony na skutek klęsk żywiołowych i złych warunków gospodarczych. Przecież
Polska posiada niewykorzystany potencjał, konkurencyjny względem krajów UE, a
tymczasem będziemy musieli importować żywność z krajów Unii!
Najwyraźniej system dopłat i niskie limity produkcyjne mają dobić nasze rodzime
rolnictwo. Eurokraci chcą mieć ładny unijny krajobraz, ale bez polskiego rolnika
w tle...
WPŁACIMY DO UE WIĘCEJ NIŻ OD NIEJ DOSTANIEMY
Tyle właśnie oznacza tajemnicza nazwa płatnik netto, która pojawia się w
mediach, ale rzadko kiedy jest objaśniana. Grozi nam realne niebezpieczeństwo,
że w ogólnym bilansie będziemy właśnie płatnikiem netto do unijnej kasy. Nasza
obowiązkowa składka szacowana jest na 2,5 mld euro rocznie, ale do tego należy
doliczyć około 1 mld euro strat na skutek zniesienia ceł po naszym wejściu do
Unii.
Euro-entuzjaści twierdzą, że to niemożliwe, aby groził nam status płatnika
netto. Ale przyczyny tego są proste - mamy bowiem wpłacać całą składkę bez
żadnych ulg, ale unijne fundusze będą nam wypłacane z opóźnieniem. Od Unii
dostawalibyśmy tylko zaliczkę na dopłaty bezpośrednie dla rolników, a resztę
musielibyśmy wyłożyć sami, po czym Unia wypłacałaby swoje zobowiązania dopiero
po roku. Unia nie zgodziła się też na rozłożenie w czasie naszej składki na raty
tak, abyśmy stopniowo dochodzili do pełnych 100% obowiązującej nas składki (dla
przykładu: bogata Wielka Brytania do dziś korzysta z ulg i zniżek, a my będziemy
ten jej rabat rekompensować z własnej kieszeni!).
Nawet ostatnio wymyślony przez Unię wabik w postaci tzw. "kompensacji
budżetowych" niewiele nam pomoże. Do wcześniej przyznanych nam 443 mln euro na
rok 2004, Unia dała nam dodatkowy 1 mld euro na lata 2005-06
- tyle, że najpierw
odebrała nam je z funduszy strukturalnych! Zamiast sensownego zagospodarowania,
pieniądze te będą więc "przejedzone" na zagospodarowanie luki budżetowej
(niekoniecznie celem zwiększenia dopłat dla rolników)! Ma to być taki unijny
gest na otarcie łez, ale nieznane są terminy jego wypłacania
- być może trzeba
będzie na ten "gest" poczekać cały rok, bo UE może wypłacić nam to z pieniędzy,
które w ciągu tegoż właśnie roku od nas otrzyma.
JAK WIĘC WYGLĄDA BILANS NASZEJ INTEGRACJI Z UE?
Wbrew unijnej propagandzie, średni roczny bilans naszej integracji w latach
2004-06 wychodzi na gigantyczny minus. Matematyka nie kłamie
- co najwyżej jest
ona fałszowana w mediach.
Nasze koszty przystąpienia do UE to około 5 mld euro: 2,5 mld składki, około 1
mld strat celnych oraz 1,5 mld euro na realizację wymogów Unii (np. kolczyki i
paszporty dla krów) oraz personel.
Natomiast nasze korzyści z integracji to około 2,10 mld euro: około 0,70 mld
(36%) dopłat bezpośrednich dla rolników; 0,33 mld na rynkową politykę rolną;
0,35 mld na resorty polityki wewnętrznej; 0,28 mld na zarządzanie oraz około 0,5
mld rekompensaty budżetowej.
Powyższe 2,10 mld euro jest mniej więcej pewne, a reszta stoi pod znakiem
zapytania. Chodzi bowiem o obiecane około 4,63 mld euro z funduszy
strukturalnych, które obwarowano mnóstwem przepisów i uzależniono od
współfinansowania ze środków polskich. Tak więc te 4,63 mld euro Polska może,
ale nie musi otrzymać w całości. Według źródeł samej UE, w pierwszych latach do
Polski dotrze rocznie tylko 10% (niecałe 0,5 mld), a w najlepszym przypadku 20%
(0,9 mld) z tych 4,63 mld euro. Będzie to skutkiem naszej niemożności
współfinansowania i wypełniania skomplikowanych procedur.
Tak więc po stronie przychodów mamy około 3 mld euro wypłaconych nam na
rolnictwo i wsparcie budżetu (2,10 mld euro - większość strawi biurokracja) oraz
w ramach funduszy strukturalnych (0,9 mld euro - realnie możliwa kwota).
Pamiętajmy jednak, że pieniądze te nie muszą być nam wypłacone od razu w
pierwszym roku - Unia zazwyczaj wypłaca pieniądze w następnym roku!
Natomiast po stronie wydatków mamy około 5 mld euro, które Polska będzie musiała
wpłacić do unijnej kasy tytułem składki i innych kosztów związanych z
integracją. I większość z tych 5 mld euro (bo 1 mld to straty celne) Polska
będzie musiała wyłuskać z budżetu, czyli z naszych kieszeni!
Jeśli musimy wyłożyć 5 mld euro, żeby uzyskać około 3 mld euro, to gdzie tu
interes? Aby otrzymać z Brukseli 1 euro, Polska musi przedtem wyłożyć na
brukselski stół prawie 1,7 euro w formie składek i odprowadzonych ceł
zewnętrznych oraz dodatkowo jeszcze 75 eurocentów na budowę instytucji
zajmujących się realizacją unijnych wymogów!
Wydrukuj i przekaż tym, którzy nie
mają internetu - niech podają dalej!
Przygotujmy się do referendum i zadbajmy o Polskę!
wiecej w internecie na www.naszawitryna.pl
Wersja do wydruku w formatach PDF i DOC
Nasza Witryna, Nasza Witryna, 2003-01-10
powrot
|