|
Teresa W贸jcik, Nasza Polska Nr 40(361) |
|
Wprowadzenie euro przynosi dla społeczeństw państw członkowskich Unii Europejskiej jedynie skutki negatywne. Narasta inflacja, drożeją produkty. Stąd coraz więcej ludzi żąda powrotu do walut narodowych. Wiosną br. w ramach wielkiego sporu o pozycję złotego pojawił się pomysł, aby wprowadzić do naszego kraju euro jako walutę. Innymi słowy Polska, nie będąc członkiem Unii Europejskiej, faktycznie stałaby się członkiem Unii Monetarnej. Tu trzeba przypomnieć, że wśr贸d kontestator贸w Unii Monetarnej jest Wielka Brytania - większość jej liczących się ekonomist贸w, polityk贸w i biznesmen贸w jest zdecydowanie przeciwna rezygnacji z waluty narodowej. Nawet jeśli teoria stwarza tu nęcące miraże dotyczące gł贸wnie sukces贸w w rywalizacji Europa Zachodnia - USA. Oznacza to rywalizację dolara z euro. Bowiem prawda jednak jest taka, że żadna z dawnych walut narodowych - marka niemiecka, frank francuski, szwedzka korona, o słabszych walutach już nie wspominając - nie miały szans w rywalizacji z dolarem. Czy takie szanse ma rzeczywiście euro - to całkiem inna kwestia. Sztuczna unia? Unie monetarne zwykle polegały na tym, że w krajach związanych jakimiś wsp贸lnymi interesami wprowadzano na całym obszarze ten pieniądz, kt贸ry był silniejszy. Miało to skutki najczęściej korzystne dla całego rynku, kt贸ry w ten spos贸b stawał się szerszym, a jednocześnie jednolitym rynkiem. Jednak nigdy jeszcze nie wprowadzano takiej operacji na skalę niemal połowy kontynentu europejskiego, w tak błyskawicznym tempie ustanawiając zupełnie nową, wymyśloną jednostkę walutową. Wśr贸d r贸żnych warunk贸w, jakie postawiła Komisja Finansowa Unii Europejskiej, jeden był szczeg贸lnie twardy. Wskaźnik inflacji nie może być wyższy o więcej niż 1,5 proc. od średniej w najlepszych pod tym względem państwach unijnych. Ten wym贸g ma gwarantować dwa cele wprowadzenia euro - wysoki poziom siły nowego pieniądza oraz w zarodku likwidować tendencje inflacyjne objawiające się na rynku wzrostem cen. Po 1 stycznia 2002 r., gdy w większości państw UE wprowadzona została nowa waluta, okazało się, że wzrostu cen na rynku konsumenckim nie dało się uniknąć, mimo że wprowadzono dodatkowe zabezpieczenia - przede wszystkim przepis zakazujący zaokrągleń "w g贸rę" cen towar贸w konsumenckich. Podwyżki wynikały z przeliczeń czysto arytmetycznych walut narodowych na jednolite euro. W praktyce okazało się jednak, że powszechnie nastąpił wzrost cen, zwłaszcza jeśli chodzi o towary spożywcze. Ten wzrost był (i jest!) nadal widoczny we wszystkich krajach strefy euro. Zdumiewające, ale nie nazywa się tego żadnym skokiem inflacji, lecz zmianą cen niekt贸rych towar贸w. Tymczasem potocznie w takich państwach jak Grecja, Portugalia, Hiszpania konsumenci m贸wią wręcz o drożyźnie, po wprowadzeniu euro. I protestują. W Grecji od kilku tygodni dochodzi do akcji bojkotowania poszczeg贸lnych grup produkt贸w (gł贸wnie żywnościowych, gdzie wprowadzenie euro podwyższyło ceny ponad dwukrotnie). Inflacja czy coś innego... Podrożało znacznie mięso i jego wybory na całym obszarze euro - od 2,5 do 4,5 proc. Jeszcze bardziej podrożały owoce i warzywa, a nieco mniej wzrosły ceny mleka i jego przetwor贸w oraz produkt贸w zbożowych. Okazało się, że sprzedawcy - tak hurtowi, jak i detaliści - z zasady wbrew przepisom zaokrąglali ceny w g贸rę. Wprowadzono także wszędzie nową marżę obliczaną od tych cen. Odpowiednie izby handlowe tłumaczyły się potem, że ceny towar贸w żywnościowych