nasza witryna Polska na unijnej kropl贸wce
Miłosz Marczuk, Najwyższy Czas! on-line


 
Minister Kołodko przestraszył się wejścia Polski do Unii. Wreszcie przebił się ktoś w ministerstwie, kto mu dobrze policzył bilans finansowy bliskiej już pewnie akcesji. A przecież wystarczyło przeczytać cykl artykuł贸w w "NCz!" z lutego i marca tego roku.

Kołodko dostrzegł między innymi rzecz, o kt贸rej pisałem wielokrotnie - do koszt贸w budżetowych wejścia do Unii należy doliczyć utracone zyski z ceł. Sprawa jest skomplikowana, bo cła teoretycznie wchodzą w skład składki. Ale od kilku lat przebija się w Unii tendencja, by składkę opierać wyłącznie na odsetku od wielkości produktu narodowego brutto państw członkowskich.

Zgodnie z propozycją zawartą w tak zwanym pakiecie Delorsa, od 1988 roku gł贸wnym źr贸dłem dochod贸w własnych wsp贸lnot są składki państw członkowskich naliczane od odpowiedniego procentu PNB (produktu narodowego brutto) tych państw. Odpowiednimi dyrektywami Rady Europejskiej (np. Dyrektywa Rady 89/130/EEC, Euroatom z 13 lutego 1989 roku) czy też regulacjami Komisji ustala się zasady przełożenia PNB danego państwa na tak zwany rynkowy PNB, kt贸ry uwzględnia między innymi koszty pracy, siłę nabywczą zarobk贸w itd. Ostatecznie dąży się do tego, aby uzyskać w budżecie Unii 1,27 procenta PNB całego obszaru Unii.

W trakcie długoletniego procesu, kt贸ry właśnie zmierza do finału, dochody z ceł przestają być naliczane w skład składki, a będą traktowane jako dodatkowy doch贸d wsp贸lnotowego budżetu. Liczenie więc na to, że utrata ceł r贸wna się zapłaceniu części składki staje się nieaktualne. Poza tym należy pamiętać o dw贸ch sprawach. Po pierwsze, po wejściu do Unii Europejskiej automatycznie przestaniemy clić towary przychodzące zza zachodniej i południowej granicy. Stawki celne, kt贸re będziemy pobierać w imieniu Unii, nieco spadną, ponieważ Unia generalnie stosuje mniejsze narzuty na towary z kraj贸w trzecich (z wyjątkiem towar贸w rolnych). Po drugie, bycie państwem granicznym nie oznacza, że Polska będzie clić wszystkie towary przychodzące zza naszej wschodniej granicy, bo towar np. z Rosji oclić można w kraju docelowym. Suma pieniędzy wpływających do budżetu z ceł mocno spadnie. Przykładowo, Polska ma obecnie takie same dochody z ceł, co ponad dwa razy bogatsza Hiszpania. Z przedstawionych szacunk贸w Parlamentu Europejskiego wynika, że nasze dochody z ceł mogą spaść nawet trzykrotnie - do około 320 milion贸w euro. Z tego pozostałoby dla polskiego budżetu ok. 80 milion贸w euro (cła zbiera państwo narodowe, kt贸re za to pobiera sobie - od 1 stycznia 2001 roku, 25 procent uzyskanych kwot), zaś pozostałe 240 milion贸w stanowiłoby na razie, część polskiej składki z tytułu ceł. Z czasem te 240 milion贸w przestanie być zapewne traktowane jako część składki i stanie się po prostu dochodami wsp贸lnot.

