|
|
|
Przypadek czy dobry los zrządził, że konferencja naukowa w Wyższej Szkole Stosunk贸w Międzynarodowych i Amerykanistyki w Warszawie pod tytułem "Czy koniec państwa narodowego?" zbiegła się niemal jednocześnie z decyzją polskiego MSZ, by zachować powściągliwe milczenie w sprawie tzw. dekret贸w Benesza. Ale nawet gdyby tej zbieżności w czasie nie było, to i tak pomysłodawcy konferencji mieli dobrą intuicję w wyborze tematu, kt贸ry dosłownie z tygodnia na tydzień zyskuje na aktualności. Nie będę relacjonował przebiegu konferencji ani omawiał wygłoszonych tam referat贸w. W większości były zresztą bardzo ciekawe i niezależnie nawet od intencji autor贸w siłą rzeczy nabierały charakteru polemicznego, bo niemal z każdego można było wydestylować stosunek autora do integracji Polski z Unia Europejską. W tym artykule ograniczę się do własnych przemyśleń i przypuszczeń w związku z pytaniem zawartym w tytule konferencji. Janusz Korwin Mikke, jako jeden z jej uczestnik贸w, położył nacisk na konieczność ścisłego określenia znaczenia używanych pojęć, zwłaszcza pojęcia "państwo narodowe". Gdyby potraktować to określenie literalnie, to trzeba by uznać, że na świecie nie ma państw narodowych, że jest tylko pewien model idealny, podobnie jak punkt matematyczny czy linia prosta. Skoro jednak nie ma państw narodowych, to nie tylko nie może nastąpić ich "koniec", ale nawet nie ma większego sensu zastanawianie się nad tym, czy gdyby takie państwa istniały, to właśnie kończyłby się okres ich świetności. Rzeczywiście trudno byłoby wskazać dziś w świecie na państwa "narodowe", to znaczy państwa całkowicie jednolite pod względem etnicznym i na zasadzie etnicznej zorganizowane. Takim państwem nie są ani Chiny, ani Indie, ani Rosja, ani USA, ani nawet Izrael czy Polska, chociaż ta ostatnia jest pod względem etnicznym stosunkowo jednorodna. Z reguły zresztą państwa dzisiejsze w swoich dokumentach prawnych używają definicji narodu politycznego, kt贸rego wyznacznikiem jest obywatelstwo, a nie "etnos". W tej sytuacji jest bardzo prawdopodobne, że dość dzisiaj popularna, zwłaszcza wśr贸d eurofil贸w teza o zmierzchu "państwa narodowego" jest rodzajem semantycznego kamuflażu. Istota sprawy nie leży, jak się wydaje, w tym, czy państwo jest "narodowe", czy nie (jak m贸wią Białorusini: "nia w tom dziwa, czto kobyła siwa, ale w tom dziwa, czto wozu nia wiazie"), tylko czy państwo jest suwerenne. Tak naprawdę zatem tematem konferencji był ewentualny zmierzch państwa suwerennego, co zresztą potwierdziła żywa polemika ogniskująca się właśnie wok贸ł tej kwestii. Może krzywdzę kogoś takim podejrzeniem, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podejście do suwerenności, to znaczy spos贸b ujmowania tego zagadnienia, zależy od oceny potrzeby zachowania suwerenności państwowej. Zwolennicy zachowania suwerenności państwowej skłaniają się do przekonania, że suwerenność, jako kategoria pojęciowa, ma charakter niezmienny i oznacza posiadanie przez państwo możliwości samodzielnego ustanawiania własnych praw i w og贸le samodzielności decyzyjnej. Te prawa i decyzje mogą być mądre albo głupie, zbawienne bądź zgubne dla państwa czy obywateli, ale nie to jest istotne. Istotne jest, by państwo ustanawiało te prawa czy podejmowało decyzje samodzielnie i w tym zakresie nie było formalnie podległe żadnej innej władzy. Tak pojmowanej suwerenności nie ogranicza ani nie osłabia np. liczenie się z okolicznościami. Kr贸l z "Małego Księcia" przedstawiał się jako władca absolutny i suwerenny, chociaż gdy Mały Książę poprosił go o zarządzenie zachodu słońca, zarządził go na godzinę 19.15, zajrzawszy uprzednio do kalendarza. "I zobaczysz, jaki mam posłuch" - powiedział Małemu Księciu. Czy Kr贸l był tylko kabotynem, czy rzeczywiście był władcą suwerennym? Nie było nikogo, kto by zmuszał Kr贸la do zaglądania w kalendarz. M贸gł zatem zarządzić zach贸d słońca r贸wnież o innej porze i pewnie z innym skutkiem, ale przecież suwerenność skutk贸w decyzji czy praw już nie