są w krajach Unii sztucznie zaniżone i że wprowadzenie nowej wsp贸lnej waluty było swoistą godziną prawdy. Tymczasem podrożały nie tylko artykuły żywnościowe. Poszły w g贸rę ceny innych artykuł贸w konsumpcyjnych. W Niemczech sprzęt gospodarstwa domowego zdrożał o 1,5 do 2,8 proc. W Holandii nagle podniosły się koszty utrzymania mieszkania o 2,4 proc. Podobne zjawiska wystąpiły w Austrii, Belgii, Francji, we Włoszech. Jednakże eurospecjaliści w Brukseli starają się ten problem przemilczeć. Może po raz kolejny uda się zamazać fakty. Jednocześnie statystyka ma poprawić obraz eurolandu. Ostatnio Europejski Bank Centralny podał, że w lipcu br. nadwyżka bilansu handlowego w strefie euro wzrosła o 38 proc. w ciągu p贸łrocza i wyniosła 12 mld euro. W stosunku zaś do czerwca br. lipiec był lepszy o 9 proc. Generalnie po siedmiu miesiącach od wprowadzenia wsp贸lnej waluty nadwyżka handlowa wyniosła 54 mld euro, czyli czterokrotnie więcej niż przed rokiem. Tak korzystny bilans handlowy jest jedną z kotwic wysokiej pozycji euro wobec dolara i innych walut. Jednak uzyskanie takiej nadwyżki wcale nie jest dowodem zdrowia gospodarki w eurolandzie. Białe, czyli czarne Zar贸wno Europejski Bank Centralny, jak i ekonomiści unijni powtarzają jako kanon, że nieodzowne jest wycofanie się państwa z gospodarki, a interwencjonizm jest nie do pogodzenia z zasadami UE. Tymczasem rynek unijny jest regulowany wcale nie wolną konkurencją, lecz takimi instrumentami jak dopłaty do eksportu, a w rolnictwie dodatkowo interwencyjne ceny skupu. Z drugiej strony są jeszcze powszechnie stosowane dopłaty bezpośrednie, dzięki czemu rolnicy mogą np. obniżać ceny mleka i jego przetwor贸w. I wreszcie jest system ceł. Także poważne narzędzie interwencji jednak w sferze gospodarki. Bo z jednej strony między krajami eurolandu ceł nie ma, ale z drugiej - cła zewnętrzne to bardzo skomplikowana maszyneria, w kt贸rej celach trudno dopatrzyć się rynkowego sensu. Z jednej strony stosuje się bardzo niskie stawki na tekstylia i sk贸ry importowane z Turcji (co definitywnie rujnuje przemysł tekstylny Grecji, Włoch i Hiszpanii), a z drugiej strony obowiązują wysokie cła zaporowe na żywność produkowaną w krajach pozaunijnych. Dla ścisłości trzeba jeszcze tylko podkreślić, że najwięcej biurokratycznych (czy lepiej - technokratycznych) reguł wprowadza do kraj贸w Unii Europejskiej sama Komisja Europejska. Wychodzi więc na to, że wprawdzie rządy poszczeg贸lnych państw nie mogą wiele w obszarze gospodarki, ale wiele może Bruksela. I to z Brukseli płynie nie ustający optymizm, choć jak dotąd nie ma żadnej poważnej analizy, kt贸ra oceniłaby wszystkie zmiany, jakie zaszły na skutek wprowadzenia euro. Taka analiza jest konieczna, zwłaszcza dla Polski. Trzeba ocenić wiele czynnik贸w pojawiających się w skali makroekonomicznej i w skali "mikro". Te czynniki często wydają się niewymierne, tym łatwiej służą r贸żnym manipulacjom. Ale nawet pobieżna ocena takich fakt贸w jak powszechna podwyżka cen w obszarze euro, stanowi ostrzeżenie dla państw w fazie przedakcesyjnej. Przez 12 lat transformacji systemowej kosztem zubożenia ponad 60 proc.
społeczeństwa oraz likwidacji znacznej części zasob贸w produkcyjnych zbijano w
Polsce inflację, podtrzymywano siłę złotego. Tylko po to, aby spowodować zn贸w
wzrost cen i... zlikwidować tę silną złot贸wkę. Zamieniając ją oczywiście na
euro, o kt贸re polskim obywatelom będzie znacznie trudniej niż o własny pieniądz.
Teresa W贸jcik , Nasza Polska, 2002-10-01 |