|
"Nieodpowiedzialne siły rozbudziły złudzenia, że polscy rolnicy skorzystają ze stu procent dopłat. To była działalność kryminalna". Gdyby tak powiedział pan Andrzej Lepper, jeszcze byłoby pół biedy. Ale to są słowa statecznego Guentera Verheugena, unijnego komisarza ds. rozszerzenia UE. Musiał się nieźle zdenerwować, skoro "Europejczykom" z kręgów polityki i mediów polskich w minioną środę, na konferencji w Brukseli, wytknął aż "działalność kryminalną". A kto takiej działalności się dopuszcza? Kryminalista, nikt inny. Koniec świata!
Zatem "Europejczycy", gdy zarzekali się, jak to w tej Unii wszystkim nam, rolników nie wyłączając, będzie dobrze, to mówiąc nowomową - "mijali się z prawdą", a po naszemu - kłamali. Verheugen powiedział, że "Polacy powinni pamiętać", że przyjęty w Berlinie w 1999 r. unijny budżet na siedem lat w ogóle nie przewiduje dopłat bezpośrednich dla rolników w nowych państwach członkowskich do 2006 roku włącznie. Od razu widać, że komisarz "nie jest w temacie" - z przekazów o UE w publicznej telewizji i radiu wynika tylko, że "Polacy powinni pamiętać" o tym, że Unia to raj i że nie ma innej drogi. Czyli propozycja Komisji Europejskiej, by polskim rolnikom przyznać dopłaty na początku ewentualnego członkostwa w 2004 na poziomie 25 proc. kwot, które otrzymują rolnicy w krajów Piętnastki, to i tak o ho, ho! Jaka ta Bruksela szczodra, chce dać cokolwiek, mimo że nic nie obiecywała. Skąd więc to kręcenie nosem rządu i reszty obozu "proeuropejskiego", że 25 proc. "daleko niezadowalające", "niesatysfakcjonujące", "nie do przyjęcia"? Ano, skoro do tej pory "mijali się z prawdą", a teraz im tamci z Brukseli wszystko popsuli, to muszą jakoś trzymać fason przed polskim rolnikiem. Od niego w końcu zależy, czy zajmą te posady w Brukseli, czy nie.
Niby o budżecie unijnym 2000-2006, że nie przewiduje żadnych pieniędzy dla rolników z państw kandydackich, to nie nowina, ale zawsze inaczej, jak takie rzeczy słyszy się z pierwszej ręki, ze źródła wiarygodnego, a nie od tych, co straszą dzieci Unią Europejską. "Jeżeli ktoś jeszcze nie rozumie, to pomyślcie o funduszu SAPARD. 3 lata idą już środki do Polski, panowie z Platformy i Sojuszu Lewicy, i nie mogą dojść. Co to się dzieje? Czy jakaś blokada została zrobiona? Samoobrona blokady nie robiła. SAPARD powinien być. A może właśnie były zaspy, może śnieg zasypał? Nic nam nie dadzą, nawet się nie łudźmy" - wykładał łopatologię "Europejczykom" podczas debaty sejmowej 10 stycznia br. Andrzej Lepper. Ale oszołom, czy jak to się teraz nazywa. Lepper mówi jednak właściwie to samo, tylko mniej oględnie, co Komisja Europejska i co Verheugen, których o nieeuropejskość albo inne tego typu dziwactwa nikt nie podejrzewa. Gabriel Janowski, były minister rolnictwa uważa, że dopłaty w wysokości 25 procent nie zrekompensują nawet strat spowodowanych napływem do kraju zagranicznej żywności. Jak by nie patrzeć, wychodzi na to, że Unia nam nic nie da. Pewna posłanka na Sejm poprzedniej kadencji porównała pomoc z UE do pomocy ze Związku Sowieckiego - wszyscy słyszeli, że na pewno idzie, ale nikt jej nie widział.