obejmuje. Dop贸ki zatem Kr贸l m贸gł wydawać zarządzenia, r贸wnież nierozsądne, dop贸ty zachowywał suwerenność. Tymczasem zwolennicy integracji Polski z UE skłaniają się do poglądu, że suwerenność jako taka ma charakter dynamiczny i dzisiaj nie oznacza tego samego, co, dajmy na to, sto lat temu. Być może mają rację, chociaż ich argumenty mnie nie przekonują. Powiem więcej: nie tylko mnie nie przekonują, ale w og贸le ich nie rozumiem, podobnie jak opis贸w istoty centralizmu demokratycznego. W czasach studenckich bardzo nad tym bolałem, bo sądziłem, że nie rozumiem istoty centralizmu demokratycznego ze względu na niski poziom umysłowy. Dopiero p贸źniej przekonałem się, nie bez sporej ulgi, że centralizm demokratyczny to zjawisko, kt贸rego nigdy nie było, nie ma i nie będzie, zatem pr贸żno dociekać jego "istoty". Niemożność zrozumienia tego zjawiska mogła być w tej sytuacji pośrednim dowodem zdrowia psychicznego i skłonności do logicznego myślenia, a nie umysłowej ociężałości. Jak zauważył JKM, we własnym mieszkaniu mogę mieszkać sam, ale mogę też wynająć je komuś innemu. Dop贸ki taką decyzję mogę podjąć samodzielnie, podobnie jak samodzielnie mogę wyrzucić najemcę z mieszkania, to zachowuję nad tym mieszkaniem suwerenność. Nie ma i chyba nie może tu być żadnych stan贸w połowicznych czy "przejściowych". Tak było sto lat temu, tak jest i teraz, więc na czym właściwie polega "dynamiczność"? Jak podczas sławnego "Forum Dialogu" poświęconego integracji z UE zauważył pan dr Olechowski: po wstąpieniu do Unii Polska będzie mogła "wsp贸łdecydować" o własnych sprawach. Wypowiedź ta wywołała ironiczne chichoty, ale chyba niesłusznie, bo nie tylko była szczera, ale i ścisła. Rzeczywiście, po wejściu do UE Polska będzie mogła w swoich sprawach już tylko "wsp贸łdecydować", to znaczy podejmować dotyczące jej decyzje dopiero po uzyskaniu akceptacji innych członk贸w UE, czyli - jak to się m贸wi - "w porozumieniu". Jeśli takiego porozumienia nie osiągnie, w贸wczas nie będzie mogła podjąć żadnej decyzji i w tym będzie ograniczona formalnie. Oznacza to, że w por贸wnaniu do sytuacji formalnie istniejącej obecnie samodzielność decyzyjna Polski, to znaczy jej suwerenność, ulegnie zmniejszeniu. Jednak na takie stwierdzenie zwolennicy integracji odpowiadają, że nieprawda, bo Polska już teraz nie podejmuje decyzji jej dotyczących samodzielnie. Ot贸ż być może, że to prawda, że Polska już teraz praktykuje "wsp贸łdecydowanie" np. z powodu tch贸rzostwa, głupoty czy agenturalności swoich władz. Gdyby jednak władze Polski zmieniły się na odważne, mądre i samodzielne, to Polska nie musiałaby niczego zmieniać w swoim statusie prawno-międzynarodowym, by przywr贸cić samodzielność decyzyjną. Po wstąpieniu do Unii Europejskiej musiałaby już to zrobić. Dlatego też nie ulega wątpliwości, że po przystąpieniu do UE Polska utraci suwerenność, być może nawet całkowicie. Powiedzenie tego wprost w taki właśnie spos贸b mogłoby być szokujące dla sporej części opinii publicznej. Sądzę zatem, że teorie o "dynamicznym" charakterze suwerenności mają spore walory użytkowe, podobnie jak teza o zmierzchu "państwa narodowego". Art. 91 ust. 3 polskiej konstytucji nie pozostawia pod tym względem żadnych wątpliwości. Skoro po ratyfikacji unijnych traktat贸w prawo tworzone przez UE będzie stosowane w Polsce bezpośrednio i z pierwszeństwem przed ustawami polskimi, to nie ulega wątpliwości, że państwo nasze suwerenność utraci. Można się z tego cieszyć albo smucić, w zależności od pogląd贸w na istnienie Polski, ale chyba nie można temu zaprzeczyć. Czy będzie to utrata odwracalna czy nieodwracalna? To zależy od tego, czy Unia Europejska przekształci się ostatecznie w federację, czy pozostanie konfederacją. Dzisiaj UE ma charakter konfederacji, czyli związku państw w zasadzie suwerennych, ale stopniowo wyzbywających się atrybut贸w suwerenności na rzecz organ贸w organizacji, kt贸rą stworzyły. Wiele jednak wskazuje na to, że ewolucja UE zmierza w kierunku federacji, czyli państwa związkowego, w kt贸rym