O sprawę ceł, w kontekście szacunk贸w finansowych wejścia Polski do Unii, pytałem w niedawnym wywiadzie szefową Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej Danutę H眉bner. Pani minister odniosła się do tego problemu dość obojętnie. Niedawno też rozmawiałem o cłach z pewnym wysokim urzędnikiem UKIE. Przyjmuje on punkt widzenia, zgodnie z kt贸rym spadek dochodu z ceł będzie wynikiem liberalizacji handlu, a nie wejścia do Unii. Dziwił się więc temu, że "NCz!" porusza tę kwestię w rozmowie z minister H眉bner. Jestem oczywiście przywiązany do pomysłu takiej liberalizacji, nie mogę jednak nie zauważyć tego, o czym pisałem wyżej, to znaczy tego, że cała metodologia przekazywania dochod贸w z ceł zostaje wprowadzona w Polsce wraz z akcesją do Unii. Możemy oczywiście, będąc poza Unią, radykalnie obniżyć taryfy celne. Wszystko, co jednak oclimy, wpłynie do naszego budżetu. Poza tym mamy pewność, że to, co jest na naszym rynku, zostało oclone w Polsce. W przypadku wejścia do Unii jest zupełnie inaczej. Będą u nas w obrocie towary clone na przykład w Belgii.

I będzie to funkcją wejścia do Unii. Tak samo widzi to pewnie i ministerstwo finans贸w, stąd strach Kołodki.

Janowski, cukier a Unia

Inna część pierwszego źr贸dła składki to mieszczące się w ramach tak zwanych tradycyjnych towar贸w przeliczeniowych (Traditional Own Resources), opłaty cukrowe. Ich geneza związana jest z wprowadzeniem Wsp贸lnej Polityki Rolnej. Rynek cukru jest szczeg贸lnie chroniony w Unii, na dodatek sowicie subwencjonowany przez dopłaty eksportowe i wysokie ceny skup贸w interwencyjnych. Rynek cukru w Unii Europejskiej obejmuje: cukier, buraki cukrowe, trzcinę cukrową, melasę, pulpę, produkty rafinacji cukru, izoglukozę (substytut cukru otrzymywany z kukurydzy). W sektorze cukru funkcjonują dwie kategorie cen: dla cukru (cena interwencyjna, docelowa i progowa) i dla burak贸w cukrowych (cena minimalna i podstawowa).

Każdy kraj członkowski ma przyznany limit produkcji cukru, kt贸ry pokrywa wewnętrzne zapotrzebowanie na cukier (kontyngent A). Ponadto państwa UE otrzymują kontyngent B stanowiący 20% kontyngentu A (w przypadku niskich zbior贸w lub klęski nieurodzaju stanowi rezerwę przeznaczoną na potrzeby konsument贸w). Natomiast kontyngent C objęty jest zakazem sprzedaży na terytorium Wsp贸lnoty i przeznaczony na rynki zewnętrzne. Przepisy pozwalają jednak na przechowanie części kontyngentu (około 20% kontyngentu A) w kraju wyprodukowania do czasu wytworzenia cukru z nowych zbior贸w. Cukier z kontyngentu C musi zostać wyeksportowany do 31 grudnia. Koszty tego całego systemu pokrywane są właśnie przez opłaty cukrowe do budżetu Unii. Żeby uświadomić sobie zakres biurokracji w tym tylko fragmencie unijnej ekonomii, warto zajrzeć do dziesiątk贸w regulacji Komisji Europejskiej.

Warto sobie uświadomić, że ponad 80 procent wydatk贸w w ramach wsp贸lnej organizacji rynku cukru stanowią dopłaty eksportowe. Nie wiem, czy ten cały kontekst składkowo-unijny znał poseł Janowski, walcząc o utworzenie holdingu cukrowego, kt贸ry miałby pozostać w polskich rękach. Jeśli znał, szkoda, że nie użył takiej oto argumentacji: płacimy składkę członkowską, kt贸rej część idzie na dotowanie cukrowni; jak możemy więc dopuścić do sytuacji, w kt贸rej z pieniędzy polskich podatnik贸w dotować się będzie zachodnie cukrownie najczęściej powiązane z kapitałem państwowym? Wejście ich zresztą na polski rynek właśnie teraz, tuż przed przystąpieniem Polski do Unii, jest jednoznacznie proste - chcą przerabiać polską kwotę cukrową i korzystać dodatkowo z dopłat eksportowych zafundowanych im między innymi z polskiej składki. I o tym należy pamiętać, nawet będąc gospodarczym liberałem.