I nie zobaczy. Bo nie ma takiej woli po żadnej ze stron. Ani polskiego rządu, ani po stronie Unii. Wspólna Polityka Rolna UE nie przewiduje wsparcia małych gospodarstw, nie jest nimi zainteresowana.
"W Polsce zachowała się niezwykła wartość - niemal nieskażona autentyczna wieś, gdzie istnieją dziesiątki tysięcy drobnych gospodarstw chłopskich. Rolnicy z dziada-pradziada, uprawiający ziemię zgodnie z naturą, w podobny sposób hodujący zwierzęta gospodarskie. Ten sposób chroni przed wynaturzeniami uprzemysłowienia, prowadzącymi do takich zagrożeń - i strat - jak choroba szalonych krów. Dopiero z perspektywy tego wysokoproduktywnego, sztucznego rolnictwa wielkich farm Zachodu można docenić wartość polskich gospodarstw rolnych" - ocenia w wywiadzie dla "Naszej Polski" angielski arystokrata Julian Rose, przewodniczący Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Wsi Polskiej.
Ale z unikatowej [było "unikalnej" - popr. WK] wartości polskiego rolnictwa Komisja Europejska sobie nic nie robi. Jeśli nawet obiecywane za 10 lat stuprocentowe dopłaty dla polskich rolników nie okażą się pomocą ze Związku Sowieckiego, to nie będzie już za bardzo komu z tych pieniędzy skorzystać. Co najmniej połowa gospodarstw zdąży dawno upaść (tak było np. w Portugalii), a rolnik pójdzie do Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, by usłyszeć, że nie ma funduszy. My zaś będziemy jeść "żywność Frankensteina" (import z UE), zakupioną w hipermarkecie. Takie apetyczne określenie słyszałam na jednej rolnej konferencji. Nic oczywiście nie jest w stanie przebić befsztyka z wściekłej krowy, ale myślę, że na to, co genetycznie zmodyfikowane, w czym więcej chemii niż wartości odżywczych i jakoś smakuje jedynie w rezultacie sztucznych zabiegów - można akurat mówić "żywność Frankensteina".
"Rząd (...) kapituluje wobec żądań WPR UE, które niestety, zrobią niewolników z polskich rolników, wcześniej znanych z niezależności. Zamienią polską wieś w przemysł ciężko pracujący dla Brukseli. (...) Znikną wiedza, umiejętności i inicjatywa wiejskich rolników (...), znikną też niebawem możliwości wyboru karmienia swojej rodziny owocami pracy własnych rąk. Wszystkie te wartości są przehandlowywane w momencie, gdy mówię te słowa. (...) Decyzje, które to spowodują, podejmowane są bez uczciwego i demokratycznego procesu konsultacji z tymi, którzy są tym najbardziej zainteresowani, czyli bez udziału rolników" - mówił 15 stycznia w Sejmie podczas konferencji poświęconej integracji z UE cytowany już J. Rose, sam rolnik i doradca ds. rolnictwa ekologicznego brytyjskiego następcy tronu księcia Karola.
Niby Anglik, a tak jakby był Polakiem z krwi i kości. Postawa, jakiej nie uświadczysz w polskim rządzie, a w parlamencie w ilościach śladowych. Wyobraźmy sobie, co by to było, gdyby opinia publiczna mogła poznawać argumenty w rodzaju przedstawionych przez tego przyjaciela polskich rolników. Byłaby katastrofa - słupki poparcia dla członkostwa w UE poleciałyby na sam dół.
Prawdopodobne jest jednak, że i bez tego Polacy nie zmarnują szansy, jaką daje referendum, iż w szczególności rolnicy wykorzystają okazję, by podziękować za niewidzialne euro.
(patrz też wywiad z sir Julian Rose "Unia to bankructwo wsi!" - wtr. oraz podkreślenia w tekście - WK)
Julia M. Jaskólska, Nasz Dziennik, 2002-02-02
powrot
|