dotychczasowe państwa stają się częściami składowymi, czymś w rodzaju prowincji imperium. W tym drugim przypadku perspektywa utraty suwerenności wydaje się całkowita i nieodwracalna. W tej sytuacji zastan贸wmy się nad jeszcze jedną kwestią. Rozw贸j wypadk贸w pokazuje, że nawet przy zachowaniu formuły konfederacyjnej następuje wypłukiwanie suwerenności państwowej uczestnik贸w UE. W przypadku federacji mamy do czynienia z całkowitą jej utratą. Jeśli zatem UE ewoluuje w stronę państwa federacyjnego, kt贸re przejmie suwerenność państw dotychczasowych, to kto właściwie będzie kierownikiem politycznym, czyli suwerenem tego państwa? Państwo jest organizmem politycznym, a wszelka polityka rozpoczyna się od rozstrzygnięcia kwestii zasadniczej: kto rozkazuje, a kto się słucha. Bez rozstrzygnięcia tego pytania żadne państwo ani żaden inny organizm polityczny istnieć nie może, ale jeśli pr贸buje, to łączy się to z nieustannymi paroksyzmami (Balzac określał dzisiejsze "małżeństwo partnerskie" jako "walkę aż do śmierci"). I tutaj musimy zwr贸cić uwagę na pewną niesp贸jność, kt贸ra być może ma charakter pozorny. Z jednej bowiem strony mamy deklaracje ważnych polityk贸w UE, zapowiadające "zwalczanie nacjonalizm贸w", co w perspektywie federacji wydaje się nie tylko naturalne, ale i jako oczywista konieczność. Tak można zinterpretować zachowanie 14 państw UE wobec Austrii po sukcesie wyborczym Partii Wolności. Nar贸d austriacki wprawdzie dokonał wyboru lege artis, ale wybrał nie tak, jak "trzeba". Jak dotąd, było to najbardziej ostentacyjne podważenie zasady suwerenności narodu, będącej wszak fundamentem politycznym i ustroju republikańskiego, i demokratycznego systemu politycznego. Skoro jednak narody przestaną być suwerenami, to tym bardziej interesujące staje się pytanie, kto je w tym zastąpi, jeśli zwalczanie nacjonalizm贸w, zwłaszcza "agresywnych", będzie konsekwentne? Ta konsekwencja nie jest jednak do końca pewna, bo oto z drugiej strony Unia Europejska forsuje rozwiązania polityczne odwołujące się wprost do zasady narodowej i to w dodatku w jej etnicznym wydaniu. Mam tu na myśli nie tylko aprobatę UE dla tworzenia na miejscu byłej Jugosławii państw ufundowanych na zasadzie etnicznej czy pochwałę etnicznej zasady państwotw贸rczej w przypadku państw powstałych wskutek rozpadu ZSRS, ale r贸wnież forsowanie regionalizacji ufundowanej na zasadzie etnicznej, a przynajmniej odwołującej się do tej zasady. Pokazuje to, a przynajmniej skłania do podejrzeń, że ten niechętny stosunek do "agresywnych nacjonalizm贸w" niekoniecznie musi być autentyczny. Że r贸wnie dobrze może on służyć ukryciu ambicji osiągnięcia pozycji europejskiego suwerena przez jeden nar贸d, a ściślej - jego polityczne kierownictwo, zaś zwalczanie "agresywnych nacjonalizm贸w" z jednej i forsowanie regionalizacji na bazie etnicznej z drugiej strony mogą być jedynie instrumentami służącymi osiągnięciu i następnie utrwaleniu takiej dominującej pozycji. Warto przy tym zwr贸cić uwagę, że regionalizacja nie jest "dobra" wszędzie, a tylko w niekt贸rych miejscach. Na przykład pr贸ba secesji Padanii we Włoszech została przez UE surowo potępiona, podczas gdy regionalizacja Wielkiej Brytanii czy Europy Środkowej jest wspierana wszelkimi możliwymi zachętami. Pomoc z funduszy strukturalnych UE z zasady nie jest przeznaczona dla państw, tylko dla "region贸w". Na wspomnianej konferencji JKM przedstawił pogląd, że UE zmierza w kierunku narodowego socjalizmu, przy czym podmiotem tego socjalizmu będzie "nar贸d europejski". To być może, tym bardziej, że konstrukcja "narodu europejskiego" jest całkiem podobna do "narodu radzieckiego" składającego się z "ludzi sowieckich", kt贸rych trzeba było w tym celu najpierw "wychować", zdzierając z nich warstwa po warstwie poczucie narodowe, religijność, przywiązanie do tradycji i obyczaju, słowem - "przeszłości ślad dłoń nasza zmiata". Taki eksperyment zawsze można powt贸rzyć, ale sądzę, że nie można wykluczyć i innej możliwości. Ta druga możliwość