Ministrowie pod gilotyną

Ministrowie finans贸w kraj贸w kandydujących stoją teraz pod gilotyną. Jak na dłoni widać słabość ich pozycji i bezczelność ich koleg贸w z "15". Dopiero teraz uświadomili sobie, że trzeba będzie dopłacić do członkostwa w Unii. A wystarczyło wziąć do ręki wyliczenia z początku lutego, kt贸re zrobiłem tuż po przedstawieniu przez Komisję Europejską kandydatom propozycji finansowych członkostwa. Bezprecedensowa bezczelność unijnych ministr贸w finans贸w, kt贸rzy działają ręka w rękę z niemiecką komisarz do spraw budżetu Michaliną Schreyer, widać przy okazji zabukowania zaliczek dla kraj贸w kandydujących na poczet funduszy strukturalnych. To pani Schrayer, jako pierwsza, na zebraniu Rady Ministerialnej ds. finans贸w UE (12 lutego) stwierdziła, że jeśli nie będzie wysokich zaliczek na poczet fundusz贸w strukturalnych dla kraj贸w kandydujących, Polska stanie się płatnikiem netto. W Polsce interpretowano to jako zagranie dla nas życzliwe. Tymczasem chodziło o skomplikowany plan, kt贸ry powstał w niemieckim ministerstwie finans贸w.

Unijni ministrowie przystali na to, co m贸wiła im Schreyer. Dali zaliczki, nawet większe niż w krajach starej "15". Po to tylko, aby większość nowych członk贸w, w tym Polska, wyszła na papierze "na plus" w bilansie transfer贸w między ich budżetami państwa a unijną kasą. Unia nie poczuwa się więc, żeby wypłacić im specjalne rekompensaty, kt贸re obiecała krajom mogącym znaleźć się początkowo "pod kreską". Ma rację Stanisław Michalkiewicz, wielokrotnie pisząc, że Niemcy to państwo poważne, kt贸re planuje swą politykę perspektywicznie. Doszło do paradoksu. Teraz to kraje kandydujące chcą mniejszych zaliczek. Zamiast zaliczek sięgających 16 proc. łącznej kwoty funduszy strukturalnych i sp贸jności na pierwsze trzy lata oraz po 3 proc. średniej rocznej wypłat z tychże funduszy, należałoby, ich zdaniem, wypłacić nowym członkom tylko tyle, ile będą w stanie wykorzystać (obecnym członkom wypłacano 7 proc.). Wtedy Polska znalazłaby się na papierze "pod kreską", ale dzięki temu mogłaby domagać się od Unii rekompensaty budżetowej, żeby wyr贸wnać r贸żnicę między korzyściami w ostatnim roku członkostwa a spodziewanymi realnymi transferami netto (po odjęciu wynegocjowanej wysokości składki) w pierwszych latach członkostwa. A przed przyznaniem rekompensat bronili się Niemcy. I to zwłaszcza jeśli chodzi o Polskę.

Tymczasem goszczący w zeszłym tygodniu w Polsce kanclerz Gerard Schr枚der zapewnił, że negocjacje prowadzi Komisja Europejska, a nie Niemcy. Zapytany o opinię, że to Niemcy są gł贸wnym architektem propozycji finansowych rozszerzenia, Schr枚der powiedział sprytnie, że to Komisja Europejska prowadzi negocjacje z krajami kandydującymi, a "znany w Polsce i chyba też bardzo lubiany komisarz Verheugen" chyba nie byłby zachwycony, gdyby Schr枚der chciał ograniczyć jego pole manewru, "bo to Verheugen jest w pierwszej kolejności od spraw dotyczących negocjacji". Zupełnie przeczy temu fakt zaplanowania na początku grudnia tego roku w Hanowerze spotkania Schr枚dera z Millerem. Podczas tego spotkania zostanie dokonany przegląd stanowisk negocjacyjnych przed szczytem w Kopenhadze, zaplanowanym na 12-13 grudnia. Czyli zakończenie prawdziwych i rzeczywistych negocjacji.