opiera się na założeniu, że Niemcy są państwem poważnym, tzn. takim, kt贸re niezależnie od swego ustroju czy kierownictwa potrafi realizować te same państwowe interesy i harmonizować je z ambicjami narodowymi. Z tego punktu widzenia nie można wykluczyć, że Niemcy traktują Unię Europejską jako użyteczny instrument realizowania własnego interesu państwowego, kt贸ry na obecnym etapie polega na obaleniu ograniczeń nałożonych na Niemcy w Poczdamie, jednak bez ryzykowania konfliktu zbrojnego. Z tego punktu widzenia rozszerzenie UE jest niezbędne, bo inaczej nie udałoby się wciągnięcie obszar贸w będących przedmiotem niemieckiego zainteresowania do kontrolowanej przez Niemcy przestrzeni politycznej. Jeśli to nastąpi, w贸wczas przyjdzie kolej na rozpoczęcie realizacji akcji windykacyjnej "os贸b wypędzonych". Zaostrzenie tonu w sprawie Sudet贸w i wyraźne przygotowania organizacyjne do akcji windykacyjnej "wypędzonych" dowodzą, że nie jest to możliwość wyłącznie teoretyczna. W etapie trzecim mogą pojawić się inicjatywy zmierzające do ponownego, pokojowego uściślenia przynależności poszczeg贸lnych obszar贸w (kt贸re w międzyczasie uzyskają status "spornych") do konkretnych prowincji "państwa federacyjnego", w jakie może przekształcić się UE. W ten oto spos贸b osiągnięty byłby cel w postaci odtworzenia Niemiec w kształcie z roku 1937, a więc sprzed n wojny światowej. Powstaje pytanie: czy Unia Europejska byłaby jeszcze Niemcom do czegoś potrzebna, czy już nie? Być może tak, jako państwo federalne kierowane politycznie przez największą, najliczniejszą, najbardziej zasobną gospodarczo i najsilniejszą militarnie prowincję niemiecką; jako Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Być może jednak 贸wczesne kierownictwo polityczne Niemiec dojdzie do wniosku, że Unia Europejska raczej Niemcy krępuje niż im służy. Taka konkluzja byłaby zapewne początkiem końca eksperymentu pod nazwą Unii Europejskiej. Prawdopodobnie nastąpiłoby to bez fanfar, ale też bez jakichś skowyt贸w. UE mogłaby umrzeć śmiercią naturalną, jak śp. Liga Narod贸w, nigdy formalnie nie zlikwidowana, na kt贸rą nikt już po prostu nie dawał pieniędzy. Oczywiście w takim przypadku pojawia się pytanie o granice Polski, ale na takie pytanie nikt chyba nie potrafi dziś odpowiedzieć. W obliczu takiej możliwości teza o zmierzchu państwa narodowego może pełnić ważną rolę polityczną w swego rodzaju operacji psychologicznej na narodach, kt贸re "powinny" pogodzić się z utratą państw wyrażających ich polityczne aspiracje i interesy. Taka operacja dotyka bezpośrednio tożsamości narodowej. Tożsamość narodowa obejmuje elementy o pozytywnej konotacji, stanowiące jednocześnie przedmiot dumy członk贸w narodowej wsp贸lnoty. Tymczasem pani dr Barbara Fedyszak-Radziejowska twierdzi, iż z badań socjologicznych wynika, iż Polacy nie lubią samych siebie. Może to świadczyć o kryzysie tożsamości narodowej w tym sensie, że gwałtownie maleje liczba element贸w stanowiących przedmiot narodowej dumy. Że z jakichś powod贸w Polacy przestali cenić elementy wyznaczające polską narodową tożsamość. Taka diagnoza znajduje pośrednie potwierdzenie w okoliczności, że ostatnim tw贸rczym kulturowo okresem w dziejach Polski było dwudziestolecie międzywojenne. Okruszkami z tego okresu kultura nasza żywi się po dziś dzień, rozdziobując je zresztą na coraz mniejsze fragmenty. Dlaczego tamten okres był tw贸rczy kulturowo, a p贸źniejsze - już nie? Bo był to ostatni okres pod każdym względem autentyczny. P贸źniej nadeszły okresy naśladownictwa, kiedy autentyzm własnych, narodowych form życia, myślenia i wartościowania zaczął być wypierany przez imitacje życia, myślenia i wartościowania cudzego. Jedną z takich imitacji cudzego życia jest nasilająca się propaganda integracyjna. W połączeniu z tezą o "zmierzchu państwa narodowego" pełni ona obiektywnie funkcje dywersyjne wobec polskiej wsp贸lnoty narodowej. Wyr贸żnienia w tekście pochodzą od red. Naszej Witryny. Stanis艂aw Michalkiewicz, Najwyższy Czas!, nr 26, 2002-06-29 |