"Kraje kandydujące pragną wezwać państwa członkowskie, żeby rozważyły rozwiązanie, zgodnie z kt贸rym okres przejściowy na stopniowe dochodzenie do pełnej składki byłby taki sam, jak okres przejściowy na dochodzenie do pełnych dopłat bezpośrednich z budżetu UE" - oświadczyli ich ministrowie finans贸w. W przypadku dopłat bezpośrednich Unia proponuje, żeby obejmowanie nimi rolnik贸w z nowych państw członkowskich trwało dziewięć lat. W pierwszym roku dostaliby oni 25 proc. należnych dopłat, a na pełne mogliby liczyć dopiero w 10. roku członkostwa. Tymczasem "Piętnastka" uważa, że składkę członkowską nowe państwa powinni płacić w całości od pierwszego miesiąca po przystąpieniu do Unii (wpłaca się ją w 12 comiesięcznych ratach). Polska i inni kandydaci domagali się jej redukcji i rozłożenia okresu dochodzenia do pełnej składki na pięć lat, ale Unia pozostaje głucha na te postulaty.

Słabi jak Grecy

Jak należy walczyć o sw贸j interes, widać na przykładzie finansowania tak zwanego rabatu finansowego Wielkiej Brytanii. W ramach nowych zasad finansowania budżetu Unii ustalono, że pokrycie manka wynikającego z niego przypadnie gł贸wnie 10 krajom członkowskim, gdyż Niemcy, Holandia, Austria i Szwecja od roku 2002 płacą zaledwie jedną czwartą tego, co przypada im zgodnie z odpowiednimi wzorami płatności. Dlaczego więc Polska nie wystąpi z podobnym postulatem?

Teraz wicepremier Kołodko dramatyzuje: "Dla wszystkich nowych członk贸w ramy budżetowe zostaną dramatycznie zmienione wskutek członkostwa UE zar贸wno jeśli chodzi o poziom, jak i strukturę". "Po stronie wydatk贸w od momentu wejścia do Unii trzeba dokonywać comiesięcznych wpłat do budżetu UE, kt贸re w przypadku Polski sięgną 6-7 proc. dochod贸w państwa" - stwierdził rzecz znaną czytelnikom "NCz!" od dziewięciu miesięcy. Dostrzegł też wreszcie, że problemu nie rozwiązuje sama gwarancja, że nowi członkowie dostaną w ciągu roku co najmniej tyle samo pieniędzy z unijnego budżetu, ile wynosi suma ich rocznej składki i pomocy otrzymywanej przed przystąpieniem. Bowiem przelewy z unijnej kasy nie będą automatyczne, ale będą ograniczane zdolnością do wchłonięcia tych funduszy. Poza tym niekoniecznie zasilą budżet państwa, a jeśli nawet, to będą przeznaczane na określone cele, na przykład na wielkie inwestycje z zakresu infrastruktury transportowej (autostrady).

"To bardzo poważny problem, zważywszy że bardzo wysoka część bieżących wydatk贸w państwa w nowych krajach, rzędu 60-80 proc. całości, jest obecnie całkowicie nieelastyczna" - powiedział Kołodko.

Unia woli nas trzymać na kropl贸wce niż zmienić cokolwiek z tego, co ustaliła Rada Europejska w Brukseli. Bo jak się jest na kropl贸wce, to wiadomo - wiele się nie podskoczy. Zamiast więc wysłuchać choćby i Kołodki, proponuje, tak jak to miało wielokrotnie miejsce w przypadku Grecji, udzielać nam w przyszłości kredyt贸w pomostowych. W sytuacji bankrutowania budżetu. Będziemy więc zupełnie już uzależnieni od dobrej woli Komisji Europejskiej, czyli w znacznym stopniu Niemiec, kt贸re są największym płatnikiem w Unii.

Taki robimy interes życia.

Miłosz Marczuk, Najwyższy Czas!, 2002-11-16

powrot